Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

środa, 18 grudnia 2013

Wtorkowy wypad na wschód

Na początku grudnia, bezpośrednio po egzaminie magisterskim uznałem że czas najwyższy wybrać się do lasu na cały dzień, nieco pomaszerować, porobić zdjęć, sprawdzić nieco sprzętu. Spakowałem się na to wyjście jeszcze przed "Ksawerym", ale zła pogoda, oraz różne sprawy zabierające czas spowodowały że wybrałem się w teren dopiero wczoraj. Tak, rozumiem że stwierdzenie "powstrzymywała mnie zła pogoda" może świadczyć o jakiejś "miękkości", ale wolałem poczekać na lepszą pogodę i skorzystać z wyjścia, sprawdzić pewne koncepcje, niż moknąć przez całą trasę, zeźlić się na świat i wrócić do domu z zamokniętymi ubraniami i sprzętem, które musiałbym długo suszyć, żeby nie przegniły.
Ale: przedwczoraj, będąc na przekazaniu Betlejemskiego Światła Pokoju w Warszawie uznałem że po pierwsze pogoda jest wyśmienita, być może ostatnia taka w tym roku, a na wtorek nie mam zaplanowanych żadnych ważnych zajęć, więc jeśli również tego dnia dobra, wyżowa pogoda się utrzyma: ruszam w trasę. I jak postanowiłem tak zrobiłem. Co prawda po poniedziałkowych wojażach wstałem dosyć późno, więc pierwotna koncepcja ok. 12 godzin w terenie się rozmyła, ale zebrałem już dawno spakowany sprzęt, zrobiłem mu zdjęcia żeby opisać co ze sobą biorę i ruszyłem w las.
Czyli co zabrałem ze sobą? Na początek ubrania:
Idąc od górnego lewego rogu, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Brytyjskie spodnie lightweight w kamuflażu DPM, jako bielizna brytyjska koszulka z coolmaxu, bluza Norgie, a jako warstwa zewnętrzna: kangurka Buffalo. Tym razem nie brałem ze sobą smocka z trzech powodów: nie zamierzałem czołgać się jak w przypadku wypadów airsoftowych, część rzeczy które zwykle noszę w kieszeniach smocka  trafiło w nieco inne miejsce, a po trzecie ponieważ temperatura miała oscylować w okolicach 0 *C, a ja nie zamierzałem nie siedzieć w miejscu, tylko maszerować, nie potrzebowałem grubej warstwy izolacyjnej pod postacią polaru: uznałem że Norgie i "miśkowa" podszewka Buffalo w zupełności wystarczą. Zaś do ochrony przez ewentualnymi porwistymi wiatrami, deszczem, czy też śniegiem miałem ze sobą brytyjską kurtkę "goreteksową". Prognoza pogody nie zapowiadała nic takiego na wtorek, ale jeszcze raz, przed pokazaniem kolejnego zdjęcia przypomnę: rzeczy na wyjście pakowałem półtora tygodnia temu, więc mogło być ich nieco za dużo. Ale dzięki temu mogłem zrealizować jeden z celów wyjścia: sprawdzenie/przypomnienie sobie jak chodzi się z pasoszelkami na nieco większe dystanse niż weekendowa strzelanka i na podstawie wniosków poprawienie w nich co nieco, wyregulowanie itp. A więc: pasoszelki PLCE.
Personal Load Carring Equipment Armii Brytyjskiej. Ładownice na magazynki tym razem zapełniłem rzeczami, które normalnie noszę w smocku. Zatem, od lewej strony:
  • Kamizelka odblaskowa i czołówka, na wypadek gdyby noc zastała mnie w lesie i trzeba byłoby np. przekraczać ruchliwą szosę w trakcie powrotu do domu. Do tego samego celu jest czerwona lampka rowerowa w kolejnej ładownicy. Kamizelka została w oporządzeniu ze strzelanki, gdzie służyła jako "znacznik trupa". Przy pakowaniu uznałem "może zostać: pewnie się nie przyda, ale na wszelki wypadek..."
  • W kolejne ładownicy amunicyjnej, oprócz czerwonej lampki jest kompas przywiązany do niej sznurkiem żeby go nie zgubić, paczka chusteczek i zapałki.
  • Ładownica na manierkę z "racją żywnościową": paczką rodzynek, małymi musli, musem jabłkowo-bananowym "Kubuś", paczką "bazy" która została z zupki w proszku. Oprócz tego metalowy kubek i niezbędnik, kuchenka spirytusowa własnego wyrobu z puszki po napoju i butelka z podpałką do grilla jako paliwem do tej kuchenki. Kolejnym z celów wyjścia miało być właśnie sprawdzenie kilku koncepcji dotyczących "MRE samoróbki" i używania kuchenki spirytusowej w terenie.
  • "Utility Pouch" na środku: zwinięta kurtka przeciwdeszczowa.
  • Kolejna ładownica na manierkę, tym razem z... manierką: starą, czasami cieknącą spod korka holenderską manierką, kopią amerykańskich z systemu ALICE. To chyba najdłużej posiadany "szpej" z którego nadal regularnie korzystam, kupiłem ją jadąc na pierwszy obóz w Jerutkach.
  • Butelka Nalgene o pojemności 0,5 litra. Zamierzałem w niej rozrobić w niej mus, lub zupkę z ciepła wodą.
  • Podstawowy zestaw PP: rękawiczki nitrylowe, nieco plastrów, bandaży i gaza: tak na wszelki wypadek.
Oprócz tego leżą tam szalokominiarka WP, nóż, mapa topograficzna 1:50000 moich okolic.
Jeszcze raz przypominam: tam wiem że to dużo jak na wypad który tka na prawdę mogłbym "opędzić" bez żadnego oprządzenia. Jak wspominałem zestaw był zapakowany pod kątem wyjścia "od północy do wieczora" i przeleżał nieco w szafie, więc wystarczyło go przed wyjściem wyciągnąć, nalać wody do Nalgene i manierki i ruszać w drogę.

Na początku trasy PLCE jakoś mi się nie układało: najwidoczniej paski szelek nie miały optymalnej długości i pasoszelki wypadały albo za wysoko, albo za nisko. Co prawda poustawiałem je w trakcie marszu, ale nadal czegoś brakowało. W sprzyjającym miejscu zatrzymałem się więc na króciutki postój i zaciągnąłem mocniej gumę trzymającą ładownice razem, żeby nie rozjeżdżały się po całym obwodzie pasa, tylko ładnie układały z tyłu i po bokach bioder. Oto jak prezentowałem się po poprawkach:
Tak, wiem, powinienem ustawić się bokiem, czy nawet tyłem żeby pokazać jak dobrze złożone PLCE układa się na biodrach, ale wtedy jakoś nie przeszło mi to przez głowę. Po ostatniej poprawce pasoszelki nie sprawiały już kłopotów, a ciężar rozkładał się na biodrach, nie obciążając zbytnio ramion. Przy okazji potwierdziłem swoje dotychczasowe wnioski dotyczące tych pasoszelek: żeby wygodnie je nosić, trzeba nad nimi spędzić nieco czasu składając je i dopasowując, a następnie nie dać komuś je rozregulować.
Pogoda była świetna, około południa promienie słońca przygrzewały jak nie w grudniu. Gdyby pokazać poniższe zdjęcie bez opisu, ktokolwiek stwierdziłby że zostało zrobione w połowie grudnia?

Oprócz tego dwie ciekawostki z tej części trasy:
Bluza... od tak sobie wisząca w lesie. Zastanawiam się jak długo może tam wisieć? Obstawiam że więcej niż rok, ale trudno mi być pewnym.

Oraz ruiny.

Ruiny piwniczki, czyli jedyne pozostałości po zabudowaniach: podobno dworskich.

Jak zwykle na wyjściu w teren staram się zbierać "próbki kolorystyczne" do pracy nad wzorami kamuflażu. W przypadku opracowywania wersji jesiennej jest o tyle trudno, że nawet bardzo bliskie sobie miejsca mogą bardzo różnić się barwami: lasy liściaste bywają tak brązowe że aż "pomarańczowe", podczas gdy bory sosnowe niewiele różnią się barwą od tego co możemy zobaczyć latem. Zaś wyschnięte łąki są wyraźnie beżowe.



Wszędzie było widać zarówno tropy jak i różne ślady (np. odchody) saren, łosi, dzików i lisów. W trakcie całego wyjścia udało mi się zobaczyć 5 saren: raz pojedynczą sztukę, a raz stadko 4 osobników. Ślady obecności dzików ryjących w ziemi było widać bardzo często, np. na tej łące:

Część trasy stanowiło przejście wzdłuż brzegów Jeziora Torfowisko niedalego Mistowa, znanego w okolicy również jako "bagno". Wiosną, bodajże rok temu próbowałem obejść je dookoła , tyle że idąc w niskich, letnich butach kompletnie je zamoczyłem, a z braku czasu zdecydowałem się wycofać. Tym razem przynajmniej udało mi się przejść wzdłuż całego jego północnego brzegu.
Widok ku południu: słońce zaczyna chować się za chmurami.
Do listy zwierząt z którymi śladami się spotkałem dołączyły nad Bagnem również bobry. Dosyć ciekawym wrażeniem jest zorientowanie się, że drzewo pod którym się przechodzi jest na wpół obalone przez bobry. Zwłaszcza jeśli ma się jak ja swego rodzaju fobię związaną z wywracającymi się podczas wycinki drzewami.
Chodzi o drzewo po prawej, to pochylone.
W trakcie próby obejścia o którym wspominałem, natknąłem się na łosia. Tym razem, mniej więcej w tym samym miejscu spotkałem stado saren. Oto jak wygląda tamta okolica:

Mam nadzieję że harcerze 23 DH "Czarna Woda" skojarzą to miejsce z nocnej trasy podczas wakacyjnego biwaku:






A to zdjęcie z najdalszego punktu mojej trasy. Widać z niego było wiatrak na Mlęcinie. Następnym razem powinienem zawędrować dalej w kierunku Dobrego


Pomiędzy Rębiskami, a Bagnem można trafić na "nie-aż-tak-często" spotykaną w naszych okolicach świerczynę:
W której zdecydowałem się na krótki postój na posiłek. Rozłożyłem się pod jednym ze świerków, żeby nie siedzieć na widoku i zabrałem się za przygotowywanie sobie jedzenia.
Wydaje mi się że po pewnych przygotowaniach można by było tam nawet zanocować. Ale potrzebne byłoby coś, co izolowałoby od wilgotnej ziemi. Ja, żeby usiąść nałamałem nieco suchych gałązek świerkowych. I zanotowałem sobie w myślach kolejny gadżet na ewentualną listę zakupów: rosyjski "poddupnik", czyli matę do siedzenia z paskiem do noszenia jej cały czas na sobie, również z oporządzeniem. Ale to tylko luźny pomysł, pewnie nie skończy się niczym konkretnym. Jak widać, kuchenkę spirytusową ustawiłem przy dwóch kawałkach zbutwiałej brzozy, które miałem nadzieję nie zajmą się od płomieni z kuchenki.
Z bliska wyglądało to tak:
A tak po wszystkim:
Jak można zauważyć kuchenka zostawiła ślad na kawałku brzozy, ale liście na ziemi nie zajęły się ogniem. Kolejny wniosek z wyjścia: wymyślić jakiś lekki, składany stojak pod kubek. Myślę np. nad 4 szpilkami od namiotu. Woda się nie zagotowała, ale była gorąca: wlałem po prostu za mało paliwa do kuchenki. Ale ponieważ nie zamierzałem parzyć herbaty, wystarczyła gorąca. Część użyłem do "posiłku", a w większości rozpuściłem "bazę" z zupki w proszku.
Jakiego posiłki? Mieszaniny musli Fitella, musu "Kubuś" i odrobiny gorącej wody "dla temperatury. Wszystko to zmieszane w opakowaniu od Fitelli. Wyszło niezłe, mimo że wyglądało, jak wyglądało.
Zdjęcie zostało "zinstagramowane" przez dodanie kilku filtrów w programie graficznym.
Główny problem był taki, że płatków po prostu było dosyć mało. Mowa w końcu o jedzeniu dietetycznym, z nalepką "polecane przez Elite Model Look" na opakowaniu". Trudno więc najeść się jedzeniem dla modelek, które zabrałem przede wszystkim z racji rozmiarów paczki. Gdyby gdzieś były dostępne paczki "na jeden posiłek" innych, zwykłych płatków, wybierałby je, a nie Fitellę. Za to mus będzie pewnie jeszcze gościł moich kieszeniach  bo nie dość że smaczny, to jeszcze można go używać na kilka sposobów.
Gdy nieco podjadłem, ruszyłem w drogę powrotną, poganiany telefonem z domu z pytaniem o której mam zamiar wracać.
W trakcie drogi powrotnej miałem okazję pozachwycać się zachodzącym słońcem.
Powyższy widok prawie automatycznie wywołał nucenie tego:
Muszę przyznać że siedziało mi to w głowie przez całkiem spory kawałek drogi do Stanisławowa. Zwłaszcza że widoki stawały się coraz lepsze, między innymi dla tego że starając się się skrócić drogę przeciąłem na ukos co najmniej kilka pól i łąk.

Do Stanisławowa wracałem już po ciemku:

Czas więc na nieco podsumować. Na początek długość trasy i czas w którym ją przeszedłem. Ponieważ przez większość drogi mapa stanowiła raczej zabezpieczenie i szedłem "na pamięć", kojarząc okolicę, długość trasy sprawdziłem dopiero dziś i porównałem z czasami które zanotowałem sobie w terenie. Łącznie przeszedłem ok. 19,5 km i zajęło mi to 3 godziny w jedną i 1 godzinę 50 minut w drugą. Czemu "do" zajęło mi dłużej? Przede wszystkim z racji przedzierania się wzdłuż Torfowiska/Bagna i ponieważ z powrotem przyspieszyłem tempa. Jednak uśredniając wychodzi mi ok. 4 km/h. Czyli dosyć średnio, a nawet słabo jeśli chodzi o odległość i tempo marszu. Przy następnej okazji przydałoby się przyspieszyć o ok. 1 km/h. Głównym celem, przynajmniej na tą chwilę jest przejście 100 km w ciągu jednej doby na wiosnę. Na pewno muszę zorganizować sobie jakąś dłuższą trasę zimą. Może z większym obciążeniem, np. pełnym oporządzeniem + plecakiem? Na ok. 30-35 km? Ciekawie by było...
Jednak, kolejne wnioski. O PLCE już pisałem. Ubiór też się spisał, zwłaszcza Buffalo. Nie było mi ani za zimno, ani za gorąco. Gdy w drodze powrotnej poczułem że zaczynam się pocić na plecach, wystarczyło rozsunąć suwaki pod pachami i od razu było lepiej. Buty: stare, zjechane "desanty" to już od dawna "dobre małżeństwo" z moimi stopami. Stopy dopasowały się do butów, a buty do stóp. Ale podeszwy są już w niezbyt dobrym stanie, przechodząc przez podmokłą łąkę poczułem że wilgoć dostaje się do środka przez szew. Chyba czas pomyśleć o jakiś nowych, nieco lepszych butach. Z jedzeniem: tak jak pisałem, jestem chyba na dobrej drodze. Chociaż tak dla porównania można by było dorwać gdzieś po okazyjnej cenie prawdziwe MRE dla porównania. Jeśli chodzi o kondycję marszową: nie jest źle, ale dobrze byłoby nad nią pracować. W końcu pomysł wyjścia narodził się gdy uznałem że zasiedziałem się i dawno nie byłem w terenie.
I jeszcze jedno: ruszyłem w teren z zamiarem przemyślenia kilku rzeczy, w związku ze zmieniającą się mnie sytuacją. Na razie mam dwa wnioski. Pierwszy jest taki, że przede mną długa praca nad budową autorytetu. Zaś drugi to to, że samotny marsz nie jest aż taką dobrą medytacją jak niektórym mogłoby się wydawać. Trudno było mi się skupić na problemie do przemyślenia, bo najpierw rozpraszało mnie nieułożone PLCE, a potem pilnowanie trasy, obserwowanie otoczenia itp.

niedziela, 24 listopada 2013

Łączenie kamuflaży w airsofcie: kilka propozycji

 Więcej o moich nowych wzorach maskowania/more about my new camo patterns: http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html
W powiązaniu z poprzednim postem Ile powinno się mieć wzorów kamuflaży, w którym przedstawiłem wyidealizowany system wyposażenia oparty o pewną "rodzinę" wzorów maskujących, postanowiłem przedstawić kilka podobnych zestawów, które byłby w stanie "osiągnąć" airsoftowiec. Nie będę się zbytnio zagłębiał w koszta. Bo rozumiem że jak kogoś stać na coś więcej niż jedna bluza i spodnie, to bardzo prawdopodobne, że jest gotowy regularnie "przepalać hajs" na swoje hobby. Zestawy będą dopasowane do polskich krajobrazów i oparte na rzeczach które są, albo bywają w miarę dostępne na rynku. Kolejne założenie jest takie, że poszczególne elementy w różnych kamuflażach, np. górę i spodnie można ze sobą łączyć, tworząc "dwubarwną" sylwetkę. Jeśli zrobi się to dobrze, może to nawet poprawić efekt maskowania.

Wariant "MTP": Jest to "suchsza" wersja zestawu opartego na szpeju brytyjskim. W "okresie zielonym". Taki zestaw można by wybrać w założeniu że w naszej okolicy wiosną i latem lasy są intensywnie zielone i cieniste, ale za to już przez resztę roku i w pozostałych krajobrazach lepiej sprawdzałby się bardziej beżowy MTP. W skład takiego zestawu wchodziłyby:
- Koszula i spodnie lightweight w DPM na wiosnę i lato
- UBACS w MTP (bo nie ma powszechnie dostępnych Combat Shirtów w DPM)
- Smock, spodnie windproof lub temperate w MTP
- Kurtka MVP w dowolnym kamuflażu (DDPM, DPM, MTP), ponieważ najnowsza kurtka membranowa z systemu PCS w kamuflażu MTP... nie ma kaptura.
Oporządzenie: w kamuflażu DPM, o ile uznalibyśmy że nasza okolica jest na tyle sucha że sprawdzi się w niej również sprzęt w DDPM. Dodatkowo przy posiadaniu plecaków w DPM można sobie sprawić pokrowce w MTP.

Żołnierze z Regimentu The Rifles na ćwiczeniach w Wielkiej Brytanii. Jak widać "w kraju" sprzęt w DPM jest nadal "donaszany".
Wariant "DPM". Kolejny wariant brytyjski, tyle że tym razem dla okolic w których dłużej jest zielono, więcej jest lasów iglastych, czy też lasy są bardziej gęste. Jak sama nazwa wskazuje ten opiera się bardziej na leśnym DPMie, a MTP stanowi jedynie uzupełnienie.
- bluza lub UBACS + spodnie w MTP na lato. Nie będzie się super sprawdzał w intensywnie zielonym lesie, ale jakoś będzie, zwłaszcza w połączeniu z ciemniejszym, DPMowym oporządzeniem i naturalnym światołocieniem. Ale za to będzie lepszy na suchych łąkach i nieużytkach. Można sobie też sprawić koszulę i spodnie w DPMie, nie są aż takie drogie.
- Smock + spodnie w DPM na resztę roku. Czemu DPM na jesień? Tak jak wspomniałem, jeśli w okolicy mamy dużo lasów iglastych, to kolorem dominującym w nich aż do pierwszego śniegu będzie zieleń i brąz.
- Oporządzenie w DPM.

"Fleck": Zestaw oparty o różne warianty flecktarnu. Wiosną i latem w użytku byłaby bluza i spodnie w duńskim, zielonym kamuflażu m/84
Lub jego rosyjskiej "kopii/wersji", nazywanej "Flectar-D"/ "Siewier".
Zaś jesienią w użytku byłaby zwykła, niemiecka odmiana Flecktarnu. Co oznaczało by posiadania spodni, kurtki (najlepiej z racji użyteczności smocka "KSK") i kurtki przeciwdeszczowej w tym kamuflażu.
Smock KSK w użyciu.
Oporządzenie zostawiam osobistemu doborowi, bo wybór porządnego oporządzenia we flecktarnie jest dosyć ograniczony. Zawsze można, zależnie od uznania co lepiej będzie się zgrywać z teren, używać oporządzenia w jednolitym kolorze oliwkowym, czy też Ranger Green. Coyote Brown jest chyba za jasny i zbyt "suchy".

"Po rosyjsku/Partizan". Ten wariant zakłada wykorzystanie maskałatów w kamuflażu będącym rosyjską kopią kamuflażu "dębowego" SS.
Dla lekkiej, letniej bazy, czyli bluzy i spodni mundurowych są 3 opcje zależne od tego jak bardzo potencjalnego użytkownika interesuje sprzęt rosyjski. W razie ciągot rekonstrukcyjnych, oraz w przypadku dosyć zielonej okolicy przydatny byłby mundur w kamuflażu "cyfrowa flora", wykorzystywanym przez armie Rosji i Białorusi. W razie braku tych ciągot może zostać zastąpiony przez dowolne spodnie i bluzę w kolorze oliwkowym.  A choćby i Helikona. W razie bardziej suchego otoczenia latem, podobny zestaw może być w kolorze Coyote Brown. Taki zestaw po prostu uzupełniamy dwustronnym maskałatem, w którym na jednej stronie tkaniny nadrukowana jest zielona, wiosenno-letnia wersja wzoru, a na drugiej: brązowa-jesienna.
Żródło: http://yourgear.info/archives/review/maskchalat-partizan-medusa/

PenCott. Tu zaczyna się nieco droższa zabawa. Brytyjska firma Hyde Definition opracowała świetny wzór kamuflażu PenCott, który występuje w 4 wersjach: zielonej, brązowej, piaskowej i śnieżnej. Od niedawna w Polsce dostępne są bluzy, spodnie i czapki w dwóch pierwszych wersjach produkowane przez Helikon, jednak podobnie jak maskałaty w Partizanie nie jest to już skala kosztów podobna do ciuchów z demobilu. No a ewentualne smocki, czy też oporządzenie trzeba by było ściągać z zagranicy (np. z Niemiec, gdzie z tkaniny w tym kamuflażu szyje firma Leo Koehler)
CPU od Helikona w wersji "Badlands" kamuflażu PenCott. Za: http://www.hydedefinition.com/latest/?p=845
Smock od  Leo Koehler w wersji "Greenzone". Za: http://www.strikehold.net/2013/10/25/leo-koehler-pencott-tactical-combat-jacket-review/

Czemu w żadnym z wariantów nie napisałem jaki kamuflaż powinien być wykorzystywany zimą? Bo nie spotkałem się do tej pory z szeroko dostępnym kamuflażem "roztopowym". Oczywiście, łatwo jest dostać najróżniejsze białe maskałaty zimowej. Ale gdy śnieg topniej , lub leży jedynie w płatach takie zestawy się nie sprawdzają. Dlatego zachęcam do eksperymentowania z tanimi białymi strojami, czy też ponczami maskującymi i najróżniejszymi technikami: farbowaniem barwnikami, używaniem farb i innymi pomysłami (nawet z brudzeniem), które pozwoliłby uzyskać strój, który oprócz białego zawiera również inne kolory czy kształty, ułatwiające maskowanie czy to w lesie, czy to w innych terenach w okresie gdy śnieg nie przykrywa wszystkiego jednostajną pokrywą.

niedziela, 3 listopada 2013

Krótka ankieta

Jak widać po statystykach wyświetleń i wyszukiwań od czasu do czasu trafiają tu osoby które poszukują informacji o mundurze harcerskim i przez Google trafiają na moje średniej jakości teksty. A ponieważ chciałbym napisać ich lepszą, bardziej dopracowaną merytorycznie i graficznie wersję muszę wiedzieć na czym się skupić w trakcie pisania takiego tekstu, czy nawet "publikacji". Prosiłbym więc, jeśli już ktoś tu zajrzał, o wpisanie w komentarzach (można pisać jako anonimowy, bez logowania się na różne konta społecznościowe) tego co powinno się w takim tekście pojawić: swoje pytanie, co należałoby wyjaśnić, czy pokazać?
Wiem że nie jestem super-ekspertem, a moje doświadczenia są ograniczone do pewnego określonego środowiska, ale zawsze lepiej jest wiedzieć co potencjalny czytelnik chciałby wiedzieć.

czwartek, 31 października 2013

Ile powinno się mieć wzorów kamuflaży?

  Więcej o moich nowych wzorach maskowania/more about my new camo patterns: http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

Wzór kamuflażu którym pokryte są wojskowe mundury i oporządzenie ma za zadanie zwiększać szanse na przeżycie żołnierza na polu walki. Ma on być dzięki nim trudniejszy do zauważenia przez żołnierzy przeciwnika. Rzeczą oczywistą jest więc że powinien być dopasowany do otoczenia w którym ci żołnierze działają. jeszcze niedawno "klasycznym zestawem", zwłaszcza dla państw NATO było posiadanie 2 zestawów umundurowania: zwykłego, w kamuflażu leśnym, używanym przez wojsko na co dzień, oraz pustynnego, wydawanego żołnierzom w wypadku wysyłania ich w regiony pustynne. Zaczęło się to zmieniać na przełomie XX i XXI wieku wraz ze zmianą swoich wzorów maskujących przez siły zbrojne USA. Marines, który zaczęli całą tą epopeję postąpili jeszcze konserwatywnie, przyjmują właśnie dwa wzory: leśny i pustynny, plus oporządzenie (kamizelki, ładownice, plecaki itp.) w jednolitym  kolorze "coyote brown", który miał pasować do obu wzorów, tym samym eliminując konieczność produkcji oporządzenia w dwóch wersjach kolorystycznych. To znacząca oszczędność, bo uszycie kamizelki kuloodpornej jest droższe od uszycia bluzy mundurowej. Za przykładem piechoty morskiej ruszyła amerykańska armia, która posunęła się o krok dalej: stworzyła wzór uniwersalny, który miał maskować wszędzie i sprawdzać się w miastach, gdzie jak się spodziewano miały się toczyć wojny XXI wieku. Niestety, z racji użytych kolorów (odcieni szarego), okazało się że wzór sprawdza się uniwersalnie źle wszędzie.
Kamuflaż Universal Camouflage Pattern w użyciu w Afganistanie. Dla porównania, plecaki są we wzorze pustynnym używanym przed wprowadzeniem UCP/
Nowe, "cyfrowe" amerykańskie wzory maskujące (oparte z resztą na wzorze kanadyjskim) rozpoczęły lawinę poszukiwania "nowych, skuteczniejszych kamuflaży. Dodatkowo przyspieszyła to wojna w Afganistanie, który jak się okazało to nie tylko pustynia, ale też najróżniejsze krajobrazy górskie, czy zielone, intensywnie uprawiane oazy i doliny rzeczne w których żołnierze na patrolach "świecili się" w swoich pustynnych mundurach. Efektem walk w Afganistanie była więc popularność wzoru "Multicam", opracowanego przez prywatną firmę Crye Precision. Dzięki jego "stepowej", zielono-beżowej kolorystyce sprawdza się nie tylko w Afganistanie, ale również w wielu innych miejscach, jest "znośny" nawet na pustyniach i w lasach. Osiągnął też sukces komercyjny. Armia amerykańska przyjęła go jako zastępstwo UCP: najpierw jako kamuflaż jedynie do wykorzystania w Afganistanie, a w ostatnim miesiącu pojawiła się informacja że kompletnie zastąpi "szarą szmatę". Wielka Brytania również przyjęła jego "stylizowaną" wersję jako wzór maskujący na nowych mundurach polowych. Oto porównanie: nowy MTP, dawny leśny DPM i pustynny DDPM:
To jest jedna droga: znaleźć wzór, który może nie jest wyspecjalizowany, ale za to sprawdza się umiarkowanie dobrze w bardzo wielu krajobrazach. Drugą opcją jest stworzenie ubrań maskujących, które byłyby uszyte z materiału zadrukowanego dwustronnie, dwoma różnymi wariantami wzoru. Tak postępowali podczas II wojny światowej Niemcy, a obecnie biorą z nich przykład Rosjanie, szyjąc kurtki i spodnie, które z jednej strony mają wariant letni (zielony), a z drugiej jesienny (brązowy) wzoru.
Pałatka w kamuflażu "dębowym", wykorzystywanym przez SS...
Który nie dość że nadal bardzo skuteczny, został skopiowany i stał się bardzo popularny w Rosji i WNP.

Zdjęcie zrobione podczas szturmu na szkołę w Biesłanie: to wtedy fakt "Rosjan w niemieckim kamuflażu" został zauważony szerzej za granicą. Źródło: rus.mil.pl
Cóż, zajmuję się kamuflażami... powiedzmy że hobbystycznie. Przedstawię więc swoje poglądy na to, jak mogłaby być rozwiązana kwestia wzorów maskujących i dopasowania ich do różnych krajobrazów. Do celu tego "eksperymentu" przyjmijmy że wyposażamy w umundurowanie i osobiste oporządzenie armię jakiegoś hipotetycznego, w miarę zamożnego i dużego kraju europejskiego, który jest nastawiony na obronę swojego terytorium, ale od czasu do czasu wysyła na różne "misje" w obszary pustynne czy tropikalne różnej wielkości kontyngenty swoich żołnierzy. Nie będę tu brał żadnego konkretnego kraju z dwóch powodów. Po pierwsze politycznych, żeby przypadkiem w komentarzach nie pojawiło się żadne "A bo oni nie mają prawa wysyłać... kolonialiści, najemnicy..." Nie mam zamiaru prowokować i tolerować takich opinii. Po drugie z przyczyn finansów i tradycji: raczej trudno jest przeprowadzić reformę mundurową w której kompletnie zmieniamy "styl" wyposażenia armii danego państwa. Bo w jednym żołnierze przyzwyczajeni są do takiego rodzaju kurtek, a w innym kurtek nieocieplanych nie uznają itp. Przedstawiając jakiś system nie muszę odnosi się od razu do przykładu państwa. Ale tak jest łatwiej. Od razu też zaznaczę, że wykorzystany wzór i kolorystyka nie są jakimś konkretnym, pełnoprawnym wzorem. W kwestii kształtów: to uproszczony wycinek z jednej z prób. A kolory to często "starsze" zestawy barw, nieco zmienione.
Zacznijmy od rodzimych, europejskich krajobrazów strefy umiarkowanej, które mają to do siebie że bardzo się zmieniają w ciągu roku. Więc aby dobrze maskować się przez wszystkie 12 miesięcy potrzeba by było co najmniej kilka wzorów:















  • A: typowy kamuflaż leśny, podobnie jak popularny DPM, Flecktarn, Woodland, czy Wz.93 "Pantera", z przewagą zieleni i brązów.
  • B: wzór "suchy", przejściowy, podobnie jak Multicam, ale też kamuflaże Wehrmachtu, zwłaszcza "Sumpftarn" w którym przeważał kolor beżowy i brązowy. Ma sprawdzać się na polach, wśród suchych traw i zarośli.
  •  C: brązowy kamuflaż jesienny, na wzór jesiennej strony niemieckiego kamuflażu "dębowego", mający maskować wśród opadłych liści lasu liściastego i częściowo wśród ściółki  boru iglastego.
  • D: kamuflaż zimowy, podobny do stosowanego obecnie przez Bundeswehrę. Całkowicie białe maskałaty zimowe, zakładane na zwykły mundur sprawdzają się jedynie jeśli pokrywa śniegu jest całkowita, nic spod niego nie wystaje. Jednak w zimowym lesie mamy do czynienia z drzewami i gałęziami, które jako ciemne odcinają się na tle białego śniegu. Czarne plamy mają poprawić maskowanie w takich sytuacjach i rozbić "białą plamę na łaciatym tle".
  • E: Spełniający podobne funkcje co D, powstały jednak w nieco inny sposób. Zawiera więcej barw, w tym brązowy, aby jeszcze lepiej maskować w krajobrazach innych niż zaśnieżone pole. Ten wzór może być efektem drukowania wzoru F na białym materiale: kolory będą przebijać na drugą stronę , ale nie aż tak intensywnie, dzięki czemu będą jaśniejsze, mniej kontrastowe.
  • F: "kamuflaż roztopowy". W trakcie przedwiośnia, ciepłą zimą lub na jej początku śnieg leży raczej odizolowanymi łatami niż całą pokrywą. Oznacza to że zarówno kamuflaż leśny, jak i zimowy nie będą się sprawdzać najlepiej. Tak samo niektóre bory iglaste mogą być mocno brązowe i zielone zimą. Idea tego wzoru jest oparta na pomyśle fińskim: mają oni mundury w typowym kamuflażu leśnym, mają biało-czarne maskałaty zimowe, ale mają też mundury zimowe w których jeden z kolorów kamuflażu leśnego jest zastąpiony przez jasnoszary.

Warianty kolorystyczne fińskiego kamuflażu M/05

No dobrze, ale tak jak już pisałem, naszemu hipotetycznemu państwu przydałyby się również mundury tropikalne.

W skład powyższego ciągu wchodzą już przedstawione kamuflaże A, B i C, doszedł do nich jeszcze wzór typowo pustynny, czyli G. Do czego służyłyby "na misji"?
  • A: kamuflaż leśny, więc lasy tropikalne. Czy to wiecznie zielone, czy to do wykorzystania w porze wilgotnej. Oczywiście mógłby to być kamuflaż specjalnie opracowany pod najróżniejsze dżungle, inny byłby wtedy odcień i ilość zieleni, inny byłby też odcień brązu, ponieważ gleby laterytowe często spotykane w strefie międzyzwrotnikowej mają charakterystyczny, rdzawy odcień.
  • B i C: tym razem do wykorzystania w najróżniejszych krajobrazach stepowych, sawannowych, półpustynnych, górskich, czy pustyń kamienistych.
  • G: kamuflaż na "klasyczne" pustynie i półpustynie piaskowe.
Jako dodatkowy stworzyłem jeszcze ciąg "miejski". Obecnie więcej ludzi na świecie mieszka w miastach, niż na wsiach, ten trend będzie się jeszcze pogłębiał. Jeśli walki zbrojne będą się koncentrować w miastach, konieczny byłby również kamuflaż, sprawdzający się w tym bardzo zróżnicowanym, barwnym krajobrazie do którego trudno dopasować odpowiednie maskowanie.
  •  A i B byłyby tu wykorzystywane praktycznie tak samo jak przedstawiałem je w "ciągu europejskim": na obszarach przejściowych, wiejskich i podmiejskich, gdzie nadal jest dużo zieleni.
  • C i F z racji przeważającego brązowego odcienia i zwłaszcza w przypadku F dużego kontrastu mogłyby się sprawdzić na obszarach przemysłowych oraz zrujnowanych, wśród pyłu, gruzów i cegieł. Polecam obejrzeć zdjęcia z wojny w Syrii: to typowe walki w terenie zurbanizowanym. Oczywiście tamtejszy suchy klimat wpływa na kolorystykę, mniej tam zieleni miejskiej, ale przeważające kolory to brązowy, beżowy i szary z bardzo ostrą grą światłocienia: w niektórych miejscach, np. wnętrzach budynków czy zaułkach jest bardzo ciemno, a niektóre, jak otwarte ulice są prawie białe od pyłu oświetlanego przez słońce.
  • H: kamuflaż z "downtown", betonowej dżungli, który spodziewalibyśmy się zobaczyć np. na policyjnych antyterrorystach. Co do obecności koloru granatowego: ostatnio mocno się zdziwiłem jak wtopiła się w otoczenie osoba ubrana w ciemną bluzę i spodnie dżinsowe, mimo że piszę o "starej", kamienicznej zabudowie.
Jak więc stworzyć system, który pogodziłby te wszystkie odmiany pozwoliłby na skuteczne maskowanie w wielu krajobrazach, przez cały rok. Wydaje mi się że najlepszy byłby system opierający się o zestaw opierający się o bluzę mundurową i odwracalne kurtki maskujące. Oto jak mógłby on wyglądać.

Podstawowy mundur składający się z bluzy i spodni z lekkiego materiału, w sam raz na lato, który można wykorzystywać zarówno w koszarach (a nawet przede wszystkim tam), jak i w terenie. O wygodnym kroju i odpowiednio "porządnym wyglądzie". Plus w tym samym wariancie byłby wykonany tzw. combat shirt, czyli bluza pod kamizelkę oporządzeniową. Wahałem się pomiędzy wariantami kolorystycznymi A i B. A to w końcu "klasyczny" kamuflaż leśny, zapewne lepiej wyglądający w oczach cywili. Jako ciemniejszy mniej widać by było na nim brud. Poza tym sprawdzałby się w terenie dłużej: od wiosny, aż po jesień. Za to B ma przewagę, zwłaszcza z logistycznego punktu widzenia jeśli żołnierze musieliby być częściej wysyłani za granicę gdzieś do "III świata": nie musieliby otrzymywać dodatkowego wyposażenia, bo "przejściowy" kamuflaż sprawdzałby się również w obszarach suchych. Jednak niezależnie od tego na który byśmy się zdecydowali, drugim elementem byłyby:

Spodnie i "kurtka bojowa" z kapturem, z tkaniny zadrukowanej dwustronnie. Uszyte z w miarę cienkiej i wytrzymałej tkaniny (np. bawełniany rip-stop), byłaby wykorzystywana w terenie. Gdyby miała obszerny krój (polepsza maskowanie, bo człowiek przestaje być wyraźnym "patyczakiem"), duże i pojemne kieszenie które łatwo można otwierać i zamykać, oraz regulację obwodu na dole kurtki i w talii, mogłaby stanowić odpowiednik kurtki typu smock. Oczywiście ze względów konstrukcyjnych (konieczność dostępu do kieszeni przy obróceniu kurtki zarówno na jedną, jak i drugą stronę) nie może być tak skomplikowana co niektóre smocki, ale jako ich fan, uważam że tego typu kurtka to jedno z najlepszych ubrań w teren. Podobnie spodnie powinny być obszerne i ze wzmocnieniami na kolanach i siedzeniu, których nie musiałby mieć mundur podstawowy. Noszone byłyby w przede wszystkim w terenie, na najróżniejszego rodzaju zajęciach i manewrach, no i oczywiście w walce gdyby się przytrafiła. Aby zapewnić odpowiednie maskowanie każdemu żołnierzowi musiałyby być wydawane 2 takie kurtki: "letnia" i "zimowa", przy czym nie różniłyby się niczym, oprócz kolorystyki.

Letnia, zależnie czy podstawowy mundur byłby w wariancie A, czy B, jej jedna strona byłaby w drugim z tych wariantów, a druga: w wariancie C, jesiennym. Pozwoliłoby to na odpowiednie maskowanie od momentu w którym zniknie ostatni śnieg, do jego pierwszych opadów. Zarówno zieloną wiosną i latem, na suchych łąkach późnego lata, jak i jesienią wśród opadłych liści.
Kurtka zimowa z jednej strony miałaby wariant F, a z drugiej E, zapewniając maskowanie w okresie zimowym. I tak jak już pisałem: nie różniłaby się niczym od kurtki letniej oprócz kolorów. Jeśli komuś się wydaje że jak kurtka zimowa to musi być ocieplana: tą robotę spełniałyby oddzielne kurtki-ocieplacze, np. puchowe, smock-maskałat miałby być najbardziej zewnętrzną warstwą, pod którą ubiera się "na cebulkę". Jak można zauważyć odstąpiłem od wariantu D, żeby nie mnożyć bytów. Oddzielny zimowy maskałat nie jest potrzebny, wariant E jest wg. mnie wystarczający w trakcie europejskiej zimy, zwłaszcza w lesie, czy mieście.

Teraz czas na umundurowanie "tropikalne". Składałoby się z munduru podstawowego i combat shirta z lżejszego, dopasowanego do klimatu materiału i "kurtki bojowej", takiej jak te do munduru europejskiego. Gdyby mundur podstawowy w wersji europejskiej byłby w kamuflażu leśnym, zestaw tropikalny byłby w wersji G, pustynnej. Co o oznaczałoby że można by było do niego użyć "europejskiej" "kurtki bojowej" w kamuflażach B/C, kurtkę i spodnie od niej można przecież nosić zamiast munduru, na podkoszulkę i bieliznę, jak robili to Rosjanie w Afganistanie ze swoimi maskałatami. Przy czym możliwe że konieczne byłoby również posiadanie w magazynach munduru podstawowego z tkaniny tropikalnej z leśnym nadrukiem, żeby w razie czego zastąpić nim zwykłe, europejskie mundury żołnierzy wysłanych aby zażegnać kryzys gdzieś w dżungli.
Gdyby nasza hipotetyczna armia byłaby bardziej nastawiona na wyjazdy i jednak przyjęła wariant B jako kolorystykę swoich podstawowych mundurów, konieczne byłby posiadanie dodatkowej kurtki bojowej w wariantach C/G i pustynnego zestawu podstawowego, lub używanie kurtek A/C i zestawu pustynnego.
Taki układ zostawia jeszcze na boku wariant miejski: H, ale wydaje mi się że jest on na tyle wyspecjalizowany że nie ma potrzeby wydawania go całej armii, która w razie czego poradziłaby sobie wykorzystując warianty B i C, tak jak to przedstawiłem z ilustracją o "ciągu miejskim".
Dużo tego? Policzmy:
1 bluza mundurowa, 1 combat shirt,  1 spodnie mundurowe
2 zestawy kurtka + spodnie "bojowe"
Plus w magazynie zestaw bluza, cs i spodnie w kamuflażu pustynnym.
I porównajmy z tym co otrzymują w kamuflażu MTP obecnie żołnierze brytyjscy (za: http://www.army.mod.uk/documents/general/Black_Bag_A5_booklet.pdf który to dokument już kiedyś przytaczałem):
bluza (wydawane są aż 3-4, ale nie będę się w to zagłębiał), cs, smock, spodnie z lekkiego materiału, spodnie wiatroodporne. O reszcie sprzętu później.
Jeśli chodzi o wydawany sprzęt to jest to praktycznie to samo: kurtki dzięki prostszej konstrukcji mogłyby być tańsze od smocka, należy wspomnieć że zestaw zimowy eliminuje konieczność produkcji białych zimowych maskałatów. Również mundur podstawowy, np. spodnie mogą mieć w miarę prosty krój z racji używania ich głównie w koszarach.
Oczywiście jest kwestia zestawu pustynnego, ale dzięki temu że jedna kurtka ma stronę w kamuflażu przejściowym, czyli odpowiedniku MTP, zestaw ten nie musi "leżeć i czekać" w znacznej ilości egzemplarzy.
No dobrze, a oporządzenie? Kamizelki, plecaki? Te można wykonać albo w jednolitym kolorze, albo w we wzorze który może i nie maskuje najlepiej w żadnym z opisywanych krajobrazów, ale wystarczająco dobrze, aby współpracować ze wszystkimi innymi wariantami kolorystycznym. Takim tropem podążała US Army w konkursie który ogłosiła po zamieszaniu medialnym i polityczym z UCP. Wymagania określały że konieczne będą 4 warianty wzoru: przejściowy, używany na codzień, pustynny i leśny wydawane tylko w razie konfliktu w takim regionie, oraz "oporządzeniowy". Konkurs nie został rozstrzygnięty i tak jak pisałem armia w końcu uznała że używany już Multicam jej wystarczy, ale chodzi o ilość wzorów. A oto i mój "wariant" takiego układu, czyli "wzór oporządzeniowy" (I), wraz z kilkoma innymi przedstawionymi w tym tekście:


Jak widać, wszystkie wykorzystują te same kształty i podobne kolory, alby przy ich łączeniu (bo być może teren jest taki że góra musi być leśna, dół jesienny, a oporządzenie jest przecież w wariancie I), nie "gryzły" się ze sobą, zdradzając użytkownika, tylko żeby różna kolorystyka jeszcze bardziej utrudniała zauważenie ludzkiej sylwetki.
Wszystkie nie wymienione elementy byłyby właśnie w tym wariancie kamuflażu, lub w podobnym, jednolitym odcieniu khaki. Oto przykładowa lista, oparta na liście brytyjskiej, jak mogłoby to wszystko wyglądać, przy założeniu że nie uwzględniamy dodatkowego zestawu pustynnego i leśnego-tropikalnego. Jeśli przy pozycji są 2 warianty, to byłaby uszyta z dwustronnego materiału.
  • mundur (bluza, spodnie, combat shirt) w wariancie A
  • kurtka i spodnie w wariantach B-C
  • kurtka i spodnie w wariantach E-F
  • kurtka i spodnie przeciwdeszczowe w wariancie I (oporządzeniowy)
  • pokrowiec na hełm w wariantach A-B
  • pokrowiec na hełm w wariantach C-E
  • kamizelka i ładownice/kieszenie, pas oprządzeniowy, plecak patrolowy, plecak "wyprawowy" w wariancie I
  • basha (lekka plandeka) w wariantach A-I
  • pokrowiec na plecak z regulowanym obwodem (aby możliwe było rolowanie jego krawędzi by pasował na oba plecaki) w wariancie A-G oraz drugi w C-E
  • kapelusz w wariancie A-C
  • kapelusz w wariancie B-G
  • czapka zimowa w F
  • kombinezon przeciwchemiczny: I
  • bielizna, polar, rękawiczki, kombinezony załóg pojazdów, śpiwory, buty, paski, ocieplacze (puchowe/syntetyczne: "waciaki"): khaki. A. I dobrze by było gdyby broń też była brązowa/khaki.
Dużo tego? Oczywiście że dużo. Możliwe że w żadnym kraju taki system nie przeszedłby ze względów finansowych. Ale proszę pamiętać że wymyśliłem ten system z pozycji hobbysty, historyka i niedzielnego użytkownika brytyjskiego sprzętu z demobilu, a nie zawodowego żołnierza: w książeczce wojskowej mam wpisaną kategorię "D" i jeśli ktoś ma jakieś uwagi: nie jestem alfą i omegą, zawsze mogę ich wysłuchać.

sobota, 19 października 2013

Królestwo Kongresowe: "Polski Mondragon"

W historii alternatywnej "Królestwo Kongresowe", które już pojawiało się na moim blogu, nieszczęsny mr. R. przeforsował swego czasu uzbrojenie Wojska Polskiego czasu I wojny światowej w półautomatyczne karabiny Mondragona. Chciał więcej, w tym kompletnie ahistoryczne rkm-y, ale udało się go przedyskutować w innych kwestiach. Jednak te nieszczęsne Mondragony pozostały. Gdy o wiele później czytałem co nieco o tym karabinie, aby trochę lepiej go poznać, im bardziej zagłębiałem się w jego historię i konstrukcję, tym bardziej łapałem się za głowę. Przecież ten karabin nie nadawał się dla żadnej normalnej armii tamtego okresu. Nie wspominając nawet o ówczesnych poglądach na temat marnowania amunicji przez żołnierzy, to sama konstrukcja z racji swojego skomplikowania i podatności na awarie wywołane przez zanieczyszczenia typowe dla pola bitwy (a co dopiero błotnistych okopów I wojny światowej) była jedną wielką katastrofą. Tylko czekającą, aby żołnierze znienawidzili go bardziej niż Amerykanie pierwsze serie M-16. Z resztą zamek Mondragona z racji jego skomplikowania bywa porównywany do zamka wspomnianego M-16.
Mondragon: zwracają uwagę otwory w zamku.
Dla porównania radziecki SWT: jeden z pierwszych rzeczywiście masowo produkowanchchy i wykorzystywanych karabinów samopowtarzalnych. Różnica rzuca się w oczy nawet bez rozbierania karabinu: w SWT zamek nie jest bezpośrednio wystawiony na czynniki zewnętrzne, a rączka przeładowania stanowi element osłony zamka.
Czemu piszę o tym tu? Po pierwsze żeby nieco rozruszać to zaspałe miejsce. Po drugie, żeby nieco poprawić "KK", bez wnoszenia gigantycznych zmian. Po trzecie, na historykach.org mr. R. pewnie zacząłby bronić swojego pomysłu, który jest dosyć typowy dla niego: znaleźć jakąś dopiero co wynalezioną nowinkę, która wejdzie do powszechnego użytku dopiero kilkadziesiąt lat później i wprowadzić ją do takiegoż powszechnego użytku w alternatywnej linii czasu bezpośrednio po wynalezieniu. Na przykład faks. W 2 dekadzie XX wieku...

Więc uprzedzam - tekst który zaraz przeczytacie to historia alternatywna, pisana przez osobę która nigdy nie strzelała z prawdziwego karabinu.

W 1892 r. Wojsko Polskie rozpoczęło poszukiwania następcy swoich dotychczasowego uzbrojenia piechoty, które wraz z pojawieniem się nowych karabinów powtarzalnych: francuskiego Lebela, i przede wszystkim niemieckiego Mausera Gw. 1898 stała się wyraźnie przestarzała. Głównym kandydatem i najbardziej prawdopodobnym wyborem był przyjęty rok wcześniej na uzbrojenie przez armię carską karabin Mosin-Nagant wraz z pociskiem 7,62x54mm R. Drugim, nieoczekiwanym kandydatem został samopowtarzalny karabin skonstruowany przez meksykańskiego oficera Mondragona, który w tym czasie negocjował zarówno ze szwajcarskim SIGiem, jak i radomską fabryką broni możliwość produkcji broni jego pomysłu. Karabin Meksykanina został odrzucony jako kompletnie nie przystający do potrzeb pola walki, nieprzystosowany do współczesnej amunicji (prezentowana wojsku wersja wykorzystywała niestandardowy i sprawiający sporo kłopotów szwajcarski nabój 5,2x68mm), oraz podatny na uszkodzenia i zacięcia. Zwłaszcza że polscy wojskowi mogli zapoznać się jedynie z 2 prototypowymi egzemplarzami, pośpiesznie dostosowanymi do szwajcarskich naboi. Jak było do przewidzenia, w wyniku konkursu na stan WP został przyjęty karabin Mosina pod oznaczeniem "Karabin wzór 1893", a wraz z nim, jako standardowy: nabój 7,62 z wystającą kryzą. Jednocześnie uruchomiono w Polsce produkcję zarówno karabinów wz.1893, jak i amunicji, którą później wykorzystywano również w karabinach maszynowych systemu Maxima.
Nie był to jednak koniec historii karabinu Mondragona w Polsce. Inżynier z radomskiej fabryki, który prowadził negocjacje z meksykańskim konstruktorem zauroczył się możliwościami i potencjałem tego karabinu i całkowicie poświęcił dążeniu do jego udoskonalenia. Zyskał do tego okazję, ponieważ mimo dobrych opinii meksykańskiej armii o dostarczonych przez Szwajcarów 50 egzemplarzach serii próbnej, wynik polskiego konkursu skłonił SIG do ograniczenia wydatków na prawdopodobnie nieperspektywiczny projekt. Mondragon, pozbawiony środków na przystosowywanie swojego karabinu do bardziej rozpowszechnionych naboi podjął współpracę z radomskim inżynierem.
Efekt prac zaprezentowano polskim wojskowym w 1907 r. Był to w pełni działający, samopowtarzalny karabin na nabój 7,62 mm. Mimo oczywistej zalety jaką była szybkostrzelność w porównaniu z Mosinem, testy wykazały wady konstrukcji:
-względnie niską celność
-za ścisłe spasowanie części. Mimo że teoretycznie stanowił to zaletę broni, zbytnie skomplikowanie mechanizmów, oraz ścisłe spasowanie utrudniały rozkładanie i czyszczenie karabinu, oraz dobieranie części zamiennych.
-zanieczyszczenia łatwo dostawały się do wnętrza zamka i powodowały zacięcia.
Dodatkowe testy na Nowym Pomorzu wykazały znaczną wrażliwość mechanizmu na wilgoć: w wilgotnym terenie problem zanieczyszczeń na tyle się potęgował, że Mondragony praktycznie nie nadawały się do użytku. Konkluzja wojskowych brzmiała że WP chętnie przyjmie na uzbrojenie karabin znacząc zwiększający siłę ognia piechoty, ale na pewno nie w obecnej postaci. Broń musiała zostać uproszczona i dostosowana do wykorzystania i czyszczenia przez żołnierzy z poboru.
Pierwszym krokiem w modyfikacjach było zwiększenie tolerancji części i uproszczenie bloku gazowego. Próby poprawionego karabinu w 1908 r. przyniosły decyzję o zakupie próbnej partii karabinów samopowtarzalnych. 
Rzeczywisty samopowtarzalny karabin Mondragona z 1908 r.
Oprócz tego podjęto również inne decyzje:
-Do zakończenia poprawek i testów kontynuowana będzie produkcja karabinów wz.1893, a nowe karabiny muszą zostać przystosowane do produkcji na tej samej linii fabrycznej.
-układ gazowy zostanie usunięty dla uproszczenia konstrukcji: Mondragon ma stać się karabinem powtarzalnym z zamkiem dwutaktowym. Równocześnie znacznemu uproszczeniu miała ulec rączka przeładowania (m.in. usunięcie przełącznika odcinającego układ gazowy), oraz "szyna po której się poruszała). Pozostawiona zostanie jednak możliwość przywrócenia układu gazowego w przyszłości.
-Mechanizm zamka miał ulec kolejnemu uproszczeniu. Wśród zmian zmniejszających jego skomplikowanie i poprawiających płynność przeładowania, znalazł się wymóg zmniejszenia ilości rygli: do 3 na końcu zamka i 2 z przodu, podczas gdy dotychczas było ich odpowiednio 4 i 3. Uważano że przy konieczności ręcznego przeładowania po każdym strzale, zamek nie musi posiadać aż tylu rygli.
-Magazynek miał liczyć 10 naboi, ale miał być zamontowany na stałe i zasilany od góry z łódek amunicyjnych. Wynikało to z chęci zachowania dotychczasowych ładownic i łódek, przystosowanych do 5-nabojowego magazynku Mosina.

Tak zmodyfikowany "karabin wz. 1910" był podstawową bronią oddziałów pierwszoliniowych Wojska Polskiego w momencie wybuchu wojny światowej w 1920 r. Jednak ponieważ w magazynach mobilizacyjnych nadal znajdowała się znaczna ilość karabinów Mosina, produkowanych do 1913 r. to z nimi wyruszyło na front wiele oddziałów rezerwowych, oraz służb tyłowych. Przejście do walk okopowych, zwłaszcza jesienią i zimą 1920 r. przyniosło skargi na niezawodność Mondragonów: problemów z zacięciami nie udało się wyeliminować mimo kolejnych modyfikacji przed 1910 rokiem. Podjęto wtedy decyzję o ograniczeniu produkcji tych karabinów, na rzecz powrotu do prostszych Mosinów, które dodatkowo produkowano również na potrzeby Rosji. Produkcji Mondragonów nie wygaszono całkowicie, a jedynie przeniesiono z Radomia do znacznie mniejszego zakładu w Gdańsku. Wznowiono również produkcję bloków gazowych, dzięki czemu część karabinów ponownie stała się bronią samopowtarzalną. Wykorzystywano je przede wszystkim w lotnictwie, oraz oddziałach szturmowych.
Wiosną 1922 r. w momencie zawieszenia broni z Niemcami i początku interwencji w Rosji, większość polskiej piechoty i oddziałów tyłowych była wyposażona w karabiny Mosina. Mondragony wykorzystywano m.in. w piechocie górskiej, gdzie wykorzystywała je część podoficerów, oraz członków obsługi broni zespołowych, np. dział okopowych i karabinów maszynowych, traktując je jako środek samoobrony. Szersze rozpowszechnienie nie nastąpiło z powodu problemów z niezawodnością karabinów zimą. Głównym użytkownikiem były jednak przede wszystkim oddziały strzelców konnych, zwłaszcza w "strategicznych korpusach kawalerii", gdzie długość karabinu nie była uważana za taki problem jak w innych pułkach kawalerii gdzie preferowano karabinki. Oprócz tego "korpusy strategiczne" rzadziej niż "zwykła kawaleria" obsadzały okopy pierwszej linii, zwykle wykorzystywano je jako rezerwę w trakcie większych operacji, lub wydzielone oddziały interwencyjne niż środek statycznej obrony. Oznaczało to że żołnierze w korpusach "Północ", "Południe" i "Zachód" mieli po prostu więcej czasu na konserwację swoich karabinów i rzadziej stykały się one z błotem i wodą.
W trakcie interwencji w Rosji nadal produkowano jedynie ograniczoną liczbę karabinów Mondragona: fabryka w Gdańsku, w przeciwieństwie do radomskiej stopniowo przestawiała się na produkcję na potrzeby cywilne, a oprócz tego w radomskie Mosiny wyposażano również oddziały "białych" Rosjan. Jednak na bazie doświadczeń wojennych, karabiny wz. 1910 miały zostać po zakończeniu działań wojennych i demobilizacji gruntownie zmodernizowane. Oprócz przystosowania do działania w trudnych warunkach, miały ponownie stać się karabinami samopowtarzalnymi zasilanymi z wymiennych magazynków. Jednak do czasu zakończenia prac nad nową wersją Mondragonów, WP miało korzystać z wojennych zapasów karabinów Mosin.

wtorek, 18 czerwca 2013

Rozważania nt. LSW

Na ostatniej sobotniej zbiórce zastępu w pewnym momencie wynikła rozmowa nt. zastosowania LSW w airsofcie. Czym jest ten trzyliterowiec? L86 Light Support Weapon. Czyli wersja rkm, czy raczej rkbm (ręczny karabinek maszynowy, różnica wynika ze stosowanego naboju pośredniego), karabinku L85. Jego podstawowym zadaniem, jest wspieranie sekcji (w Armii Brytyjskiej 4 żołnierzy: 3 z L85 i strzelec L86), poprzez prowadzenie celniejszego ognia na nieco większą odległość, lub szybszego na mniejszą, niż karabinki zwykłych piechurów, przy wykorzystaniu takiej samej amunicji co karabinki, podawanej z takich samych magazynków. Ma to swoje zalety i wady: zaletą jest to, że reszta sekcji może wspierać strzelca LSW swoimi magazynkami, a wady wynikają właśnie z korzystania z magazynków, oraz niewymiennej lufy: przez to L86 nie może prowadzić prawdziwego ognia maszynowego, a jedynie strzelać krótkimi seriami, ograniczonymi przegrzewaniem się lufy i pojemnością magazynków.
Przejdźmy jednak do airsoftu. Jeśli mowa o prowadzeniu "ognia wsparcia", najczęściej myślimy albo o karabinie maszynowym, najczęściej pod postacią M-249 SAW (Squad Automatic Weapon). M-249/Minimi w rzeczywistości też strzela amunicja pośrednią, ale główną różnicą jest zasilanie tych karabinów z taśmy, a w airsofcie: z magazynka pudełkowego z napędem elektrycznym. To, plus wytrzymały "gearbox-pudełko", pozwala osobie z taką repliką na prowadzenie ognia zaporowego i postawienie "ściany kulek" przed atakującym przeciwnikiem. Jakie są jednak wady takiej repliki? Przede wszystkim waga. O cenie nie będę się wypowiadał, bo prawdopodobnie, gdyby zsumować pełen koszt innych opcji o których będę pisał, to pewnie wyszłaby porównywalna kwota. Ale jedno jest pewne: Minimi jest ciężkie, jest niezbyt poręczne i mimo że istniej możliwość zasilania go  z magazynków "emkowe", to swoje prawdziwe oblicze pokazuje dopiero przy magazynkach pudełkowych. Które również zajmują dużo miejsca i trzeba je nosić albo w specjalnych ładownicach, albo np. w Utility Puchach z "uchami" na szelki jak ładownice amunicyjne.
Co prawda możliwe jest odciążenie strzelca km-u przez to, że dodatkową amunicję (w naszym przypadku: paczki z kulkami), przenosi w swoim oporządzeniu reszta oddziału, wzorem Brytyjczyków z Falklandów, gdzie każdy żołnierz, oprócz amunicji w magazynkach przenosił jeszcze amunicję w paczce dla siebie i taśmę z nabojami dla GPMG, czy też Niemców, którzy stosując MG-42, reszta drużyny piechoty praktycznie ograniczyli do ochrony karabinu maszynowego i donoszenia mu amunicji. Cóż, trzeba przyznać że "śwniak" u boku świetnie działa na morale, a wrogi z przodu: odwrotnie proporcjonalnie, ale uważam że w airsofcie jest to jednak chyba zbyt wyspecjalizowana broń, żeby grupa 4-6 osobowa decydowała się na taką inwestycję. Ale oczywiście wszystko zależy od funduszy.
Wsparcie oddziałowi może zapewniać też strzelec wyborowy. Czyli ktoś, kto najpewniej, na początku swojej kariery chciał zostać snajperem-chodzącym krzakiem, ale ktoś mu to wyperswadował. A może nawet nasz snajper uparł się i działał w tym kierunku. Ale nawet jeśli dobrze i celnie strzela, to nie będzie w stanie zatrzymać frontalnego ataku przeważających sil "ochotników chińskich" biegnących na naszą pozycję przy akompaniamencie grzechoczących hi-capów. Dodatkowo, o ile nie korzysta z jakiegoś "wiosła" na magazynki M-4/M-16, to znowu istnieje problem z wymienialnością magazynków z resztą grupy. Zarówno SWD, czterotaktowce, oraz M-14 i SR-25 na magazynki będące replikami magazynków na amunicję 7,62x51 NATO nie są w stanie korzystać z magazynków reszty. A przy mid-capach i low-capach kulek może zabraknąć bardzo szybko, zwłaszcza jeśli ten strzelec ma ze sobą mało magazynków.
Na powyższym filmie widać w akcji zarówno M-249, jak i SWD. Trzeba tylko pamiętać że to Wielka Brytania, z ustawowymi ograniczeniami FPS i grą jedynie na komercyjnych "polach". W Polsce odelgłości bardzo często są większe.

Jako kompromis między tymi oboma rodzajami "broni wsparcia" można zdecydować się właśnie na jakieś airsoftowe LSW. Tylko w poszukiwaniach trzeba przyjąć kilka ograniczeń:
  -Magazynki systemu AK, lub M-16. Obecnie u nas w KF zdecydowanie przeważa AK, zaś brytyjskie oporządzenie jest dostosowane do magazynków STANAG-owskich, czyli właśnie od M-16, więc przy zakupach replik ograniczenie jest proste: albo AK, albo coś na magazynki od M-16.
  -Możliwość tuningu. Ponieważ nasze LSW miałoby odgrywać, zależnie od sytuacji, rolę podobną do Minimi i karabinu wyborowego, powinno być w stanie wytrzymać upgrade do ok. 440-450 fps (więcej oznaczałoby brak ognia ciągłego na wielu imprezach, co mija się z celem). Jednocześnie mocna sprężyna i potrzeba strzelania seriami wymagają dobrego silnika i mocnej baterii. Na pewno przydałaby się też porządna gumka hop-up. No i może też lufa precyzyjna.
  -Możliwość zamontowania małogabarytowej optyki o powiększeniu od 2x do 4x. Większa luneta niepotrzebnie zwiększałaby gabaryty i ograniczała pole widzenia przy strzelaniu. Na takiej replice nie jest potrzebny teleskop do strzelania do komarów, tylko coś, co pozwoli wypatrzeć schowanego w trawie przeciwnika, leżącego w tych dalszych zakresach zasięgu. Przykładem takiej optyki są celowniki typu ACOG, przy czym mowa o lunetach, choćby nawet czysto airsoftowych, a nie o  kolimatorach w wydmuszce o kształcie ACOGa.
  -jakaś forma dwójnogu też by się przydała
  -gabaryty porównywalne z replikami karabinów szturmowych, żeby uniknąć konieczności dźwigania dodatkowych kilogramów, jak w przypadku SAW.

Najbardziej koszerna opcja, czyli replika L86 mieści się w kategoriach "góry złota/nie do dostania", więc od razu odpada z rozważań. Kolejną możliwością, jest wersja rkmowa karabinu AK, czyli karabin RPK.

RPK-74. Widoczny długi magazynek, długa, niewymienna lufa i zamontowany pod nią dwójnóg. Źródło: http://www.red-alliance.net/forum/index.php?topic=2343.0
Spełnia wymagania magazynkowe. Co prawda "banany", czyli długie magazynki od RPK są dosyć trudne w przenoszeniu (po prostu potrzebne są dedykowane ładownice), ale z łatwością można pod niego podpiąć zwykłe magazynki od AK, czy np. magazynek bębnowy. Co z możliwościami tuningowymi? Cymowski gearbox v.3 jest znany z tego że jest w stanie wytrzymać takie rzeczy. Optyka? Tu zaczynają się pewne problemy. Karabin, oraz jego airsoftowa replika, mają boczny montaż z lewej strony, tyowy dla AK, czy SWD (tak, wiem że montaże w AK i SWD w jakimś stopniu się różnią). Trzeba by albo montować lunetę z dedykowanym montażem, albo montaż z szyną RIS i dopiero na nią lunetę. W pierwszym przypadku praktycznie jesteśmy ograniczeni do PSO. Tyle że PSO jest wg. mnie za dużą lunetą na karabin typu LSW, a mniejsze celowniki optyczne produkcji rosyjskiej, czy białoruskiej bardzo ciężko dostać. A szyna RIS. Można by, tu już ograniczamy się do kwestii wizualnych typu "ceep that imperialistic crap out of my AK". Jedni mogą lubić ACOGa na AK, inni nie. Brytyjski SUSAT, montowany do niedawna na L85 wygląda wystarczająco topornie żeby nie gryźć się z cudami sowieckiego desingu, dodatkowo swego czasu został on skopiowany i jego kopia jest produkowana "za Bugiem". Tyle że SUSAT ma montaż na szynę 11 mm, a nie standardową RISowską 22 mm. Konieczne byłby boczny montaż z szyną 22 mm, przejściówka 22-11mm i dopiero na to SUSAT. Przy cenie 400 zł za jego kopię, łączny koszt byłby podobny do kopii PSO.
Kolejny problem to wymiary. Przez długą lufę i dwójnóg RPK może ciążyć na przód i być niewygodne w przenoszeniu. Poza tym dwójnóg jest dosyć wysoki, dostosowany do długości magazynków. A np. nasz strzelec LSW chciałby trzymać się bliżej ziemi.
Drugą opcją "wschodnia", jest po prostu założenie dwójnogu i optyki na replikę AK. Mamy wtedy takie same bebechy, ale krótszą lufę (której długość podobno aż tak nie wpływa na celność). No i jest to bardziej "odbajerzony AK", niż replika broni LSW.

Przechodzimy teraz do opcji "zachodnich", czyli na magazynki od M-4/M-16. Nie będę rozważał długich wersji G-36 z dwójnogiem i optyką. Sam mam krótkie G-36, gearbox v.3 daje radę, działa jakieś półtora roku bez zaglądania do środka, ale jest jedna kwestia problemowa. Airsoftowe adaptery magazynków STANAG do G-36, a przynajmniej mój "nie robią roboty". Są zbyt luźne, swoje magazynki musiałem okleić taśmą, a i tak czasami mam problemy z podawaniem kulek. Co niestety ogranicza nas do replik z gearboxem v.2, mniej wytrzymałym od v.3 występującego w replikach AK. Czy raczej: takiego którego nie da się zrobić topornie, a i tak będzie wytrzymały. Jak wspomniałem wcześniej, różne SR-25 wykluczamy z racji magazynków. Na razie przychodzą mi do głowy 2 propozycje.
 Pierwszą jest replika HK416. Karabin ten USMC przyjęło pod nazwą M27 IAR: Infantry Automatic Rifle. Spełnia tam dokładnie taką rolę o jakiej jest cały ten post: karabinu na magazynki od podstawowego karabinku zwykłego piechura, wspierającego go celowanymi krótkimi, seriami na nieco większe odległości i zastępuje w sekcji M-249. Wyposażony jest w celownik ACOG i dwójnóg.
Źródło: http://www.militaryphotos.net/forums/showthread.php?167027-The-United-States-Marine-Corps/page269

Można by powiedzieć: dokładnie to czego szukamy. Tylko inną kwestią pozostaje znalezienie odpowiednio wytrzymałej repliki tego karabinu. Cóż, jedną z bardzo niewielu opcji jest HK416 od JG. Tak, "chińska emka". Przy czym M-4 i M-16, których bebechy siedzą w HK-416 często są określane jako "mogą być". I tak konieczne byłoby rozebranie gearboxa i ponowne porządne jego złożenie, po sprawdzeniu jakości części. A co kwestii wizualnych? Pewnie dłuższa lufa i jednocześnie przesuwana kolba, tak jak w IAR. Przy czym, np. Gunfire, sprzedający repliki JG również pod własną marką, ma w ofercie wersję HK416 z krótszą lufą, nie wystającą z szyn montażowych. A np. wersja JG z dłuższą lufą, sprzedawana w innych sklepach, ma kolbę stałą, którą przydałoby się wymienić na przesuwaną.

Drugą opcją jest M-16 od KWA, z szynami RIS. KWA to już wyższa, nie chińska kategoria replik. Kosztuje więc więcej, ale za to posiada wzmocniony szkielet gearboxa, uznawany za jeden z najlepszych w replikach M-4/M-16. Mamy wtedy większą pewność, że mechanizm repliki wytrzyma zrobienie z niej jednocześnie snajperki i "siewnika". Przy czym ostatnimi czasy z replikami od KWA w sklepach brakuje.  Poza tym, z racji magazynków, takie "eM" można by jedynie "wystylizować" na to:

Źródło: http://www.ar15.com/mobile/topic.html?b=3&f=118&t=541606&page=253
 L129A1, czyli karabin systemu AR, który zastąpił w Wielkiej Brytanii L86 na funkcji DMR: Designated Marksman Rifle: karabinu strzelca wyborowego, działającego w ramach drużyny piechoty. Wsparcie ogniowe zapewniają raczej Minimi, ale i L129 zdarza się prowadzić szybszy ogień. Dla przykładu:
Odcinek serialu dokumentalnego "Royal Marines: Mission Afghanistan". Potyczka od 34:15. Przy czym L129 nie może strzelać serią i strzela amunicją 7,62, dla tego użyłem słowa "wystylizować". Czemu 7,62x51? Bo w górzystym Afganistanie karabiny strzelające nabojami 5,56x45 mm (np. L85 i Minimi) nie są w stanie sięgnąć np. pozycji talibskich karabinów maszynowych PKM, które z kolei są zasilane nabojem karabinowym 7,62x54R. Przy okazji, żeby mieć pojęcie o wymiarach naboi: druga cyfra, po x to długość łuski.

Wszystkie z tych replik, żeby pełnić funkcję broni wsparcia potrzebują sporej ilości amunicji. A ponieważ kilka hi-capów nie każdemu pasuje, przyjmijmy że będę pisał o porządnych mid-capach. W czym je przenosić? Brytyjski Chest-Rig pomieści 6 magazynków od AK, albo 9 STANAG + jeszcze da się zmieścić jakąś paczkę kulek w bocznych Utility. Podobnie PLCE, które mają dodatkową zaletę tego, że nie leżymy na magazynkach, tylko mamy je po bokach, na biodrach. Podwójne ładownice amunicyjne pomieszczą maksymalnie 12 magazynków od "M", lub bardziej realistycznie: 9 magazynków i paczkę kulek, lub 6 magazynków i 2 paczki. Tyle że z racji wymiarów, do ładownic nie wejdą magazynki od AK. Podobnie jak  do Assault Vest: 6 magazynków, czy LCTV: do dołączanych ładownic też 6 magazynków, ale za to do niej da się dokupić i doczepić kolejne ładownice amunicyjne, więc jak ktoś się uprze to zmieści i 12. Dobrym pomysłem byłoby działanie z kimś kto ma zwykłą, nie "odbajerzoną" replikę na takie same magazynki. Mógłby on wtedy pełnić funkcję "amunicyjnego", przenosząc dodatkowe magazynki, czy nawet wymieniając je w trakcie akcji, aby strzelec LSW nie musiał spuszczać celu z oka. I nie żartuję, tak postępowano z wieloma rkmami: brytyjskim pierwszowojennym Lewisem, i radzieckim drugowojennym DP Diegatriewa, zasilanymi z magazynków tależowych, czy zasilanymi z magazynków pudełkowych wz.1928 (polska, przedwojenna odmiana amerykańskiego BARa) i Brenem (brytyjski rkm z magazynkiem u góry, który z kolei był wersją licencyjną karabinu produkcji czechosłowackiej ZB vz.26).

Przykład takiego przeładowania: brytyjscy rekonstruktorzy i strzelanie z Brena

Poza tym, rzeczą niezbędną jest replika z mniej niż 350 fps w pobliżu, w celu obrony na krótki dystans, czy strzelania w pomieszczeniu. Czy to pod postacią pistoletu u boku, czy amunicyjnego z odpowiednim karabinkiem.

poniedziałek, 27 maja 2013

Credo hiperoptymisty

Wiem, że nie powinienem, ale za najlepszymi tradycjami internetowego trollingu, po prostu muszę to zrobić.

Otóż w poprzednim poście zadałem pytanie, czemu polskie dyskusje na temat historii alternatywnej prowadzą do scenariuszy aż tak pozytywnych dla Polski. Wtedy próbowałem na ten temat filozofować, mój starszy imiennik prawdopodobnie zainspirowany tym tekstem napisał swoje dwa, które spotkały się ze względnie szerokim oddźwiękiem. Tyle że odpowiedź jest bardzo prosta czemu tak się dzieje. Przez pewną kategorię dyskutantów, których niestety się z tych dyskusji nie ruguje i którzy często zasiedlają mniej wyspecjalizowane miejsca w sieci, np. portale polityczne z elementami historii. A oto i cytat z głównego przedstawiciela tejże grupy:

Osobiście uważam że to nie społeczeństwo jest tak zakompleksione (a nawet jeśli, to w końcu, w naszej historii przydałoby się nieco pokory w wydaniu zbiorowym), a autor powyższego cytatu jest nadmiernym optymistom, z zasobem stałych tematów, które przedstawia tło dla tej złotej myśli. To właśnie taka postawa prowadzi do "realchiefozy", czyli tego co na Alternatehistory.com przedstawia się jako "Wank", czyli scenariusz alternatywny który jest tak optymistyczny, że klasyfikuje się już jak porno. Tyle że są różne rodzaje porno. Podczas gdy niektóre scenariusze na AH.com są na tyle wyrafinowane, że dobrze się je czyta z literackiego punktu widzenia, to... istnieją też i scenariusze równie słabe co... Nie, nie będę tego pisał.
Tylko niestety "realchiefoza" to próba traktowania "wanku", tak, jakby to był realistyczny, dobrze opracowany scenariusz podparty źródłami. I nie ważne że prawdopodobieństwo, czy pewne elementy "równowagi szczęścia" są naginane. Nie ważne, czy też nieprawdziwe są obiekcje innych dyskutantów, również nowych, o świeżym spojrzeniu. To wszystko jest spisek przeciw Polsce, nawet jeśli akurat ta Polska tak na prawdę nie istnieje.
Cóż, miałem zamiar stworzyć taką grafikę już dawno temu (tyle że bez tekstu) i wkleić ją pod tekstem naszego myśliciela w momencie gdyby poruszył któryś ze zilustrowanych tematów. Ale cóż, pozwolę sobie jedynie przedstawić porównanie:
Tak wygląda dyskusja "zainfekowana": http://www.historycy.org/index.php?showtopic=96396&pid=1203649&st=915&#entry1203649
A tak powinna wyglądać porządna dyskusja alter-historyczna: http://www.historycy.org/index.php?showtopic=9039&st=2265

czwartek, 23 maja 2013

Rozważania na temat historii alternatywnej il polacco.

Post tej jest pisany dosyć spontanicznie  i najprawdopodobniej nie zostanie nawet sprawdzony pod względem składni i innych błędów (A powinien. To jeden z moich największych błędów: często zaniedbuję autoredakcję swoich tekstów, w których następnie pojawiają się różne potworki).
Czym jest historia alternatywna nie będę się rozpisywał. A jeśli ktoś kompletnie nie wie: chodzi o rozważania w rodzaju "co by było gdyby". Rozważania te mogą być różne, prowadzone w najróżniejszy sposób. Mogą być zarówno podstawą do fabuły powieści, jak i podstawą do pewnej analizy.
Nie będę się rozpisywał o polskich powieściach z gatunku historii alternatywnej, bo nie o tym głównie chcę napisać. Może poza pewnym spostrzeżeniem, że gatunek ten w Polsce zdominowały osoby o raczej prawicowych poglądach. W takim czy innym odcieniu, ale jednak tą "klasyczną AH" piszą u nas akurat takie osoby. O innych, różnych rodzajach fantastyki "z elementami" nie będę się wypowiadał, bo po prostu straciłem rozeznanie w nowościach wydawniczych.
No i mamy najróżniejsze rozważania i dyskusje internetowe. Tu, zwłaszcza te luźniejsze również toczą się najczęściej na portalach które określiłbym jako politycznie wyraziste.
Ale jest też pewna grupka uważająca, że zajmuje się "poważną historią alternatywną". Taką z punktem zmiany biegu dziejów, z dążeniem do analizy różnych opcji, z opieraniem się na źródłach i próbami uwzględniania czynnika losowego. Powstała ona na forum Historycy.org i stworzyła kilka gigantycznych tematów, w tym "Królestwo Kongresowe" który już pojawiał się w moich wpisach. No właśnie. Cechą charakterystyczną tej grupy było właśnie konstruowanie ogromnych wątków które w pewnym momencie stawały się swego rodzaju "uniwersami", takimi jak te związane np. z cyklami powieściowymi. Pojawiały się różne szczegóły i szczególiki, tworzące obraz tego alternatywnego świata. Jednak pozostaje jeszcze jedna ciekawa kwestia. Otóż tak wyszło że te "wątki-giganty" przedstawiały rzeczywistość lepszą dla Polski niż ta, która się wydarzyła. Pytanie czemu? Czy był to efekt zbiorowej terapii polskiej historii, dążenie do tego, aby dowiedzieć się co by było gdyby Polska funkcjonowała jak kraje zachodnioeuropejskie, "dostała szansę", czy była "normalnym krajem"? Być może przebijało się to podskórnie, mniej lub bardziej nieświadomie w jakiś sposób w trakcie tworzenia tych rzeczywistości. A może wynika to po prostu z takiego, a nie innego doboru punktów rozbieżności i to właśnie te nt. możliwego lepszego przebiegu dziejów były bardziej atrakcyjne dla dyskutantów właśnie z wymienionych już powodów. A może był to efekt światopoglądu jakiś użytkowników z tej grupy, którzy świadomie dążyli żeby "dopakować" alternatywną Polskę. Jest jeszcze inna możliwość. Może ten przesadny optymizm wynika z takiego, a nie innego, lokalnego postrzegania historii powszechnej. Osoba interesująca się historią, a mieszkająca w Polce raczej jest w stanie więcej powiedzieć o historii Polski, niż Francji, Hiszpanii, czy Wielkiej Brytanii i tym samym łatwiej jej jest znaleźć argumenty na poparcie wersji pozytywniejszej dla Polski, po po prostu zna ewentualne "asy w rękawie" właśnie polskie, a nie np. austriackie.
A jak jest "na zachodzie"? Istnieje swego rodzaju gigant, czyli forum Alternatehistory.com, można powiedzieć że globalne, na którym toczona jest ogromna ilość dyskusji i prezentowane jest wiele najróżniejszych, prowadzonych na różny sposób linii czasu. Wg. mnie jest też pewna ważna różnica pomiędzy działami "alternatywnymi" na Historykach, a forum AH.com. Otóż, to że działy te są częścią forum ogólnohistorycznego, dążącego do rzetelnego przedstawiania faktów historycznych, w działach alternatywnych dopuszczalne są jedynie dyskusje. Oczywiście "wątki giganty" zawierają elementy fabularne, ale pozostają one nadal częścią dyskusji. Za to na AH.com dopuszczalne są nie tylko dyskusje, ale również autorskiej, często bardzo fabularne linie czasu. Dana osoba po prostu przedstawia swoją wizję alternatywnej rzeczywistości wokół której może toczyć się dyskusja. Poza tym są tam elementy które nie mają prawa bytu na Historykach. Po pierwsze wszelkiego rodzaju "trivia" althistoryczna: mapy, grafiki, dyskusje nt. obecności HA w popkulturze, o książkach. Po drugie, nie ma problemu z obecnością "political fiction", czyli wszelkiego rodzaju dyskusji i twórczości dziejących się obecnie, bez "dwudziestoletniego zakresu bezpieczeństwa). Po trzecie, po zarejestrowaniu się, ma się dostęp do działów:
Z literaturą osadzoną w alternatywnej rzeczywistości, tworzoną przez użytkowników:  mniej lub bardziej poważnymi i prawdopodobnymi powieściami w odcinkach, opowiadaniami itp.
Dotyczącego "future history", czyli przyszłości, od bliskiej futurologii, aż po granice "space opery".
Oraz istniej dział dotyczący "Alien Space Bats". Czyli rozważań "kompletnie od czapy". W nich uchodzi wszystko, nie ma konieczności trzymania się prawdopodobieństwa. Magia, przenosiny w czasie, fantastyczne kontynenty, inwazja robali z kosmosu w trakcie I Wojny światowej i czołgi uzbrojone w piły łańcuchowe? Spokojnie, nie ma problemu, akurat w tym dziale rządzi "Rule od Cool".
No właśnie. Z jednej strony traktuję AH.com jako "Mekkę historii alternatywnej", a z drugiej, jest we mnie pewna rozbieżność. Jeśli na Historykach staramy się poważnie podchodzić do historii alternatywnej, to czemu zawsze wychodzi nam wynik pozytywny dla Polski? Nie piszę tu już o skrajnościach w których osoba uważa stagnację (czyli brak rozwoju) za porażkę i "działanie na niekorzyść alternatywnej Polski", podczas inni starają się mu wytłumaczyć że jest najbardziej prawdopodobna opcja, a i tak Polska dobrze na tym wychodzi. Być może wynika to właśnie z takiego szantażu emocjonalnego. A może jest to po prostu brak zagranicznej perspektywy i efekt małego, dosyć hermetycznego "światka", który właśnie po prostu lepiej zna te rodzime "asy w rękawie" o których już wspominałem.
Teraz wyobraźmy sobie, czy mógłby powstać polski odpowiednik AH.com. Z możliwością tworzenia własnych autorskich linii czasu i szerszymi możliwościami dyskusji niż obecnie na Historykach. Z jednej strony nie wiem kto byłby w stanie taki serwis/forum stworzyć. Mam idee, tak? Ale nie mam czasu żeby nad nim siedzieć (zamiast tego wpisu powinienem pisać moją nieszczęsną pracę magisterską). Nie wiem czy miałbym odpowiedni zapał i wiedzę historyczną, żeby moderować takie forum. Poza tym, po prostu nie mam umiejętności informatycznych, żeby je postawić i nim administrować. A fanpage, czy grupa na Facebooku, z racji jego konstrukcji nie jest najlepszymi miejscem na taką inicjatywę. Kwestia kolejna, przypuścimy że jednak znalazł się ktoś z umiejętnościami i chęciami, żeby ruszyć taki portal. Ale. Jeśli piszemy o forum, to tak na prawdę tworzą je użytkownicy, dyskutując i publikując swoją twórczość. I ogarniają mnie wątpliwości, czy w ogóle jest w Polsce wystarczająco dużo osób interesujących się historią alternatywną żeby takie forum żyło i generowało ciekawy, oraz realistyczny "kontent". Zaraz za tym, czai się kolejne niebezpieczeństwo. Że przez brak tych rozważnych i dobrze piszących użytkowników forum szybko stałoby się miejscem "gimbusiarstwa, brzozomanii i innych politycznych przepychanek". Po prostu zostałoby opanowane przez osoby nawet nie mające takich wątpliwości co ja: niedouczonych gimnazjalistów i studentów zadających infantylne pytania i prezentujących tematy w których Polska w 10 lat podbija całą Eurazję, twórców teorii spiskowych i zacietrzewionych zwolenników skrajnych opcji politycznych, głoszących tylko "swoją i najswojszą prawdę", z którymi nie da się dyskutować, podczas gdy osoby szczerze interesujące się historią nie zaglądałby tam i nie dzieliły się swoją wiedzą, bo "historia alternatywna to nie historia". Szczerze, to sam miałbym problemy z tworzeniem składnej, obszernej i ciekawej autorskiej linii czasu, dodatkowo opartej na rzetelnych źródłach. Przede wszystkim z racji lenistwa. A może jednak by spróbować? Tyle że nie poświęcę dla tego swojej magisterki, która i taki idzie mi jak krew z nosa, nie mam doświadczenia w tworzeniu forów internetowych, wydaje mi się też że klasyczne fora stają mogą odchodzić do lamusa wraz ze zmianami struktury internetu: dominacji wielkich serwisów w stylu TouTube i Facebook i wzrostu znaczenia filmu i obrazu w porównaniu z tekstem. No i przede wszystkim kwestia tego, czy takie forum nie przepadłoby po jakimś czasie z powodu łącznie 20 zarejestrowanych użytkowników i przewagi wątków o Smoleńsku, Magdalence i Mędrcach Syjonu., a więc stojących w kompletnej opozycji do idei takiego forum. Może po prostu nie da się tworzyć porządnych linii czasu w hermetycznym środowisku i trzeba się przenieść i udzielać na AH.com. Tylko ten język, chciałoby się podyskutować po polsku...