Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

niedziela, 30 grudnia 2012

Jak pożenić DPM z AK?

Jednym z celów na tą zimę (ogólnie rzecz biorąc: do marca), jest ubranie zastępu jednolicie. Z jednej strony, już na 1 listopada sprowadziłem chłopakom brytyjskie spodnie oliwkowe, które w Armii Brytyjskiej były używane razem z klasycznymi wojskowymi swetrami z materiałowymi wstawkami, określanymi jako "NATO jumper". Przynajmniej teoretycznie mają teraz normalne oliwkowe spodnie do munduru harcerskiego i można wyglądać jednolicie, a nie jeden w spodniach oliwkowych, drugi w "panterze", a trzeci w dżinsach po wszystko inne w praniu... Teraz oczywiście pozostaje kwestia tego, aby nauczyli się zakładać je zawsze do munduru, z czym może być ciężko. No dobrze, czas więc na dalszą uniformizację, bo teraz wyglądamy niczym partyzanci z wyciętego lasu. Zwłaszcza biorąc pod uwagę że w tym roku będą po kolei dobijać do swoich "słeet szesnastek", więc wypadałoby jakoś wyglądać na ewentualnym "zewnątrz". I jednocześnie uszczypnę pewną osobę: zakupy zawsze powinny być przemyślane i podporządkowane pewnej długookresowej strategii.
Jak można się domyśleć, kierunkiem najwłaściwszym wg. mnie, który spotkał się z różnym przyjęciem (od "tak", przez najpierw "tak" a potem "ale...", przez samo "ale" po "gucio mnie to obchodzi, nawet nie wypowiem się na ten temat"), jest DPM. Wymienię główne przyczyny, sporo rozwodziłem się na ten temat podczas dyskusji na facebooku: po pierwsze, brytyjskie kurtki to najpraktyczniejsze, dostępne powszechnie z demobilu ubrania militarne. Biją na głowę jeśli chodzi o pojemność, krój i materiał "przewagę formy nad treścią", jaką są polskie mundury polowe, oraz są bardziej pojemne od bardzo prostych mundurów niemieckich. Sprawdzą się więc nie tylko w airsofcie, ale również na harcerskim szlaku, czego od dłuższego czasu dowodzę swoim przykładem. Po drugie, wg mnie najlepiej wyglądają z mundurem harcerskim. Kładziemy kaptur, kurka podwinięta, chusta wyłożona przez lekko rozsunięty suwak, dobrze ułożony beret... No i z "lightweightami" (chodzi o te oliwkowe spodnie) i wypastowanymi butami od razu wygląda się "profesjonalnie". Niczym "Ok chaps, zróbmy to przed piątą, bo spóźnimy się na herbatę".
No dobrze, przyjmijmy że udaje się ubrać chłopaków do marca w kurtki, ew. nieco później spodnie. Co do tego? Zwłaszcza biorąc pod uwagę że tak się złożyło że praktycznie wszyscy oprócz mnie skierowali się w stronę replik AK-74, którego magazynki są dłuższe od magazynków STANAG używanych przez armię brytyjską? Jest kilka opcji i postaram omówić te, nad którymi się zastanawiałem.

Na szybko: Rzeczą oczywistą jest, że do ubrań w kamuflażu DPM można wykorzystać już posiadane oporządzenie, oczywiście najlepiej, gdyby było w kolorze oliwkowym, ale nie przesadzajmy i nie bawmy się w "taktyczną szafiarkę". Drugą możliwością jest wykorzystanie kurtki jako "oporządzenia". Istnieją wg. mnie dwie możliwości, obie wykorzystujące kieszenie dolne, oraz piersiowe na suwak. Zależnie od tego, jak sprawnie idzie nam otwieranie guzików w dolnych kieszeniach, możemy je wykorzystać albo jako "ładownice" w których trzymamy naładowane magazynki, które po wykorzystaniu wrzucamy do kieszeni pionowych, albo postępujemy na odwrót, traktując dolne kieszenie jako "worki zrzutowe, do których wrzucamy wykorzystane magazynki. Przyznam że musiałbym sprawdzić czy da się je tam wsadzić i wyjąć bez rozpinania guzika.

Typowo: czyli Chest Rig. Jest potwierdzone że ładownice przyjmują magazynki od AK. Jest ich 3 + 2 ogólne np. na manierkę, oraz jedna płaska między warstwami materiału, do której można dostać się od góry. Jak to nosimy? Z przodu, zależnie od tego jak kto lubi na piersi, albo niżej, na brzuchu jeśli ktoś tak lubi. Jak to wygląda? Dwa zdjęcia rodem z "internetów":
Źródło: http://dpm-soldier.pl/oporzadzenie/chest_rig.html można tam przeczytać więcej o cheście.
Źródło: http://asgw.pl/wielka-brytania/szpej-t1906.html Też proponuję zajrzeć do tematu.
I jeszcze jedno: chesta można dorwać już za 50 zł, więc polecam go jako oporządzenie "na początek", zamiast pchania się w różne wymyślne chińskie kamizelki z wkładami balistycznymi wypełnionymi piaskiem.

"High speed, low drag operatore" Gdyby spytać się kogoś kto nie jest obeznany z oporządzeniem co rozumie przez to słowo, najpewniej odpowiedziałby "kamizelka". Więc gdy ktoś kupi sobie replikę, od razu uznaje że "kcem kamizelkę". Najlepiej z mnóstwem PALSów, kieszonek na niewiadomo co itd. Mimo że nie ma co w niej nosić. Co więc zrobić jeśli ktoś uprze się żę chce kamizelkę? Nie będę się rozwodził na różnymi obecnymi pustynnymi pomysłami jak najróżniejsze Ospreye i inne LCTV. Istnieje jednak coś takiego jak Assault Vest, którego oficjalną nazwą jest "Waistcoat Mans General Purpose Ops". Klasyczna kamizelka ze stałymi kieszeniami przyszytym do siatki. Jakoś nie udało mi się znaleźć dobrego zdjęcia "na człowieku", ale mam nadzieję że to da jakieś pojęcie.
http://www.kitmonster.co.uk/images/Vest-PLCE-New-LRG.jpg
I co zrobić tą kamizelką jeśli mamy magazynki od AK? Zwróćcie uwagę na dwie kieszenie po lewej (z punku widzenia "nosiciela". Na zdjęciu: z prawej), na dole. To właśnie kieszenie amunicyjne. Dzięki temu że są zapinane na fasteksy, więc jeśli magazynki są za duże, klapa nie będzie się domykać. Mały problem wg mnie. W ostateczności myślę że można by było wyciąć boki klap, żeby zrobić z nich ładownice typu "U".

Na piechura/"kcem być snajperem" Czyli największa zagwozdka: jak przystosować do magazynków na AK pasoszelki? Cały problem wynika z tego że pasoszelki PCLE są zaprojektowane tak, że przednie troki szelek mocuje się do podwójnych ładownic amunicyjnych, które z racji zapięć "hiszpańskich" przyjmują jedynie magazynki STANAG (od "emek"). Jeśli ktoś chce stylizować się na brytyjskiego piechura, wtedy najlepszym rozwiązaniem jest raczej dopasowanie repliki do oporządzenia. Jeśli nie drogie L85, to chociaż jakieś M-4/M-16 które pojawiały się w rękach "specjalsów", niektórych "parasów" i Royal Marines. A drugi przypadek? Postaram się go opisać nieco szczegółowiej.
Mamy chętnego na snajpera, tak? Samotnego łowcę, ze swoim długim karabinem z wielką lunetą, niczym w Call of Duty, albo Battlefieldzie? Tylko że mówimy o airsofcie, gdzie żeby przegonić w zasięgu i celności karabiny typowych piechurów (a taki jest przecież sens istnienia snajpera), trzeba poświęcić czas i grube pieniądze, idą w niektórych przypadkach w tysiące złotych na specjalne części, a nawet kulki. Co zrobić, jeśli nasz chętny, nawet po takim krótki wytłumaczeniu dalej chce "snajpić"? Szkolimy go na strzelca wyborowego. Jak by wyglądała taka funkcja już w jakimś poście pisałem, ale postaram się jeszcze raz to przybliżyć. Przede wszystkim nie jest "samotnym myśliwym", tylko kimś kto swoim precyzyjnym (albo lepiej określić: nieco bardziej precyzyjnym niż reszta) "ogniem" wspiera oddział w walce. Co mu potrzeba? Po pierwsze replika. Chiński AK z 400 fps w zupełności wystarczy i nie trzeba wsadzać do niego jakiś magicznych sprężyn, które robiłyby z niego niebezpieczeństwo dla otoczenia. Celem ewentualnego grzebania przy nim, byłoby zmiana jego brutalnych 400 fps na coś bardziej dokładnego. czyli uszczelnienie, wymiana gumki hop-up, być może wstawienie lufy precyzyjnej, ale dobra lufa oznacza konieczność strzelania kulkami dobrej jakości, a więc: droższymi. Kwestia druga: celownik. Swój wybór podsunąłem już kanałami prywatnymi komu trzeba, nie chcę linkować żeby ktoś mi tego nie wykupił, bo sklep jest specyficzny.Ale ogólna zasada jest taka, że w airsofcie nie potrzeba jakiś gigantycznych powiększeń, a szerokie pole widzenia zawsze się przydaje. Mamy już replikę, z której przydało by się nauczyć celnie strzelać. Zarówno ogniem pojedynczym, jak i seriami, bo może się zdarzyć że nasz strzelec będzie robił za broń wsparcia. Sprawa druga to maskowanie. Oczywiście oddział mógłby się dorobić swojego własnego, osobistego Chewbaccę, w osobie strzelca wyborowego w pełnym ghillie suitcie, ale po co? Co w zamian? Ja osobiście wybrałbym smocka (cały czas piszemy przecież o uniformizacji w DPM) i zrobienie samodzielnie mniejszego zastępstwa dla ghillie. W pierwszej kolejności: maskowanie na kapelusz, a później dodatkowa siatka z maskowaniem na ramiona, zaczepiana pod pachami i na szyi, tak, aby maskowała leżącą osobę od przodu. W skrócie, coś co czasami określa się jako "Viper hood".
http://www.triadtactical.com/images/P/Garnishedviperhood.jpg
http://wmasg.pl/var/images/community_gallery/22012/60566/main.jpeg
 Takie "cusie" znalazłem wpisując w google "viper hood". Oczywiście jak każde maskowanie, zwłaszcza "snajpera/strzelca wyborowego", powinno być zrobione przez niego własnoręcznie, dopasowane do jego preferencji i terenu w którym działa. Właśnie dla tego "sklepowe" ghillie to taki niewypał.
Przechodzimy jednak do "clue" tekstu. jakie powinno być oporządzenie dla takiego strzelca? Przede wszystkim takie, które nie przeszkadza przy leżeniu i czołganiu się, oraz w różnych dziwnych pozycjach strzeleckich. Czyli pasoszelki. Ale jak już pisałem wcześniej, PLCE wyraźnie nie lubi się z magazynkami od AK. Ale wykoncypowałem sobie dwa rozwiązania.
Jedno wymaga rzuceniem okiem w kierunku kierunku ojczyzny AK, czyli Rosji. Rosjanie są bardzo płodni jeśli chodzi o kamuflaże i oporządzenie i swego czasu firma SSO popełniła pasoszelki "Smiersz", przynajmniej częściowo wzorowanie na PLCE, między innymi jeśli chodzi o kształt samych szelek. Na czym przede wszystkim zależy, to ładownice, przyjmujące magazynki od AK, które jednocześnie posiadają jakieś "oczka" do przewleczenia przez nie troków od szelek. Do wyboru mamy:
Ładownica na 2 magazynki + granaty, kształtem bardzo przypomina ładownicę z systemu ALICE. Niestety, w chwili pisania tekstu niedostępna w sklepie. http://www.frontowiec.com/index.php?p1941,ladownica-na-2-magazynki-ak-i-2-granaty
Ładownica na 4-6 magazynków, najbliższa pojemnością oryginalnym Double Ammo Pouch, też niedostępna: http://www.frontowiec.com/index.php?p2572,ladownica-na-4-6-magazynki-ak
 "Wypas", czyli ładownica na 4-6 magazynków i granaty: http://www.frontowiec.com/index.php?p1171,ladownica-na-4-6-magazynki-ak-2-granaty-i-2-flary Niestety, za cenę jednej ładownicy można już dostać zestaw PLCE w gorszym stanie,a za dwie: już w co najmniej niezłym.
A może jakieś rozwiązanie budżetowe? Potrzebne jest coś, o co zaczepilibyśmy taśmę, np. taka "bojówka": http://www.frontowiec.com/index.php?p2182,szlufka-z-oczkiem Być może dało by się dorobić nawet lepszą szlufkę samodzielne. oczwiście kwestia do rozważenia. Z jedną uwagą. Zapiąłbym ją miedzy paskami do mocowania ładownicy, tak aby ta stanowiła stabilizację. Oznacza to że ładownica musi mieć między tymi paskami miejsce na dopasowanie szlufki. Myślę że najlepszym przykładem jest ta ładownica na 3 magazynki: http://www.miwo-military.pl/?p=8.41.NA-3-MAGAZYNKI-DO-AK,-BERYL.B-03.MIWO-MILITARY lub jej odpowiednik z Praszki.
Chodzi właśnie o to miejsce pośrodku przez które da się przewlec szlufkę z "D", lub "drabinką" przez którą będzie można przewlec trok od szelek.
 I dzięki temu mamy coś, w czym pożeniliśmy PLCE z ładownicami na magazynki od AK. Resztę kieszeni, na manierkę, ogólną, na saperkę, czy medyczną dopinamy wg. własnego uznania, oraz dopasowania troków, co jest "zabawą" samą w sobie. Dodatkowo można wykorzystać patent stosowany przez niektórych brytyjskich żołnierzy i doszyć przez siatkę na plecach, na ukos dwie elastyczne taśmy, co ułatwi w terenie wtykanie maskowania z roślin gdzie tylko się da.

Tak oto dobrnęliśmy do końca i okazuje się, że nawet tak niereformowalne oporządzenie jak brytyjskie da się dostosować do nietypowych dla niego magazynków.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Królestwo Kongresowe

Ostatnio zastanawiałem się co napisać. Z jednej strony zaczynają mnie denerwować przepychanki w USA: na blogach taktycznych tylko 2 poprawka to, 2 poprawka tamto, "mam prawo bronić się przed rządem swoim półautomatycznym karabinem"... A z rzeczy bardziej przyziemnych? Kapelusz jeszcze nie skończony, zostało uszycie i doszycie taśmy na maskowanie i ściągacz. Co mógłbym więc napisać tuż przed kolacją wigilijną (przed którą prawdopodobnie nie uda mi się skończyć tego tekstu? Co wpadło mi do głowy? Przybliżenie historii alternatywnej w której udział brałem swego czasu. Czyli "Królestwo Kongresowe". Samą dyskusję można przeczytać pod tym linkiem: http://www.historycy.org/index.php?showtopic=67895 Od razu ostrzegam, wątek ma aż 305 stron, więc czytania jest co nie miara. Oczywiście można przebrnąć przez niego nieco szybciej, czytając jedynie wypowiedzi "opisowe" bez długich dyskusji, ale w dyskusjach również zdarzało się że przytaczane były ciekawe informacje na bardzo różne tematy związane z dyskusją.  Na co można się natknąć? Nie będę wymieniał wszystkich tematów, tylko bardzo skrótowo opiszę całą linię czasu: W 1815 na Kongresie Wiedeńskim, zamiast utworzyć Królestwo Polskie połączone unią z Rosją, Aleksander I tworzy inne: znaną nam z rzeczywistości Kongresówkę, powiększoną o Wielkopolskę, a królem, zamiast cara, zostaje jego brat: Konstanty. Co mamy potem? Między inny Wiosnę Ludów podczas której w wyniku wspólnej z Rosjanami interwencji w Austrii Królestwo zyskuje Galicję (bez jej części na wschód od Lwowa), Wojna krymska, w której oprócz Krymu, głównym teatrem działań wojennych jest Polska po inwazji Prus. Wojna pruska 1870-1871, czyli wona francusko-pruska powiększona o inwazję polsko-rosyjską na Prusy. Po wojnie mamy "nowy ład" w Europie ustanowiony na Kongresie Poczdamskim i długie "belle epoque". Polska zyskuje po wojnie ziemie zachodnie i Prusy Wschodnie, potem pojawią się kolonie na drugim krańcu świata, a rosyjskie parcie ku cieśninom czarnomorskim i wyścig zbrojeń z Wielką Brytanią doprowadzi do wojny światowej. Dla zachęty: mapa alternatywnej Europy tuż przed wybuchem wojny w 1920:
Można też zajrzeć do kalendarium, które kiedyś przygotowałem, a które kończy się obecnie na początku I wojny światowej: http://www.historycy.org/index.php?showtopic=71090&hl= No właśnie... Czemu dyskusja zamarła akurat w takim momencie? Z jednej strony jest na HAP (dział historia alternatywna Polski na forum Historycy.org) coś takiego jak "wielki przełom po 100 latach": jeśli dana linia czasu osiąga przedział 100 lat, bardzo prawdopodobne, że właśnie nastąpi jakiś wielki przełom dziejowy (wojny napoleońskie, wojna światowa), do którego wstęp był burzliwie omawiany, ale efekt motyla, skala wydarzenia, oraz wynikłe z tego rozbieżności prowadzą do obstrukcji i dyskusja staje. Jest też oczywiście skala samej dyskusji która powoduje że jej uczestnicy zaczynają kisić się we własnym sosie, ponieważ nikt nowy nie jest w stanie ogarnąć "uniwersum" rozbudowywanego od dłuższego czasu. Być może Wigilia nie jest najlepszym momentem na "dosrywanie" komuś, ale z jednej strony: kiedyś trzeba się wyżalić, a z drugiej, postaram się nie wciągać się w jakieś spirale.
No właśnie. Mieliśmy długie, burzliwe dyskusje przed wojną: na temat planów działań, rozmiarów flot, fortyfikacji ,uzbrojenia, pretekstu do wybuchu. Potem te burzliwe dyskusje przeniosły się na najważniejsze starcia początku wojny. Ja i kilku innych uczestników opisaliśmy ich przebieg (czapki z głów przed np. autorem opisu II Bitwy Morawskiej. Znajdziecie, a zobaczycie). Ale... Jest pewne "votum separatum". Osoba która ma swoją wizję i uważa że to raczej wszyscy inny się mylą i on ma rację, a nie inni. Opisy kolejnych działań są więc niewiele warte. Cóż, niektórzy stwierdzili że uważa tak ponieważ to Ententa (a więc i Polska) przegrywa wojnę w sensie globalnym (mimo że Polska trzyma się przez całą wojnę nieźle), być może wynika to ze skupienia na pewnych czynnikach, tak przyznajmy, niekorzystnych dla Państw Centralnych (tu: Wielka Brytania, Niemcy i Federacja Naddunajska, czyli zreformowane Austro-Węgry), ale nie tak, że przesądzałyby o ich przegranej po paru miesiącach.
I co zrobić w takiej sytuacji. Z jednej strony dyskusja bez jakiegoś neutralnego głosu nie posunie się naprzód, więc może dobrze by było jednak dać jej spokój i tak już od jakiegoś czasu pozostawała "nieaktywna". Trudno, tak bywa. Z drugiej strony sporo włożyłem w tą linię czasu i po prostu ją lubię. Równie dobrze mógłbym ją "autorsko" kontynuować tutaj. Przyznam że było to jednym z powodów do założenia tego bloga (ale nie najważniejszym). Jednak byłaby wtedy już kompletnie wizją jednego człowieka, uboższą niż ta, która powstałaby w wyniku konstruktywnej dyskusji (a nie kłótni). Mógłby się też pojawić jakiś głos neutralny, który rozstrzygnąłby spór, w którym kierunku ma to wszystko. Pytanie: czy mój przeciwnik w dyskusji uznałby to za głos neutralny i podporządkowałby się mu?
Co mogę napisać zamiast podsumowania? Po pierwsze udało mi się napisać przed kolacją wigilijną. Po drugie, co do opisanej sytuacji... Cóż, taki rozdźwięk często zdarza się w inicjatywach, które ludzie podejmują non-profit, dla rozrywki. W końcu niektórych przestaje to bawić i intrygować. A po trzecie? Mimo wszystko zapraszam was do przejrzenia tego, moim zdaniem przynajmniej jednego z największych, jeśli nie największego projektu z dziedziny historii alternatywnej w polskim internecie. A na zakończenie, galeria niektórych grafik i tekstów powiązanych z tą linia czasu: http://jeremak-j.deviantart.com/gallery/26438148

niedziela, 9 grudnia 2012

Operacja "Jezioro Kiwu" cz. 2

Ciąg dalszy mojego średnio udanego, kiedyś napisanego opowiadania:

Batalion aeromobilny przygotowywał się do wylotu na polowym lądowisku, tuż obok drogi biegnącej w kierunku granicy, po której co chwila przejeżdżały kolejne ciężarówki z zaopatrzeniem dla oddziałów już walczących w Ruandzie. Obsługa naziemna kończyła kończyła uzbrajać i tankować śmigłowce, piechota sprawdzała swoją broń i ekwipunek pod siatkami rozciągniętymi między nielicznymi drzewami. Pod jedną z takich siatek maskujących, wokół dowódcy oddziału zgromadzili się oficerowie i piloci, żeby zapoznać się z planem misji. Podpułkownik Mathias Oloja, dowódca batalionu stał pochylony nad stołem i wskazywał palcem na narysowane na mapie linie, objaśniając po kolei ich znaczenie:
-Pamiętajcie że będziemy lecieć nisko, 200 metrów nad ziemią, więc przez cały czas musicie się spodziewać ostrzału z ziemi. Także za naszymi liniami, kolumny rozpoznawcze gnają tak szybko w głąb kraju, że pewnie zostawiają za sobą masy partyzantów nawet ich nie widząc. Dolatujemy do Jeziora Mugusera, potem wzdłuż jego brzegów, nad rzeką Nyabarongo, odbijamy na północ nad tym kompleksem bagien, widzicie? -Stuknął kilka razy palcem w barwną plamę, a piloci, notujący na swoich mapach, jedynie pokiwali głowami.
-Pluton śmigłowców wsparcia wyskakuje wtedy przed główna formację i wznosi się na 300 metrów. Niestety panowie, ale będziecie musieli rozpoznać i uciszyć obronę przeciwlotniczą. najpewniej ckm- i rkm-y na budynkach. -Rozejrzał się wokół po pilotach, zatrzymał wzrok na grupce która miała wykonać to zadanie, ale po sekundzie znowu zajął się mapą:
-I nie zapomnijcie, że całe Kigali położone jest na wzgórzach. Po zwrocie nad bagnami schodzimy na 150 metrów i utrzymujemy tą wysokość. Jeśli nic nie pochrzanicie, wyjdziemy nisko ponad wschodnim krańcem pasa startowego. Teraz uwaga, żeby mi niczego nie pomylić: kompanie A i B lądują przy terminalu, po północnej stronie pasa. tu są zdjęcia z rozpoznania. -Wskazał ręką na kilka leżących w rogu stołu zdjęć. -Pierwsza na zachód, a druga na wschód od budynków. Trzeba je zająć i utrzymać w razie kontrataków z miasta. A, i wszystkie bramy wjazdowe ma teren lotniska mają być obsadzone. Kompania C zajmie resztę budynków. Mogę zdjęcie? -Pomachał ręką nad swoją głową, nadal pochylony nad mapą. Gdy dostał fotografie lotniska do ręki, wskazał na nim dwie grupy budynków położonych po południowej stronie pasa: pierwszy pluton zajmie te, a drugi te budy. Trzeci pluton wyląduje na wschodnim krańcu pasa i zabezpieczy tą bramę, oraz będzie stanowił obwód. I uwaga wszyscy. Po wysadzeniu piechurów, helikoptery startują i wspierają nas ogniem kaemów z powietrza. Jeśli chodzi o paliwo, to na nasz sygnał o zabezpieczeniu lotniska będzie czekać grupa Starków z paliwem, amunicją i co ważniejsze: posiłkami. Tak więc liczę na was.
-Jaaasne... -Odpowiedź pilotów miała ton jakby pośrednim między pobłażliwym potwierdzeniem, a typowym „Tak jest!”
-No to do maszyn. Zbierać ludzi, lecimy.
Pułkownik spojrzał jeszcze raz na rozchodzący się ku swoim maszynom pilotom. Było wśród nich kilku białych. Synowie Niemców, którzy przyjechali do Tanganiki przed, lub tuż po wielkiej wojnie: handlowców, rolników, urzędników, wojskowych, osiadłych na stałe w Afryce. Co ważniejsze, wśród piechurów, w tym podoficerów i oficerów byli sami czarni. Pułkownik Oloja, podczas ostatniej wojny walczył jako szeregowiec na Palau, a potem na wyspach Sakishima, na wschód od Tajwanu. W jego pułku Askari czarni byli co najwyżej sierżantami. Pierwszy czarny porucznik został awansowany dopiero na Sakishimie, bo japońscy snajperzy zabili wtedy ostatniego białego oficera w kompanii. Od samego początku armia Tanganiki borykała się z problemem białych poborowych. Zamiast do piechoty, trafiali zwykle do bardziej technicznych rodzajów wojsk, gdzie łatwiej było ich zmieszać z czarnymi: do lotnictwa, służb radiotechnicznych. Biali oficerowie zdominowali marynarkę wojenną, podczas gdy siły lądowe i powietrzne znajdowały się pod rządami czarnych weteranów Drugiej wojny światowej. I właśnie taki sam obraz przedstawiał batalion aeromobilny dowodzony przez Oloję: czarny dowódca-weteran, czarni oficerowie i żołnierze, i jednie kilku białych pilotów śmigłowców. Z chwilowego zamyślenia rozbudził go coraz większy harmider na lądowisku. Poszczególne drużyny zaczęły wsiadać do odpowiednich śmigłowców, a te jeden po drugim uruchamiały silniki, powodując coraz większy hałas. Jako pierwsze wystartowały lekkie, dwuosobowe Flettnery, przeznaczone do celów obserwacyjnych, ale wyposażone też karabiny maszynowe i wyrzutnie rakiet. Te dwuwirnikowe maszyny były krępe i miały nieproporcjonalnie duże stery kierunku. Przy starcie najpierw podnosiły się na kilka metrów ponad lądowisko, a następnie, zwracając się w zaplanowanym kierunku, formowały w grupę ponad wirnikami „fajek”, jak nazywali żołnierze transportowe Focke-Anchelisy, z racji pękatych kadłubów i wyglądających jak cybuch prostych belek ogonowych. „Pelikany”, bo taką nosiły nazwę fabryczną, również zaczęły startować. Z hukiem wznosiły się w równych szeregach, tak jak stały i ruszały za znajdującymi się w przodzie Flettnerami.
Formacja przemykała ponad wzgórzami pokrytymi na przemian malutkimi polami, i większymi płatami lasów oraz sawanny. W otwartych bocznych drzwiach śmigłowców siedzieli strzelcy karabinów maszynowych. Lotnisko w Kigali znajdowało się na płaskim wzniesieniu, więc helikoptery leciały niewiele powyżej poziomu pasa startowego. Jako pierwsze z doliny biegnącej ku bagnom „wyskoczyły” Flettnery mające rozpoznać i zmiękczyć stanowiska obrońców. Od razu po tym manewrze śmigłowce znalazły się pod ostrzałem: rozszczekały się karabiny maszynowe, ulokowane w kilku miejscach lotniska. Tanganijczycy część ostrzelali w pierwszym podejściu, ale ogień był niezbyt skuteczny. Za to ten z ziemi: bardziej. Jeden z helikopterów został trafiony przez ukryte do dej pory stanowisko poczwórnych cekaemów, które otworzyło ogień gdy przelatywał bezpośrednio nad nim. Nieopancerzony Flettner praktycznie rozpadł się w powietrzu. W radiu rozpętała się istna burza:
-Milan cztery dostał! Flak, średni kaliber!
-Gdzie?! Podaj gdzie stoi! -Śmigłowce uwijały się pod ogniem, nawracały, aby ponownie ostrzelać kolejne cele.
-Widzę go, widzę go! Na prawo od wieży. Milan dwa, atakuję. -Flettner zawrócił prawie w miejscu, tuż ponad ogrodzeniem lotniska w stronę stanowisk cekaemów, którego operator nieskutecznie ostrzeliwał inny śmigłowiec szukający schronienia tuż nad dachami okolicznych domów. Gdy zauważył szarżującą na niego maszynę, strzelec starał się obrócić karabiny w jej kierunku, ale zanim zdążył: Łącznie cztery rakiety trafiły w jego obłożone workami z piaskiem stanowisko, kompletnie je niszcząc. Inny śmigłowiec zawisł ponad pasem startowym, i nie zważając na ogień niszczył za pomocą podwieszonego zasobnika z karabinami maszynowymi kolejne punkty oporu
ZPU-4
-Tu Milan pięć, widzę grupę uzbrojonych osób biegnącą w stronę białego terminala, otwieram ogień. -Seria wybuchów rozkwitła wokół kilku Ruandyjczyków, próbujących schronić się w budynku. Żaden z nich nie dobiegł do drzwi. W prawie tym samym momencie nad lotniskiem pojawiły się trzy kolumny „Pelikanów”. Nadleciały wyżej i o wiele łagodniej niż pierwsza grupa. Pierwszy i drugi pluton wylądowały bez przeszkód: MG-42 w bocznych drzwiach helikopterów skutecznie uciszyły nie zniszczone jeszcze stanowiska wrogich karabinów maszynowych. Focke - Anchelisy siadały na trawie jeden obok drugiego, z otwartych tylnych wrót wyskakiwali na ziemię żołnierze w mundurach maskujących, z Stg-44 w rękach. Prawie natychmiast te dwa plutony uderzyły na hangary i terminal lotniska, osłaniani z powietrza przez śmigłowce, które od razu po opróżnieniu ładowni podrywały się w górę i krążyły nad głowami.
Focke-Anchelis Pelican. W rzeczywistości: Mil Mi-4
Trzeci pluton miał mniej szczęścia: jeden z jego helikopterów został trafiony przez ukryty do tej pory karabin maszynowy. Z silnika buchnął dym, a pilot zameldował:
-Dora sześć, dostałem, silnik się pali, ląduje na autorotacji! -W tle słychać było jakiś krzyk, pilot, trzęsącym się głosem dodał -Mam rannych!
Śmigłowiec podpułkownika Oloji leciał za trafionym. Odskoczył w bok, a podpułkownik, przyklejony do szyby, ze słuchawkami na uszach krzyczał do radia:
-Natychmiast zapewnić mu osłonę, znaleźć tego skurwysyna który go trafił i zniszczyć! Pilot, czekaj w powietrzu, siądziemy przy nim gdy wyląduje!
„Dora 6” awaryjnie wylądowała na łące obok pasa startowego. Pilotowi udało się go sprowadzić pod kątem, więc nie uderzył prosto o ziemię, a raczej łamiąc podwozie zarył nosem o nią i siłą rozpędu przejechał jeszcze kilka metrów, po czym zatrzymał się, pochylony na bok. Prawie natychmiast skoncentrował się na nim ogień Ruandyjczyków. Pułkownik zerwał się ze swojego miejsca i klepnął pilota po ramieniu:
-Lądujemy przy nim! Brama musi zaczekać.
W zestrzelonym śmigłowcu leciała połowa trzeciego plutonu kompanii C. Druga połowa leciała razem z Oloją, więc stali teraz przy oknach, a strzelec erkaemu w rozkroku w otwartych tylnych wrotach, trzymany za szelki przez swojego amunicyjnego siał ogniem po budach stojących przy bramie wjazdowej na lotnisko, gdzie znajdował się jeden z punktów oporu. Śmigłowiec zawisł pół metra nad ziemią, kilkanaście metrów od zestrzelonego. Żołnierze desantu wyskakiwali jeden po drugim przez tylne wrota. Jako pierwszy wyskoczył strzelec z MG-42, który odbiegł kilka kroków w bok i rzucił się na ziemię, żeby zaraz po tym wznowić ostrzał. Reszta drużyny rozbiegła się w luźną tyralierę, osłaniając trzech żołnierzy, którzy pobiegli do wraku. Podpułkownik Oloja wyskoczył ze śmigłowca jako przedostatni. Już na ziemi założył hełm obciągnięty maskującym pokrowcem i z karabinem pod pachą pociągnął za sobą swojego radiooperatora w stronę zestrzelonego helikoptera. Po chwili pobiegła za nimi reszta drużyny. Na szczęście okazało się że w trafionej maszynie co prawda było dziesięciu rannych, łącznie ze złamaniami, ale kilku żołnierzy wszyło z tego bez szwanku i było w stanie walczyć. Pułkownik próbował zorientować się w sytuacji. Z lornetką w jednej ręce i słuchawką w drugiej pokrzykiwał przez radio na dowódców poszczególnych kompanii:
-Anton, Anton, słyszysz mnie?
-Zgłasza się Anton.
-Co się tam u was dzieje, czemu nadal słyszę strzelaninę w twoim sektorze? Gdzie jesteś?
-Dwa hangary zajęte, biję się o terminal, mają tam karabin maszynowy i całe skrzynki granatów, drugi pluton musi go obejść, mam rannych.
-Atakuj! Obchodzić, ale nie tracić czasu, musimy zdobyć lotnisko, zanim śmigłowcom skończy się paliwo. Zrozumiałeś? A druga kompania?
-Weszli do terminalu od innej strony, cały czas walczą o wieżę.
-Łącz z drugą kompanią. Natychmiast. -Pułkownik oddał słuchawkę radiooperatorowi i zaczął przyglądać się przez lornetkę wieży kontroli lotów. Najwidoczniej ściągnął tym na siebie uwagę, bo zaraz na ten fragment terenu zaczął padać prowadzony z niej ogień karabinowy. Wszyscy nadal znajdujący się przy wraku przylgnęli do ziemi, a radiooperator doczołgał się do podpułkownika i przekazał mu słuchawkę:
-Jest Bertold.
-Świetnie! Bertold, co się tam dzieje, strzelają do mnie. Od kilku minut na tej wieży powinna wisieć nasza flaga.
-Melduję że nie mam żadnej w zanadrzu. Na razie zatrzymali nas granatami, mam dwóch zabitych i kilku rannych, moje śmigłowce powinny właśnie przyduszać ogniem kaemy na szczycie.
-Nie robią tego! Za to ta cholerna wieża mnie przydusiła do ziemi. Wypłoszyć ich stamtąd, zabij! Jeśli będzie trzeba użyjcie granatników, możecie nawet spalić tę ruderę.
-Tak jest. -Dowódca kompanii machnął ręką w poprzek szyi do swojego radioty, pokazując żeby ten natychmiast się rozłączył i mruknął. -Tak, oczywiście, skoczyć, jednym susem na górę i dać się zabić...
Nad jego głową zaczęły tymczasem krążyć dwa śmigłowce, które ostrzeliwały najwyższe pomieszczenia wieży kontrolnej, gdzie ukryli się dwaj Rwandyjczycy z radzieckimi RPD i co najmniej kilku innych z Kałasznikowami. Dowódca drugiej kompanii, leżący ukryty za jednym z samolotów, stojących na placu przed terminalem połączył się przez radio z porucznikiem dowodzącym plutonem, który próbował zdobyć wieżę:
-Rusz się póki do nich strzelają, bo stracisz połowę ludzi. Rąbnij w nich z panzerfausta, a potem jazda, z granatami w ręku i nożami w zębach. Zajmuj pomieszczenie po pomieszczeniu, piętro po piętrze. Zrozumiałeś? Budynek możesz nawet spalić jak ci się spodoba, byle bez twoich ludzi w środku. -Wychylił się zza kadłuba, spojrzał na wieżę i krzyknął do radia: -Gazu! Ile trzeba na ciebie czekać!
Rozległ się świst odpalanego granatnika, a jedną ze ścian wieży pokrył obłok dymu i pyłu. Korzystając z przerwy w ostrzale i chaosu spowodowanego trafieniem, spod podmurówki schodów wejściowych, gdzie dotychczas chronili się Tanganijczycy, wbiegło do środka kilkunastu żołnierzy. Zaraz po tym z wnętrza budynku dobiegły odgłosy chaotycznej strzelaniny, przerywanej kolejnymi wybuchami granatów. Ku zdziwieniu kapitana, po kilku minutach na najwyższym piętrze wieży dostrzegł pierwsze sylwetki w z hełmami na głowach. Jeszcze tylko kilka serii i cały budynek był w rękach Tanganijczyków. Prawie od razu radiooperator szturchnął dowódcę w ramię i powiedział:
-Pułkownik.
-Już... Melduje się Bertold. -Rzucił kapitan do słuchawki.
-Gratulacje, nie spodziewałem się że tak szybko to pójdzie. Widzisz co się dzieje z Antonem?
-Nie. Z kilku okien terminalu bucha dym.
-Jasne. Melduj kiedy zabezpieczysz teren.
Podpułkownik jeszcze zlustrował teren lotniska przez lornetkę i rozkazał swojemu radiooperatorowi i jeszcze innemu żołnierzowi:
-Idziemy do wieży, biegiem.
Cała ta mała grupka pobiegła zakosami przez otwarta przestrzeń w stronę zabudowań. Prawie co chwila musieli padać na ziemię, bo pojedynczy strzelcy nadal bronili się w różnych budynkach lotniska, ale zorganizowany opór został już przełamany. Gdy w końcu dobiegli do budynku wieży kontrolnej, obok, na pasie lądowały dwa Flettnery i jeden Focke-Anchelis: najwidoczniej piloci zużyli zbyt dużo paliwa. Podpułkownik krzyknął do biegającego to w jedną, to w drugą stronę dowódcę drugiej kompanii:
-Co to ma być!? Czemu już lądują?
-Przepraszam. Melduję że ponieważ wysiadł pan ze śmigłowca nie mogli się z panem połączyć, a musieli już siadać.
-Po jakąś cholerę ciągam za sobą tego dzieciaka! Pan im pozwolił?
-Nie, sami siadali. - Przerwała mu zabłąkana seria z kałasznikowa, gdzieś w jednym z hangarów, na którą odpowiedziała palba Tanganijczyków.
-Widzi pan! Tu nie jest bezpiecznie! Snajperzy w każdej chwili mogą ich powybijać. Pańska kompania ma natychmiast zabezpieczyć teren!
-Już to robią. Pierwsza kompania podobno zabezpieczyła bramę. Razem z ich trzecim plutonem moja przeczesuje jeszcze raz budynki w poszukiwaniu pojedynczych obrońców.
-Podobno!!! Co to ma być?! Czemu wie pan o nich więcej niż ja?
-Panie pułkowniku, Anton. -Radiooperator podsunął dowódcy słuchawkę.
-Anton! czemu się nie odzywasz! Masz meldować o wszystkim!
-Mój radio jest ranny, a pierwszy pluton ma zniszczone walkie-talkie. Zabezpieczyliśmy bramę, ale od strony miasta cały czas nadciągają uzbrojone grupki.
-Obsadź wszystkie przejścia w północnym ogrodzeniu. Jeśli możesz: okop się, umocnij pozycje. Przejmij północno-wschodnią bramę od Cezara, twój trzeci pluton już idzie. -Obrócił się do swojego radiooperatora: -Łącz z Cezar 3.
-Tak jest. Cezar 3, Cezar 3, tu Otto, słyszysz mnie? Cezar 3, tu Otto, zgłoś się.
-Tu Cezar 3, zgłaszam się. -Rozległo się w radiu. Podpułkownik natychmiast zareagował:
-Dawaj. -Złapał słuchawkę i rozkazał: -Gdzie jesteś?
-Czyszczę północno-zachodni hangar.
-Natychmiast, rozumiesz? Natychmiast zabieraj stamtąd swoich ludzi i gnaj do północnego ogrodzenia. Zajmiesz tam pozycje obronne i nie ruszysz się, nawet jak przyjdą termity, albo inne świństwo. Odpowiadaj ogniem na każdą próbę ataku. I natychmiast połącz się z Cezarem Zero, żeby wskazał ci gdzie dokładnie masz iść. Zrozumiałeś?
-Tak jest.
Oloja krzyknął do akurat przebiegającego ponownie obok dowódcy drugiej kompanii:
-Wieża jest bezpieczna?
-Tak. Powinni tam siedzieć dwaj moi żołnierze: kaemista i strzelec wyborowy. Jest bezpiecznie.
Gdy podpułkownik wszedł po schodach na szczyt wieży, depcząc po leżącym wszędzie potłuczonym szkle, spojrzał wokół: pod jedną ze ścian siedzieli, patrząc na pas startowy dwaj Tanganijczycy, a pod drugą nadal leżało ciało jednego z obrońców. Oloja spojrzał na lotnisko: kolejne śmigłowce lądowały na trawie obok pasa. Obrócił się do radiooperatora:
-Nadaj sygnał „Ebenen”. -Oznaczał on zdobycie lotniska i wolną drogę dla kilku większych śmigłowców transportowych wiozących oprócz posiłków jeszcze paliwo dla grupy uderzeniowej, aby jej helikoptery mogły wrócić na pierwotne lądowisko i obsługiwać most powietrzny, którym zamierzano przerzucać z czasem kolejne oddziały do Kigali. Gdy radiooperator przekazał sygnał, w kilku miejscach lotniska rozległy się głuche wybuchy.
-Moździerze! Kryć się! -Radiooperator, który zdążył już znurkować pod stół, dał Oloji słuchawkę ze słowami:
-Bramy meldują że są w kontakcie ogniowym z nieprzyjacielem.
-Świetnie. Wygląda na to że zaczęli kontratak. Cezar, to ty? Utrzymuj pozycję. Śmigłowce? Zobaczę co się da zrobić. Musimy wytrzymać do czasu przybycia posiłków... Łącz z Milanem... Milan? Jesteście w stanie przetoczyć trochę paliwa do dwóch albo trzech śmigłowców? tak, choćby ręcznie. Chłopaki na bramach bronią się przed nadciągającym tłumem i każdy karabin maszynowy nad nimi by się przydał... Rozumiem, melduj za parę minut czy coś znaleźliście... Zapowiada się ciekawie...

-Kryyyć sięęę!!! -Ciszę wczesnego poranka przerwały okrzyki i kilka wybuchów. Przez całą noc Ruandyjczycy nękali swoimi kilkoma moździerzami okopanych wokół lotniska Tanganijczyków. Kolejne dwa ataki: popołudniowy i wieczorny zostały odparte, a na lotnisko docierały drogą lotniczą posiłki, ale batalion podpułkownika Oloji nie miał sił na coś więcej niż obronę. Nawet te posiłki nie były zbyt duże, zwłaszcza po tym, jak pocisk moździerzowy trafił ciężki śmigłowiec, który przywiózł zbiorniki paliwa. Wrak „Starka” wypalał się obok pasa startowego kilka godzin i sterczał teraz z wystającymi ze sterty złomu ogonem i kikutami krótkich skrzydeł. Na kilka godzin moździerze zostały zmuszone do milczenia przez wezwane na pomoc samoloty szturmowe. Jednak nie były one w stanie wytropić wszystkich stanowisk, a śmigłowce, które lepiej sprawiły by się w tej roli musiały zostać odesłane, bo brakowało by dla nich paliwa: właśnie przez zniszczenie helikoptera transportowego.
Na stanowisku przy głównej bramie hałas obudził wszystkich. Dowodzący sierżant wyjrzał zza osłony na zabudowania lotniska i zastanawiał się głośno:
-Chyba w nic nie trafili. Dobra, na stanowiska. Mogą znowu zaatakować. -Gdy ostrzał ucichł, podczołgał się do stanowiska karabinu maszynowego i wskazując na psy, wałęsające się przy ciałach zabitych bojowników nadal leżące na ulicy, zapytał się żołnierzy pełniących akurat wartę przy kaemie:
-Czemu ich nie odgoniliście. Zaraz zaczną rozciągać te trupy na wszystkie strony.
-Po co panie sierżancie. Próbowaliśmy przecież wieczorem. Nawet jak Lani zastrzelił jednego, po paru minutach wróciły. -Odpowiedział jeden z wartowników. Gdy sierżant wracał na swoje stanowisko nad jego głową świsnęły kule. Upadł na ziemię i zaczął pełznąć w stronę zarośli. Prawie natychmiast na strzały odpowiedział karabin maszynowy, dudniąc długimi seriami. Gdy sierżant nareszcie dotarł po kilku chwilach do swojego dołka strzeleckiego, cały pluton, rozlokowany przy dwóch sąsiadujących ze sobą bramach ostrzeliwał nacierających.
-Co się dzieje?!
-Ogień spomiędzy zabudowań na wprost... pierwsze grupy próbują przedostać do tych kęp bliżej!
-Nie dać im pokonać otwartej przestrzeni między budynkami a szosą, zatrzymać ich na tych trawnikach! Łącz z dowódcą kompanii, potrzebuję ognia moździerzy na tamto skrzyżowanie. Widzisz je?
-Tak jest, punkt 4C, już łączę -Odpowiedział ze swojego stanowiska radiooperator.
Określenie „trawniki” było użyte przez sierżanta na wyrost. Odnosiło się do pasa o szerokości ok. 80 metrów, rozciągającego się między szosą, a zabudowaniami. Częściowo był on porośnięty marną, pożółkłą trawą i kępami krzaków, ale był też gęsto poprzecinany wydeptanymi ścieżkami i dróżkami. To na tym pasie, po raz trzeci utknął atak Ruandyjczyków. Gęsto ostrzeliwali bramy z domów po drugiej stronie szosy ale nie byli w stanie, posuwając się skokami od jednej kępy zarośli do drugiej, pokonać szosy, krytej ogniem kilku MG-42. Mimo to, jedna z grup dotarła prawie do samej drogi, kryjąc się teraz wśród krzaków przy jej poboczu. 
Tanganijczycy broniący się w ruinach zabudowań na lotnisku w Kigali. W rzeczywistości: niemieccy spadochroniarze na Monte Cassino.
Obustronny ostrzał zelżał, ale nadal trwał pat: ani bojownicy nie byli w stanie wykonać bezpośredniego szturmu na pozycję obrońców i wykorzystać swojej przewagi liczebnej, ani tanganiccy obrońcy bramy nie mieli zamiaru ruszać się ze swoich stanowisk. Starcie trwało już kilkanaście minut. Krótki, oszczędny ostrzał z moździerzy przyczynił się do zatrzymania Ruandyjczyków ale gdy ustał, ci znowu spróbowali szczęścia: z kilku stron uderzyły małe grupki, próbujące jak najszybciej przebiec pustą przestrzeń, dzielącą ich od ogrodzenia lotniska. Ogień karabinów maszynowych powstrzymał ich jedynie na kilka minut: mimo strat, kolejne grupki bojowników przesuwały się coraz bliżej drogi, prawie na odległość rzutu granatem od stanowisk Tanganijczyków. Na dodatek gdzieś daleko przebijały się przez strzelaninę odgłosy silników.
-Cudownie... Tylko nie mówcie że ściągają posiłki...
-Nie panie sierżancie, to chyba nie samochody, coś większego. Może nasze czołgi? -Odpowiedział mu z sąsiedniego dołka radiooperator.
-Granat!!! -Z kilku stron jednocześnie rozległy się nerwowe krzyki. Ruandyjczycy ruszyli do szturmu przez szosę. Walka szła teraz na granaty: obie strony obrzucały się nimi nawzajem, ranni, poszarpani przez odłamki krzyczeli, padając na asfalt. Mimo że kaemy i granaty zadały im znaczne straty, pierwsi napastnicy, część z karabinami, ale niektórzy jedynie z maczetami wpadli do okopów zajmowanych przez pluton. Zaczęła się walka wręcz. Pierwszego przeciwnika sierżant powalił z bliska serią ze swojego Stg-44. Drugiego zatłukł kolbą jego własnego karabinu. W tym samym czasie radiooperator zginął od ciosu maczety, a amunicyjny karabinu maszynowego bronił się za pomocą saperki i zapasowej lufy do kaemu. Tą kotłowaninę uzupełniały długie serie MG-42, nadal osłaniających pluton zza pleców i blokujących drogę kolejnym nacierającym, Słychać było tylko nerwowe, długie serie karabinów szturmowych obrońców, wybuchy granatów i krzyki rannych z obu stron. Jednocześnie wzmagał się coraz bardziej hałas silników, dobiegających od wschodu. Szturm, za cenę znacznych strat udało się odeprzeć. Ziemia w dołkach strzeleckich była czerwona od krwi, wszędzie leżały ciała poszarpane granatami, lub porąbane maczetami, a za szosą szykowała się już kolejna fala. Na dodatek obrońcom którzy przetrwali zaczynało brakować amunicji. W hałasie dobiegającym od wschodu można było już rozróżnić odgłosy kliku rodzajów silników, spośród których przebijały się naprawdę potężne diesle. Były coraz bliżej. Niespodziewanie, gdy pierwsi bojownicy wybiegli spomiędzy zabudowań, zostali zmieceni przez serię wybuchów, która zgrała się z klekotem szybkostrzelnego działka małego kalibru. Zaraz potem wybuch dosłownie rozniósł jeden wyższych domów po drugiej stronie szosy, w który krył się do tej pory wrogi cekaem. Sierżant patrzył z niedowierzaniem, jak wyjący na wysokich obrotach ośmiokołowy samochód pancerny podjechał do samej bramy, zjechał na przeciwne pobocze i nadal ostrzeliwał przeciwnika ze swojego działka. Tuż za nim toczył się czołg, który zniszczył tamten budynek: kanciasta sylwetka „Pantery” była pokryta fantazyjnym układem zielonych i brązowych cętek na piaskowym tle. 
"Pantera" na przedmieściach Kigali. W rzeczywistości: we Francji w 1944
Za nim jechała kolumna najróżniejszych pojazdów: kolejne czołgi, samochody pancerne i transportery. Dwa czołgi zajęły pozycję obronną przy bramie, a reszta kolumny wjechała na teren lotniska. Z transporterów wysypali się żołnierze w tanganickich mundurach maskujących i obsadzili stanowiska, które zajmowali polegli obrońcy bramy. Kapral z karabinem wyborowym w dłoniach, dowodzący jedną z drużyn pokrzykiwał na swoich ludzi:
-Aki, tamten dołek! Mambwe, ten sąsiedni! -obsługa erkaemu i żołnierz z granatnikiem przeciwpancernym pobiegli we wskazane miejsce. -Kahil, za mną! I tak pewnie ruszymy niedługo do centrum...
Idąc wyprostowany przez przez pobojowisko mruknął do siebie: -Boże, co tu się działo... Mam nadzieję że nie będziemy musieli tego sprzątać...
Sierżant wychylił się ze swojego stanowiska i spytał się kaprala: -Kim w w ogóle jesteście?
-Kapral Ali Galahu, kompania rozpoznawcza 3 Pułku grenadierów pancernych.
-To może trochę szacunku dla poległych? Wie pan co tu się stało?
-To co wszędzie po drodze. Rzeź...

I to tyle. Wiem że zakończenie nie jest dobrą "klamrą", ale opowiadanie było pisane na konkurs internetowy w którym obowiązywał limit znaków. Gdy to pisałem miałem nadzieję że kiedyś uda mi się rozszerzyć to w powieść, ale obecnie... No nie wiem. W ramach bonusu, kilka profili związanych z tym scenariuszem:
http://jeremak-j.deviantart.com/gallery/?offset=216#/d2g628q
 "Junkers Ju-228" opisany w pierwszej części opowiadania. Powyższa grafika to druga w ogóle wykonana przeze mnie sylwetka. "Rasta krzyż" zamieniłem w innym profilu na lepiej wyglądający emblemat wzorowany na oznaczeniach lotnictwa NRD. No i ten żółty... Gdybym dziś go rysował użyłbym piaskowego. Pod podanym linkiem, w opisie znajduje się kilka "ekstra" szczegółów dotyczących scenariusza.
http://jeremak-j.deviantart.com/art/Do-375-quot-Schabe-quot-Tanganyika-161014750
"Dornier Do-375": Przerobiony amerykański Vought A-7, pomyślany jako lekki myśliwiec uderzeniowy, pokładowy i szkolono-bojowy alternatywnego Cesarstwa Niemiec, którego byłą kolonią "była" Tanganika. Lata 70-te/80-te, widoczne wspomniane oznaczenia wzorowane na NRD-owskich.
http://jeremak-j.deviantart.com/gallery/?offset=96#/d306i8m
E-E Lighting F.6: brytyjski przechwytujący myśliwiec naddźwiękowy. Biorąc pod uwagę alternatywną I wojnę światową i rozwijanie przez Niemców ich kolonii Afryce Wschodniej, logiczne jest że Brytyjczycy również staraliby się przez "dopakowywanie" Kenii utrzymać równowagę z Niemcami. Tak więc mamy w tym scenariuszu również bardziej "brytyjską" i lepiej rozwiniętą Kenię. A pojawienie się bombowców w Tanganice na pewno skłoniłoby Kenijczyków do znalezienia jakiegoś antidotum na nie. I co dzieje się pod koniec lat 60-tych, jeśli u granic dwóch sporych, spokojnych i względnie dobrze rozwiniętych krajów zaczyna się ludobójstwo? Na sylwetce widoczna jest część kenijskiego wkładu w opisywaną w opowiadaniu interwencję.