Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

czwartek, 11 grudnia 2014

Pancerz

Jakiś czas temu udało mi się obejrzeć w kinie "Fury". Możliwe że załapałem się na końcówkę wyświetlania. Ale nie o filmie będę dziś pisał, mimo tego, że muszę przyznać iż mi się podobał. Najkrócej mówiąc, bo mało tu będzie słowa pisanego: tamten seans spowodował w pewnym sensie nawrót u mnie zainteresowań pancernych. Zawiera się w nich m.in natknięcie się na YT na nagranie wspomnień generała Stanisława Maczka, dowódcy 1 Dywizji Pancernej, walczącej w 1944 i 1945 na froncie zachodnim. A ponieważ dzisiaj, 11 grudnia przypada rocznica jego śmierci, zmobilizowałem się, żeby w końcu podzielić się kilkoma rzeczami.

Na początek "duszoporuszyciel", wprowadzający w tematykę
"epicka" muzyka, szybki, nowoczesny montaż. Tak dla wstępnego zainteresowania tematem.

Przejdźmy więc z formatu internetowego do formatu telewizyjnego. Na Youtube znajduje się też film dokumentalny dotyczący walk pod Falaise. Po polsku:
Możemy się w formach przekazu cofnąć jeszcze głębiej: z telewizji, do książki. No dobrze, audiobooka, ale starego, nagranego zapewne jeszcze jako książka do słuchania dla osób niewidomych. Wspomnienia wojenne generała Maczka, "Od podwody do czołga", w dwóch częściach. Dla wyjaśnienia: "podwoda" to rodzaj wozu konnego.
Cz. 1 http://www.youtube.com/watch?v=njeK1Bm_w5k
Cz. 2 https://www.youtube.com/watch?v=zLKoQBL1yrY

Przyznam że jestem ciekaw reakcji w szkole. No bo skoro już tu zaglądacie, to mam nadzieję, że przynajmniej dowiecie się czegoś nowego.

czwartek, 30 października 2014

More camo

Zdaję sobie sprawę, że wzory kamuflażu, opublikowane przeze mnie w kilku wcześniejszych postach nadal krążą w wynikach wyszukiwarki Google, bez odpowiednich opisów, czy kontekstu. Uznałem, że mógłbym przedstawić też kilka moich nowszych wzorów, tyle że tym razem z bardziej "reklamową" oprawą, krótkimi opisami i moim adresem mailowym. Zwłaszcza mail, mam nadzieję spowoduje że osoby chcące się ze mną skontaktować w dowolnej sprawie związanej z tymi wzorami będą miały ułatwione zadanie. Rozumiem że najpewniej również te nowe będą "krążyć w google" bez efektu, ale co mi to szkodzi? Oprócz tego, wyjątkowo, w tym poście pojawią się fragmenty po angielsku.

I know, that camo patterns, published by me in few earlier posts, are still present in Google browser. Without enough description, or context. I decided, that I can show few new patterns, but now, with more "comercial" look, decriptions, and my mail adress. Especialy mail adress will simplify possibility of contact with any person having a questions about them. I understand, that they will propably just "float in Google", but: what the problem? None at all.

Wizualizacje wzorów zostały stworzone z wykorzystaniem sylwetki przygotowanej przez / "On person" visualizations are made, using template made by: http://harbard1.deviantart.com



poniedziałek, 2 czerwca 2014

Nie jestem partyzantem...


Na początek temat muzyczny tego posta:

Tak, jestem nerdem, jestem tego świadomy i z tego stanowiska będzie pisany ten post. Będzie on o przesadzie i jak, przynajmniej wg. mnie jej uniknąć. Przesadzie w czym? A jakich dwóch rzeczach najczęściej tu piszę? O harcerstwie i airsofcie. Zacznijmy może od airsoftu. Jeśli jakakolwiek wzmianka o nim pojawi się w "taktycznym świecie rzeczywistej broni", odbiór jest najczęściej negatywny. Airsoftowiec tam to dzieciak, pozer, wydający krocie na chińskie kopie niepotrzebnego mu sprzętu, któremu się wydaje że jest niewiadomo jakim "operatorem". Przyznajmy szczerze. Tak jest. Nie ma co się oszukiwać. Strzelanie do siebie plastikowymi kulkami nie jest najpoważniejszym hobby, nieważne jak bardzo my bylibyśmy przy tym poważni. Wyglądamy patetycznie w pełnym szpeju? Tak. Mamy słabą kondycję? W porównaniu nawet z dawnym żołnierzem służby zasadniczej na pewno. Wydajemy masę pieniędzy na tak na prawdę niepotrzebne rzeczy? Oczywiście, jak w każdym hobby dużych chłopców wymagającym drogich zabawek. I tak trzeba traktować airsoft. Nie uratujemy świata, to tylko hobby dla dużych chłopców.
Przejdźmy teraz do drugiej kwestii, czyli harcerstwa. A dokładniej: czy można pogodzić airsoft i harcerstwo? Jedną z najważniejszych kwestii jest to, że airsoft ma podłoże militarne. Używamy wiernie wyglądających replik rzeczywistej broni, w przytłaczającej większości wykorzystujemy rzeczywiste oporządzenie i umundurowanie, lub jak najlepiej wyglądające kopie. Tyle że ZHP nie jest organizacją paramilitarną. Jest organizacją wychowawczą. A to dwie różne rzeczy. Posłużę się statutem ZHP:

Misją ZHP jest wychowywanie młodego człowieka, czyli wspieranie go we wszechstronnym rozwoju i kształtowaniu charakteru przez stawianie wyzwań. 

ZHP wychowuje młodych ludzi na prawych, aktywnych, zaradnych i odpowiedzialnych obywateli w duchu wartości zawartych w Prawie Harcerskim.

A co z jakimiś aspektami "proobronnymi"? Jakimikolwiek? Pojawiają się raz. Na cały statut:
rozdział 2, rtykuł 4, punkt 1, podpunkt 9, działania wykonywane dla osiągnięcia celów ZHP: "działa na rzecz obronności państwa i działalności Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej; porządku i bezpieczeństwa publicznego"
Tyle, na cały statut. Związek Harcerstwa Polskiego w całej swojej działalności stara się odchodzić od powiązań militarnych. Tak na prawdę stara się to robić swoich początków, czyli lat dwudziestych. Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć że chlubne karty, legendy harcerskiego udziału w I wojnie światowej, Wojnie polsko-bolszewickiej i II wojnie światowej to "pogotowie": krótkotrwałą konieczność czasów, a nie reguła. harcerstwo wychowuje młodego człowieka. Wychowuje go aby był dobrym człowiekiem i obywatelem przez całe swoje życie. A najpewniej całe jego życie, to życie cywilne, pokojowe. Unikanie powiązań militarnych między innymi przejawia się w regulaminie mundurowym: spodnie w kamuflażu nie są dopuszczone do noszenia z mundurem. Ten nawyk jeszcze bardziej militaryzuje nasz wygląd. Który nawet regulaminowo jest jaki jest, zwłaszcza jeśli porównamy harcerza, w swoim zielonym mundurze, z zielonymi, dopuszczanymi przez regulamin długimi spodniami, ze skautem z któregoś państw zachodnich. Dla przykładu, wywiad z sekretarzem generalnym WOSM, który niedawno był w Polsce:

Zagłębiając się w szczegóły, w organizacji Boy Scouts of America, strzelanie do siebie z czegokolwiek, w tym paintball jest po prostu zakazane. Przy czym możliwe jest strzelanie do celu: http://blog.scoutingmagazine.org/2014/05/07/dont-shoot-why-paintballs-outlawed-in-scouting-and-the-one-exception/ Podobnie jak m.in. wykorzystywanie quadów, sporty walki, rodeo, polowanie, skutery wodne, paralotniarstwo na uwięzi, skoki na bungee, wspinanie się na drzewa z wykorzystaniem lin i uprzęży i "water chugging" (jak by to wytłumaczyć... szybkie, nadmierne, masowe picie wody?)
Ale, ale... Wróćmy do munduru. Po grudniowym, 38 zjeździe ZHP, dotarły do mnie w pewnej rozmowie informacje, jakoby "zakazano noszenia jakiegokolwiek kamuflażu do munduru". Przejrzałem uchwały i stanowiska opublikowane po tym zjeździe. Nie ma tam nic takiego. Rozumiem niechęć przynajmniej części instruktorów, czy też Kwatry Głównej do kamuflażu i w ewentualnej dyskusji przeciwstawiłbym tej opinii zapewne argumenty związane z działaniem programowym w terenie, oraz kosztami i jakością ubrań z demobilu (przy czym zapewniam: na allegro da się kupić za małe pieniądze oliwkowe spodnie z demobilu. W tej kwestii da się być w zgodzie z regulaminem mundurowym za rozsądne pieniądze.) Przy czym znalazłem jedną rzecz która mogła wywołać tą plotkę: fragment w uchwale dotyczącej regulaminu mundurowego, wskazujący że mimo iż "nowy" regulamin mundurowy ma już ładnych parę lat i na dobre zadomowił się w związku, to nadal nie został opracowany dodatek/aneks/rozdział dotyczący mundurów drużyn specjalnościowych i wodnych. Właśnie: drużyn specjalnościowych. Wśród kilku specjalności w ZHP istnieje również specjalność proobronna. Tyle że jest ona jakby "niechcianym dzieckiem". Podczas gdy np. Harcerska Szkoła Ratownictwa rozwija się dosyć prężnie, ma wypracowane metody itd, to specjalność proobronna jest jakby w marazmie: między innymi nie ma nawet przygotowanych "pod nią" sprawności, referatu w GK jakby nie było, a jeśli już drużyny proobronne funkcjonują, to często na własną rękę z różnym skutkiem.
Mamy więc grupę harcerską (zastęp, drużyna, klub), interesującą się airsoftem, a wytycznych co z tym zrobić za bardzo nie ma. Ale jakie mogłyby być? Z góry zaznaczam że to moja, prywatna opinia na ten temat.
  • Airsoft nie może przysłonić nam harcerstwa. Jeśli jesteśmy "grupą" harcerską, to o tym pamiętajmy. Nie możemy funkcjonować jako grupa airsoftowa z mundurami harcerskimi. Powinniśmy po pierwsze realizować program harcerski, airsoft może być jedynie jego elementem, odpowiednio "przyciętym", "ukształtowanym" do celów i metody harcerskiej. Bo jeśli airsoft, czy też szerzej "militaryzm" przysłoni nam istotę harcerstwa, to otrzymujemy później takie potworki jak Harcerski Korpus Kadetów. Który wg. mnie i nie jest harcerski, ani liczebności korpusu też nie ma, a kadetów... pytanie czego?
  • "Pamiętaj, nie jesteś żołnierzem". Tu trzeba nawiązać do wstępu tego posta. Trzeba pamiętać że airsoft, to airsoft, forma rozrywki, sport, a nie rzeczywista wojna. Nie ćwiczymy żeby zabijać. Ćwiczymy żeby trafić kogoś plastikową kulką i jednocześnie nie zrobić mu krzywdy. Nawet jeśli naszym celem jest pojechać na kilkudniowy, realistyczny pod względem procedur, wykorzystujący pojazdy i pirotechnikę milsim: to nadal ćwiczymy na milsim, a nie wojnę. To tak jak z grami komputerowymi. Musimy pamiętać że gramy w grę. Czy to by była zwykła, uproszczona rozrywkowa strzelanka, taka jak Call of Duty, strzelanka "z klimatem" jak Battlefield, czy też realistyczna, ocierająca się o symulator Arma, to nadal jest to gra, a nie rzeczywistość.
Przygotowania do wojny, bycie organizacją paramilitarną i "partyzantami od pierwszego dnia wojny" zostawmy strzelcom. Rozumiem że cała masa młodych chłopaków po obejrzeniu paru filmów i przeczytaniu kilku książek marzą, że "jak ruskie wejdą, to oni zdobędą kałasza i będą partyzantem", że każdy chciałby być Patrickiem Swayze z "Czerwonego Świtu".
No przyznać się, chcielibyście tak, co?
 Ale to tylko idealizacja, marzenia. Chcesz wojny partyzanckiej? Znajdź w internecie ujęcia z kamer śmigłowców szturmowych atakujących talibów w Afganistanie, czołgów burzących budynki w Syrii i ostrzału z moździerzy i powietrza na Ukrainie. Pewnie ci się jej odechce. Do mnie najmocniej przemawia trzeci człon programu "Szarych Szeregów": pojutrze, "powojnie". Przekonanie że wojna to zło powinniśmy mieć zawsze w głowie, nawet jeśli nas pociąga. Inaczej skończymy jak długie kolumny wiwatujące maszerując do pociągów w 1914.

Proste równanie militaryzm=wojna=przemoc, zło pewnie stanowi największy argument przeciw łaączeniu airsoftu z harcerstwem. No bo jak pogodzić strzelanie do kogoś z pozytywnością metody harcerskiej? Widzę chyba tylko jedną możliwość. Musimy pamiętać i uczyć że nasz przeciwnik w trakcie gry nie jest naszym wrogiem. Jest jedynie przeciwnikiem sportowym. Jakiekolwiek gry airsoftowe muszą przebiegać w pozytywnej atmosferze: przywitajmy się i pogadajmy przed grą. W jej trakcie stosujmy się do reguł i zdrowego rozsądku, na spokojnie i życzliwie wyjaśniajmy ewentualne spory. Nie oszukujmy. Po grze znowu jest czas na podanie sobie ręki, obgadanie całej gry, wymiany uwag, wrażeń.
 Z resztą, wydaje mi się że pozytywność jest tak na prawdę koniecznością w airsofcie nawet nie biorąc pod uwagę aspektu harcerskiego tego postu: jeśli nie będziemy się przyznawać i będziemy traktować przeciwnika jako naszego niebezpiecznego wroga, nie będzie fair-play i uczciwości, to airsoft jako taki, jako gra, rozrywka nie ma sensu i ograniczałby się do strzelania do puszek i robienia słit foci z pełnym wyposażeniem. A nie chodzi o to, tylko o adrenalinę, zabawę i zdrową rywalizację, prawda?

sobota, 26 kwietnia 2014

Sznajper&Gabbana

W zastępie pojawiła się replika snajperska. "Armata" co najmniej zmierzająca w kierunku prawdziwej airsoftowej snajperki, a nie "kitaj-snajpy za 300 zł". Jest sprzęt. A raczej jedna część sprzętu, ta do strzelania. Więc przydałoby się jeszcze zająć sprzętem "do ukrywania". Ponieważ obiecałem właścicielowi "armaty" spisanie swoich pomysłów na kamuflaż, wykorzystuję blog. Po pierwsze, ponieważ łatwiej mi będzie wykorzystać i włączyć do tekstu różne źródła internetowe. A po drugie: nie będzie tu tak cicho.
Ponieważ zastęp coraz bardziej się "brytalizuje": chłopaki złapali bakcyla, a sam karabin to replika broni snajperskiej używanej przez Brytyjczyków, na początek trzeba sprawdzić "what would brits do?" Z pomocą przychodzi nam forum Militaryphotos.net. Zarówno wątek ze zdjęciami brytyjskich sił zbrojnych, jak i o snajperach:
Peleryna z kapturem (tzw. "viper hood") z dowiązaną jutą, łoże broni malowane + dodatkowo broń owinięta siatkowym szalem. Oczywiście twarz pomalowana.

Znowu żołnierz zamaskowany tak samo, ale za to zamiast "szala na szybko", broń jest zamaskowana w nieco bardziej pracochłonny sposób.
Tym razem w Afganistanie: zwykłe oporządzenie piechura. Karabin i luneta oklejone materiałową taśmą klejącą i dopiero potem pomalowane.
I nieco historii. Film o snajperach z lat 60-tych:
"W linii" również zwykłe wyposażenie piechura, karabin owinięty jutowym workiem. "Na misji": Stare Denison Smock z doszytymi "farfoclami" na rękach i plecach, siatkowe szale, również z "farszem", pomalowane twarze, karabin "nadal w worku".
Jeden z odcinków dokumentu o szkoleniu Arctic and Mountain Warfare Cadre: kursie specjalistycznym Royal Marines. Akurat ten odcinek pokazuje szkolenie snajperskie w połowie lat 80-tych. https://www.youtube.com/watch?v=fM0ap3gJUyM
Znowu stroje maskujące na bazie kurtek.
I podobne szkolenie, tyle że z przełomu XX i XXI wieku: https://www.youtube.com/watch?v=wOJHjYInOwo

Jak widać, a raczej nie widać, trudno znaleźć wśród tych przykładów "klasyczne" stroje ghillie w stylu "człowieka-krzaka", a obecne jest raczej lżejsze maskowanie.  Osobiście uważam, że początkujący airsoftowy snajper nie musi "stroju wookiego" wykonywać. O wiele ważniejsze jest nauczenie się "snajperskiego rzemiosła", czyli celnego strzelania i obserwacji. Dzięki którym będzie o wiele bardziej przydatny dla swojego oddziału nie tylko na milsimie, ale również na luźnej strzelance. Jednak jeśli potrzeba jakiegoś maskowania to zaproponowałbym nieco inne rozwiązanie: oparte na tym, co pokazuje na swojej stronie Bergmann, surwiwalista z Alaski. Gość jest niesamowity, nie ględzi o polityce, tylko pokazuje co robi. A pokazuje tak, że czytając jego stronę aż wstyd człowiekowi. że siedzi w tym momencie w domu, a nie w terenie. Nieco zdjęć i opis: kamuflażu osobistego i  broni. Wzorując się na jego rozwiązaniach, opiszę w tym tekście pomysł bardziej "modułowy", który można lepiej dopasować do sytuacji niż klasyczne ghillie: kapelusz z maskowaniem, dwustronny maskałat, oraz "pelerynka" maskująca, którą można założyć na ramiona, plecak, lub wokół pasa, w celu zamaskowania pasoszelek.
Czego będziemy potrzebowali? Kapelusza, siatki, ubrań w kamuflażu na pocięcie (co najmniej 2 koszule polowe w dpm i ddpm. I tak spora część materiału z nich trzeba będzie zafarbować), zimowego maskałatu lub poncza, innych dodatkowych materiałów takich jak bawełniany i lniany materiał, luta itp. oraz barwniki do farbowania tkanin i różnego rodzaju farby: zarówno w spreju, jak i do malowania.

Kapelusz:
Ja na strzelance "Tour de Mokry Ług 5. Zdjęcie autorstwa Małgorzaty Zięcik, źródło: https://plus.google.com/photos/110143422897735677149/albums/5997044012666736865 Maskowanie zrobione na bazie siatki przywiązanej do kapelusza. Do tejże siatki przywiązane są jutowe nitki, paski pomalowanego sprejem i pociętego lnianego materiału, oraz paski materiału w kamuflażu dpm. Żeby jeszcze poprawić maskowanie będę musiał zapewne wpleść tam jeszcze nieco dłuższych pasków wokół obwodu, żeby "złamać" linię ronda. No i "w poważniejszej sytuacji" twarz i ręce powinny być zamaskowane specjalną farbą do ciała.
Zamaskowane nakrycie głowy to wg. mnie jedna z podstawowych rzeczy potrzebnych, jeśli chcemy się lepiej kamuflować w terenie. A co będzie potrzebne do wykonania czegoś takiego? Mniej więcej to co opisałem w podpisie pod zdjęciem. Kapelusz: jakiś tani boonie hat w leśnym kamuflażu. Może być DPM, może być Woodland, może być francuskie CCE. Ważne żeby dało się przywiązać do niego siatkę. Siatka? Może być siatka kostrukcyjna do odzieży, może być moskitiera, czy coś innego w tym stylu, byle by się dało do niej przyszywać lub przywiązywać maskujący "farsz". Może być oliwkowa, szara, brązowa, czy też jakaś jasna, do zafarbowania. Siatkę wycinamy w "łezkowaty", pofalowany kształt, tak aby przykrywała rondo kapelusza, ale nie zwisała z niego za bardzo. Zwisać powinna z tyłu, aby nieco osłaniała kark. Siatkę przywiązujemy w jakiś sposób do taśmy kapelusza, np. przyszytymi do niej sznurkami.
Do tej siatki przywiązujemy nieregularnie pocięte paski materiału w kamuflażu (np. z pociętej taniej koszuli polowej), jak również zafarbowane na najróżniejsze odcienie kolorów maskujących i tak samo potraktowane nitki juty. Tych "farfocli" nie może być tylko kilka, bo wtedy nie będą spełniały swojego zadania. Musi ich być na tyle dużo, aby rozbijały charakterystyczny kształt głowy i ronda kapelusza. Do siatki mogą być również przymocowane gumy, np. obrączki wycięte z dętki rowerowej, służące do wtykania w nie roślinności.

Dwustronny maskałat: Rozwiązanie wzorowane na tym stosowanym przez Waffen-SS podczas Drugiej wojny światowej, a do dziś twórczo rozwijane np. na terenie byłego ZSRR. Mowa o luźnej kurtce, zależnie od modelu z kapturem lub bez, zakładanej na mundur, uszytej z dwustronnie zadrukowanego materiału. Z jednej strony jest nadrukowany kamuflaż letni, z przewagą zielonego, a z drugiej: jesienny, z przewagą brązów. Tyle że jeśli szukamy rozwiązań "budżetowych", to zakup albo reprodukcji niemieckiej kangurki, albo współczesnego wschodniego maskałatu, raczej nie wchodzi w grę. Możemy jednak wykazać się pomysłowością i wykonać własny maskałat. Ja np. samodzielnie uszyłem maskującą kangurkę z lnianego "surowego" materiału, kupionego po promocyjnej cenie jako końcówka beli. Co prawda krój jest porażką, ale to przedsięwzięcie pozwoliło mi na nieco eksperymentów z takimi strojami maskującymi. Być może opiszę ją dokładnej w oddzielnym poście, a na razie: zdjęcie z testów w terenie:
Sprawdzałem czy kangurkę da się pogodzić z oporządzeniem, np. plecakiem. Rękawy są za długie, korpus nieco za szczupły, ale jakoś się da.

 Jednak zamiast szycia kompletnie od podstaw, można sobie ułatwić życie. Pierwszy sposób to wykorzystanie jakiegoś gotowego zimowego maskałatu. Można też wykorzystać niemieckie zimowe ponczo maskujące:
Zszyć dwie strony tworząc rękawy do pach, a dalej wzdłuż korpusu można kombinować. Pozostały wycięty materiał spod pach można wykorzystać na najróżniejsze sposoby: do szycia różnych udogodnień, kieszeni, czy tuneli na ściągacze w naszym powstającym maskałacie, oraz po zafarbowaniu na paski kamuflażu. A może nawet na uszycie spodni. Można też spróbować różnymi krawieckim sztuczkami przerobić brytyjskiego smocka na dwustronność, ale maskałat z poncza można uszyć nawet ręcznie, a smocka się tak na pewno nie przerobi. Kupny, lub szyty z poncza maskałat powinien być w największym dostępnym rozmiarze i na tyle luźny, na ile jest to praktyczne, aby przez swoją workowatość zniekształcać wbitą w pamięć i łatwo rozpoznawalną ludzką sylwetkę. Jeśli zdecydowaliśmy się na ponczo, można np. spróbować tak ukształtować boki pod pachami, aby były sznurowane, lub zapinane. Ułatwiłoby to noszenie maskałatu na oporządzeniu: sięganie do kamizelki przez boczny otwór, czy też nawet przód mógłby być podwinięty i noszony jako "viper hood" podobny do tego z pierwszego zdjęcia w tym poście.

Ale co zrobić żeby kamuflaż nie był biały, a dwustronny? Najpierw wykorzystujemy materiał z poncza który jeszcze nam został, wycinając z niego "zębate" paski i przyszywamy je przede wszystkim do kaptura, barków i ramion. Da nam to nieco trójwymiarowego maskowania w naszym maskałacie. Potem farbujmy go, gotując z barwnikami do tkanin w rodzaju popularnego "Motylka. Dlatego materiał na kurtkę powinien zawierać sporo bawełny: nie jest ona najbardziej idealną tkanina na strój w teren, ale za to da się ją łatwo i trwale ufarbować. Maskałat wiążemy w najróżniejsze węzły, zawiązujemy sznurkiem, czy też gumką, aby uzyskać plamy, a nie jednolity kolor i farbujemy z kolorami, które można wykorzystać zarówno we wzorze letnim, jak i jesiennym. A więc najróżniejsze beże, brązy, zieleń też nie zaszkodzi, można spróbować nawet z jakimś szarym. Kolory będą się nakładać, przenikać, mieszać, poprawiając skuteczność wzoru. Gdy mamy już bazę, przechodzimy do zróżnicowania wzoru, wykorzystując farby do tkanin, czy farby w spreju. Najlepiej w tym momencie rozwiesić kurtkę na jakimś stelażu, czy wieszaku, żeby kontrolować co się maluje.Trzeba pamiętać o wszelkich zasadach kamuflażu. Między innymi makrowzorze rozbijającym sylwetkę (duże plamy działające na większych odległościach), pewnej dozie kontrastu, kontrcienowaniu i innych. Tak jak na kapeluszu doszywamy też jakieś pętle do mocowania dodatkowego maskowania. I robimy coś, żeby pozbyć się zapachu farby. Wietrzymy, pierzemy w jakiejś "terenowej" wodzie itp. Bo zapewniam że po malowaniu maskałat będzie nimi śmierdzieć. Wiem to na przykładzie mojej kangurki. Farb nie można nadużywać również z drugiego powodu: w pewnym stopniu usztywniają materiał.

Dodatkowa peleryna maskująca. Razem z kamuflażem na kapeluszu może stanowić zastępstwo dla "pełnego" viper hooda z kapturem. Lub posłużyć do zamaskowania wystających poza sylwetkę plecaka, albo oporządzenia na pasie. Jak by to wyglądało? Jeszcze raz odsyłam do strony Bergmanna. A jak to wykonać? Tak samo jak maskowanie na kapeluszu. Wycinamy siatkę na kształt peleryny, z przodu sznurek lub sznurki do mocowania, a potem wedle potrzeb i uznania przymocowujemy do siatki maskujący "farsz".

Zostało jeszcze maskowanie karabinu. Są 3 opcje: pomalowanie repliki "na goło". Jak wygląda można zobaczyć na moim zdjęciu z Tour de Mokry Ług. Karabin już nie wyróżnia się jak "czarny kij", ale nadal jego kształt nie jest rozbity. Opcja druga to oklejenie repliki materiałową taśmą klejącą (najlepiej tak, aby nadal dało się ją rozkładać), zamaskowanie taśmą malarską elementów ruchowych i szkieł lunety, a dopiero po tym malowanie farbami maskującymi. Dzięki teksturze taśmy karabin wygląda bardziej "miękko" (trudno jest mi dobrać lepsze słowo: najróżniejsze nierówności taśmy zaburzają "twardy", kanciasty kształt karabinu). Można też owinąć replikę materiałem, dzięki czemu dobrze ją maskujemy i "włochaty kij" już się tak nie odznacza w terenie. Możliwe jest pewne połączenie drugiej i trzeciej opcji. Czyli dosyć ścisłe owinięcie karabinu tam gdzie jest to możliwe postrzępionym materiałem, najlepiej lnianym lub jutowym, przytrzymywanym na miejscu przez sznurek, gumę, czy też materiałową taśmę klejącą, uzupełniającą paski materiału w miejscach w których nie da się ich owinąć. W razie potrzeby do takiej "bazy" można dodawać dodatkowe maskowanie. Czy to w postaci pasków materiału, czy ściętej zieleni. Tak samo można zamaskować również inne "przyrządy", np. lornetkę, czy monokular do prowadzenia obserwacji.

Ale wszystkie te rękodzieła mało dadzą jeśli się nie ćwiczy. Trzeba więc ćwiczyć, zgrywać się, testować, poznawać swój "fach.
Polski podręcznik strzelca SWD
http://magxxx.files.wordpress.com/2011/01/sztuka_celnego_strzelania.pdf
Niemiecki film szkoleniowy z II Wojny Światowej. Z angielskim powojennym lektorem i napisami. Na tym samym kanale są kolejne części.

wtorek, 1 kwietnia 2014

A Rifleman Went To War

"A Rifleman Went To War" czyli wspomnienia Herberta W. McBride, Amerykanina, który w 1914 zaciągnął się do kanadyjskiej piechoty i służył w niej jako strzelec karabinu maszynowego i snajper, między innymi w rejonie Ypres i Sommy.
Mają one formę, którą określiłbym jako "gawęda": McBride w dosyć ciekawym stylu spisał swoje doświadczenia walk okopowych. Mój tekst o tej książce nie będzie typową recenzją. A raczej krótką zachęcającą do przeczytania notką. Więc co możemy wyczytać z tej książki? Dużo rozważań o naturze wojny, a zwłaszcza o znaczeniu w niej piechura. Także w wojnie totalnej, przemysłowej. Sporo jest tam opowieści bardziej praktycznych: o prowadzeniu ognia pośredniego z ckmów, umiejscawianiu za własnymi liniami skrytych stanowisk snajperskich, naturze precyzyjnego strzelania w trakcie walki, nocnych rajdach na wrogie okopy i patrolowaniu ziemi niczyjej. Nie jest to przedstawienie szerokiego obrazu całej wojny, a jedynie jej pewnego, osobistego wycinku, ale jednocześnie z tego małego wycinku McBride wysnuwa szersze wnioski i poświęca spore fragmenty np. rozważaniom na temat tego jak powinno wyglądać szkolenie piechura, czy też nad specyfiką Armii Brytyjskiej.
Muszę przyznać że to jedna z najciekawszych książek które ostatnio przeczytałem, podobno jest to nawet lektura obowiązkowa na kursie snajperskim USMC i serdecznie ją polecam osobom zarówno zainteresowanym I wojną światową, jak i taktyką piechoty: także tą współczesną, bo wiele opinii McBrida można "przełożyć" na dzisiejsze realia.
No cóż, tak jak napisałem na początku, notka była dosyć krótka. Dołożę więc źródło z którego dowiedziałem się że taka książka w ogóle istnieje: recenzję z portalu forgottenweapons.com (bardzo fajna strona):

A na koniec... Sama książka, dostępna w formacie pdf: http://www.milsurps.com/~badger/ARiflemanWentToWar.pdf
Przy czym jedyny problem jest taki, że jest po angielsku.

niedziela, 9 marca 2014

Angry Jacek Show: "Kamienie na szaniec"

Zaczęło się od tego:

Znaczy się: oczywiście że zaczęło od przeczytania książki w gimnazjum, ale będę pisał o filmie, najnowszej ekranizacji. Z resztą trailer wrzuciłem nawet na swoją swoją facebookową tablicę z dopiskiem "Kręcą Kamienie na szaniec i ja nic o tym nie wiem?" O ostatniej homoaferze też nie będę pisał, bo nie ma co pisać o takich dziwnych wymysłach i nadinterpretacjach.
Im bliżej było do premiery, w kilku rozmowach usłyszałem opinie, że film może wyjść słabo. Przywoływano między innymi "uhipsterzenie" głównych bohaterów. Przy czym tego zarzutu nie traktowałbym jako jakiegoś kardynalnego. Bo gdyby się w to wgłębić, "Rudy", "Alek" i "Zośka" pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin i uczyli się w jednym z najlepszych warszawskich liceów. Współcześnie taka sytuacja społeczna to wręcz idealny zaczyn pod pączkowanie hipsterstwa. Oczywiście, mieli (przynajmniej nieco) inne ideały i priorytety niż współczesna "bananowa varshafka", ale nie byli też jakimiś nerdo-mnichami, siedzącymi tylko nad książkami i samodoskonaleniem. Przejdźmy jednak od tych rozważań w nieco innym kierunku. Przedwczoraj obejrzałem film. W kinie, co mi, w wielu dziedzinach skończonemu skąpcowi bardzo rzadko zdarza. I się zawiodłem. Po prostu mocno się zawiodłem. Przez cały seans roznosiła mnie energia, kręciłem się w fotelu, tyle że początkowa energia związana z niepewnością tego jak zostanie przedstawiona ta pomnikowa, wręcz mitologiczna historia, szybko przerodziła się w niecierpliwość, kiedy się to skończy. Mam wobec filmu dwa główne zarzuty. Pierwszy jest taki, że można go nazwać najwyżej "fabułą na motywach książki", a nie jej ekranizacją. Drugi odnosi się do samej konstrukcji filmu: średnio mu wychodzi dążenie do tego, aby widz utożsamiał się z bohaterami. I niestety wracamy do punktu pierwszego: bo wrzuca nas na głęboką wodę bez wyjaśnień i nie korzysta z materiału dostępnego w książce, aby rozbudować postacie bohaterów. Właśnie, bohaterowie. Gdzie jest kurna "Alek"?! Więcej kwestii i czasu na ekranie mają "Słoń", robiący za comic relief i "Wesoły". Przez pół filmu musiałem zastanawiać się "który to w ogóle Alek?". W Kamieniach na szaniec...
I właśnie, rzucanie na głęboką wodę. Na początku filmu, mały sabotaż już trwa, co chwila są rzucane kwestie w rodzaju "dajcie nam broń, chcemy walczyć". Jak rozumiem całe przesłanie filmu opiera się na pytaniach: czy walczyć, o co walczyć, jak walczyć? Jeśli tak, to czemu mały sabotaż nie został wykorzystany jako wprowadzenie właśnie akcji prowadzonych w ramach "Wawra"? Przecież w książce opisanych jest kilka takich zdarzeń, które pozwoliłyby widzowi poznać i polubić głównych bohaterów. Marsz na wschód we wrześniu 1939 r. na sam początek, jako wyrwanie z pokojowej egzystencji. Mały sabotaż przedstawiony jako akcje, a nie bezplanowe ganianie po mieście. Akcje w których kształtuje się charakter i pytania. No i w których można wyraźnie zaznaczyć charaktery: narwanego Alka samorzutnie ściągającego tablicę z pomnika Kopernika, czy też uciekającego z łapanki. Delikatnego Rudego rywalizującego z Alkiem, chcąc mu dorównać, ściągając flagi z Zachęty, czy też malując kotwicę na cokole pomnika Lotnika. Powściągliwy Zośka hamujący ich w tych zapędach. Albo scena ślubowania. Według mnie lepszy przekaz i ładunek emocjonalny miałaby właśnie scena z książki, z podłogą usianą ściągniętymi niemieckimi flagami, w ciemnym pomieszczeniu w którym nieco światła (koniecznie z ujęciem na twarze w połowie oświetlone, w połowie w głębokim cieniu) daje spirytusowa lampka/"znicz", za którym rozwieszona jest polska flaga, niż te ganianki po lesie zafundowane nam w filmie.
Ale o czym pisać, jeśli nawet scena akcji pod Arsenałem na tyle nie miała wystarczającego ładunku emocjonalnego, że w jej trakcie na widowni dało się usłyszeć głupie uwagi, mimo że wcześniej było raczej cicho?
O czym pisać, jeśli niezbyt popisali się również aktorzy, a najlepsze kreacje według mnie to postaci gestapowców? No, jeszcze aktor grający Rudego jeszcze sprawił się w kategoriach "ok, może być". Ale to jak napisano i zagrano Zośkę, to dla mnie porażka, jedna z największych kładących ten film. Zamiast, może i zamkniętego w sobie, ale jednak odnajdującego się w grupie przyjaciół inteligenta, dowódcy, planisty, otrzymujemy kogoś, kto w trakcie filmu staje się coraz bardziej obrażony na cały świat. Na tyle że trafniejszą nazwą dla filmu, zamiast "Kamieni na szaniec", byłyby "Przygody mrocznego Zośki". Wielka szkoda że pominięto akcję ataku na więźniarkę w Celestynowie. Zamiast siedzenia w łazience z rewolwerem w ręku, można by pokazać zatracenie się w pracy (wiem, rozumiem, było to nieco inaczej przedstawione w książce, ale takie, drobne fabularne ustępstwa wobec materiału oryginalnego jeszcze przechodzą, czasami całkiem nieźle, w przeciwieństwie do otwierania książki na losowej stronie i brania z tekstu kilku zdań.), zacięcie, niepogodzenie się z losem. A potem: niepokój tuż przed akcją, i zimną krew oraz inicjatywę w jej trakcie, zwłaszcza jeśli odpowiednio wspomni się o stojący prawie tuż obok pociągu pełnym niemieckich żołnierzy. Plus, taka scena spowodowałaby że "Nasze matki, nasi ojcowie" leżałyby, kwiczały, smarkały, płakały i robiły pod siebie. Mówiąc szczerze niezbyt obchodziła mnie afera związana z tym serialem: każda społeczność musi radzić sobie ze swoimi demonami i tworzyć mitologię samodzielnie, niektóre radzą sobie w tym lepiej, inne gorzej, ale jestem ciekaw reakcji opinii publicznej gdyby Celestynów znalazłby się jednak w filmie. No i być może do kieszeni producentów kiedyś wpadłoby nieco euro za emisję w Niemczech...
O tym jak spieprzona została akcja w Sieczychach już nie będę wspominał, ponieważ również ona wpisuje się w "mrocznego Zośkę", rodem z jakiegoś "Zmierzchu", a nie "Kamieni na szaniec".
Dla porównania. Książkę przeczytałem w ciągu kilku godzin dzisiejszego przedpołudnia. Co prawda to małe, kieszonkowe wydanie z 1982 r., a więc jeszcze PRL-owskie, zapewne skrócone, co być może symboliczne, a pewnie wynikające jedynie z rozmiaru, stojące na półce tuż obok "Księcia" Machiavellego, ale jednak: czytając książkę Kamińskiego, odczuwam podobny "niepokój ducha", jak podczas czytania, czy też oglądania materiałów dotyczących Powstania Warszawskiego, czy wybuchu I wojny światowej: żal za straconym, zniszczonym. Nawet jeśli najnowszy film może wydawać się efekciarski (dla mnie taki nie był, mógłby być jeszcze bardziej efekciarski, bardziej "akcji", nawet będąc wierniejszy książce), to radzę przeczytać książkę. Albo obejrzeć "Akcję pod Arsenałem, dostępną w całości na YouTube:
A potem doprawić jeszcze np. "Pamiętnikami żołnierzy batalionu Zośka". Przynajmniej będzie wtedy podstawa, żeby oceniać zbliżające się filmy fabularne o powstaniu, o ile dobrze pamiętam, przynajmniej oparte na autorskim scenariuszu, a nie klasycznym materiale książkowym.

środa, 5 marca 2014

Prywatne postrzeganie konfliktów

Nie będę pisał o tym co uważam o obecnej sytuacji na Krymie, bo po pierwsze moja opinia średnio by kogokolwiek obchodziła, a po drugie: po prostu nie chcę prorokować bo nie wiem jak rozwinie się ta sytuacja. Możliwe są wszelkie scenariusze i to na dodatek nie dziś, nie jutro, a może za miesiąc, lub później: wystarczy sobie przypomnieć ile czasu minęło między zamachem w Sarajewie, a rzeczywistym początkiem działań wojennych w 1914. Wiele rzeczy może się jeszcze wydarzyć i sytuacja może się obrócić dookoła jeszcze kilkukrotnie. Napiszę o czymś innym. Starając się być na bieżąco z obecnym kryzysem, czytając różne źródła, pomyślałem o tym, jak "docierały do mnie" kolejne konflikty, które działy się w latach 90-tych i w XXI wieku. Od razu odpowiem czemu tyle zdjęć? Bo osobiście bardzo często odbieram historię "wizualnie": wrażenie robią na mnie właśnie "ikoniczne" obrazy jakiegoś wydarzenia, nie tylko teraźniejszego, ale i przeszłego. Najpewniej po prostu jestem wzrokowcem.
Oczywiście rzeczą niemożliwą jest, abym pamiętał "Pustynną Burzę". Ale już wojna na Bałkanach jakoś przewija się pojedynczymi obrazami przez głowę. Przede wszystkim wzmiankami o Tadeuszu Mazowieckim, działającym jako specjalny wysłannik ONZ.
.
Co prawda mając 5 lat, oglądałem w telewizji przede wszystkim Teleranek, Wieczorynkę i Kapitana Tsubasę (chociaż zastanawiam się czy tą kultową japońską kreskówkę nie puszczano jednak nieco później, gdy już chodziłem do pierwszych klas podstawówki), ale być może pojedyncze obraz z wiadomości telewizyjnych zostały gdzieś w głowie. Albo równie dobrze są pozostałością z późniejszych już, "historycznych/dokumentalnych" programów telewizyjnych.

Czeczenia zawsze była "gdzieś tam", miejscem permanentnego konfliktu, który od czasu do czasu pojawiał się w mediach. Chociaż wkroczenie Basajewa do Dagestanu, zamachy na bloki mieszkalne w Rosji, a potem II wojnę czeczeńską pamiętam już dosyć dobrze: "pierwsza wojna Putina" była przedstawiona w mediach jako przeciwieństwo wcześniejszego konfliktu. "Rosjanie weszli, zajęli, i tyle było po Czeczenii."
Gdy teraz czytam i oglądam materiały dotyczące konfliktu w Czeczenii, łapię się na tym, jak "postapokaliptycznie" on wygląda, jak gdyby wrogie frakcje wydzierały sobie to, co jeszcze zostało po wielkim kataklizmie. Ruiny Groznego, brudni i zaniedbani żołnierze i partyzanci obu stron, najróżniejsze kombinacje mundurowe i sprzętowe, cywile próbujący jakoś to wszystko przetrwać. Chociaż, jeśli uznać upadek ZSRR za "apokalipsę" dla społeczeństwa radzieckiego, to tak, był to "konflikt postapokaliptyczny".

Ponieważ w 1999 r. byłem małym, militarnym technonerdem z podstawówki, bardziej zainteresował mnie inny konflikt. Interwencję NATO w Kosowie śledziłem zarówno w telewizji, jak i gazetach. Oczywiście w gazetach interesowały mnie bardziej zdjęcia i jak to się obecnie określa "infografiki", niż długie, dogłębne analizy, ale do dziś pamiętam niektóre artykuły: o zbombardowanej fabryce Jugo i problemach gospodarczych Jugosławii Miloszewicia, o jugosłowiańskich podziemnych lotniskach itp.
Najpierw masowe ucieczki Albańczyków, później potężne i nowoczesne uderzenie lotnictwa państw NATO:
Nowoczesne myśliwce, bombowce przelatujące pół świata, rakiety cruise i samoloty stealth (w tym jeden z F-117, który został zestrzelony. Pamiętam rozważania w gazetach jak Serbom się to udało). Trudno żeby taka kombinacja nie wywoływała opadu szczęki u małego chłopaka sklejającego modele.

A po zakończeniu kampanii powietrznej wkroczenie wojsk lądowych do Kosowa.
Dodając tak przy okazji: patrząc na posiadane przeze mnie brytyjskie oporządzenie, jeśli miałbym się zająć na poważnie rekonstrukcją, to zapewne rekonstruowałby właśnie oddziały brytyjskie wchodzące w skład KFOR, lub atakujące Irak w 2003 r.
Ale jeszcze nie przechodzimy do 2003 r. W międzyczasie miało miejsce jeszcze kilka konfliktów. W 1999 r. działo się dużo, a oprócz Kosowa i Czeczenii, zapamiętałem jeszcze zamieszki na Timorze Wschodnim, wkroczenie tam wojsk ONZ i początek drogi do niepodległości tego kraju.

11 września 2001 r... Nadal w podstawówce, przyklejony do telewizora, a wkrótce później, w momencie inwazji na Afganistan, oprócz śledzenia telewizyjnych i prasowych informacji, zaczytywałem jeszcze czasopisma dotyczące wojskowości, takie jak "Raport WTO". I Mariusz Max Kolonko, chyba już 12, albo 13 września, stojący na jakimś nowojorskim dachu z racją MRE w ręku mówiący z tym swoim akcentem "Takie posiłki, pozwalają Nejwi Seals na operowanie przez tygodnie na tyłach wroga... Być może już teraz amerykańscy komandosi poszukują Osamy Bin Ladena...". Ten facet od zawsze był pokręcony.
To zdjęcie akurat wymaga podpisu: to ujęcie z rajdu Rangersów w rejonie Kandaharu, podczas inwazji na Afganistan. Pamiętam że w telewizji powtarzano w bardzo często te ujęcia. http://en.wikipedia.org/wiki/Operation_Rhino

Podobnie było w 2003 r. podczas inwazji na Irak. Nadal nie miałem dostępu do internetu, więc wiedzę o działaniach wojennych czerpałem z telewizji, gazet i czasopism branżowych, które zaczytywałem od deski do deski po kilka razy. Z wojną w Iraku wiąże się jeszcze jedna kwestia. Byłem wtedy w I klasie gimanzjum i na tablicy na korytarzu wisiała jakaś gazetka "unijna". Na moje szczęście umieszczona na niej mapa Europy National Geographic sięgała do Iraku, więc często podczas przerw sprawdzałem na niej miasta o których mówiono w telewizji: Basra, Nasirija, Nadżaf, Karbala, Bagdad... Jak bym nie miał własnego atlasu szkolnego, prawda? A miałem. Nawet więcej niż jeden, bo odziedziczyłem świetny atlas dla liceum wydany przez PPWK w latach 70-tych.

Prawdę mówiąc, zarówno Irak i Afganistan, mimo cyklicznych "nawrotów zainteresowania" mediów, po prostu były. Wojna toczyła się gdzieś tam, na obrzeżach cywilizowanego świata. Aż nie chce się wierzyć że tak na prawdę od 13 lat toczy się wojna w której uczestniczy również Polska. Dla niektórych żołnierzy, zwłaszcza młodych Amerykanów i Brytyjczyków (zaciągających się często w wieku 18 lat, bezpośrednio po szkole średniej) opuszczających wkrótce Afganistan, 11 września 2001 r. jest równie dalekim wspomnieniem jak dla mnie wojna w Bośni.

Kolejnym kryzysem, który przedarł się na pierwsze strony gazet, a telewizje krzyczały "wojna!", była wojna w Gruzji w 2008 r. Byłem wtedy maturzystą, szykującym się do rozpoczęcia studiów. Miałem wtedy dostęp do internetu, do telewizji satelitarnej. Było więc mniej oglądania polskich telewizji, a więcej CNN, BBC i zaglądania od czas na Russia Today. Oprócz tego, głównym elementem moich militarnych zainteresowań było wtedy nadal lotnictwo, więc regularnie odwiedzany był np. wątek informacyjny na forum miłośników symulatorów lotniczych.


W przypadku Libii było bardzo podobnie, do grona źródeł informacji dołączył YouTube. A syryjską wojnę domową, kolejny konflikt "dziejący się gdzieś tam na uboczu", mógłbym aż określić jako wojnę jutubową/liveleakową, ponieważ obie strony konfliktu wypuszczają po prostu masy filmów umieszczanych na wspomnianych serwisach. I chyba zwłaszcza opozycja wypuszcza je "jak leci", bo równie gigantyczna jest ilość filmów wypuszczonych przez syryjskich bojowników, w których wychodzą po prostu na idiotów. Z czego później bierze się internetowe określenie "snackbar" na niezbyt rozgarniętego bojownika krzyczącego w kółko "Allah Akbar", oraz takie kompilacje:

A jak to wygląda obecnie, w trakcie kryzysu krymskiego? Przede wszystkim mocno na znaczeniu u mnie straciła telewizja, której prawie nie oglądam: to znaczy nie siadam celowo przed telewizorem, jeśli już oglądam jakiś serwis informacyjny, to najpewniej dla tego że przechodząc np. do kuchni zauważyłem że "coś się dzieje w telewizorze". Internet, przede wszystkim internet. BBC, ciekawostki na rusmilu (forum rekonstruktorów współczesnych jednostek rosyjskich), wątek na Militaryphotos.net. Przyznam że zawiodłem się na Facebooku. A przynajmniej poziomie dyskusji. Mało konkretów, dużo gadania o dupie maryni i werbalnego, nic nie niosącego "wsparcia". Tak samo np. forum Historycy.org. W temacie o wydarzeniach brylują trolle. Zarówno prorosyjskie, jak i podwórkowi geopolitycy, których wypowiedzi prawie nie da się przeczytać. Za to dzięki obecnemu kryzysowi poznaję medium jakim jest Twitter. Zwłaszcza stale aktualizowane okienko na stronie BBC pozwala śledzić sytuację wydarzenie po wydarzeniu. Kilkukrotnie zajrzałem też na inne profile twitterowe. Przy czym o ile podoba mi się stała aktualizacja i to że w większości tych profili były przede wszystkim wydarzenia, a nie dyskusje, to nadal w Twitterze bardzo denerwuje mnie lakoniczność informacji na poziomie SMSów, oraz wszechobecne "hasztagi" szatkujące tekst. Rozumiem że to sposób na szybkie klasyfikowanie informacji, potrzebne przy szybkim pisaniu, na którym oparty jest Twitter, ale na czemu nie mogą one być np. autoukrywane?

czwartek, 2 stycznia 2014

Poświąteczne wypady

Pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Sylwestrem miałem okazję dwukrotnie wybrać się z chłopakami z zastępu w teren. Nie było to nic wyczynowego, wypady zaliczały się raczej w kategorii "spaceru po lesie" niż wędrówki, mimo tego że zrobiliśmy całkiem "zdrową" ilość kilometrów. Jednak głównymi elementami wypadów było gotowanie w terenie: sprawdzenie kilku metod i dań, oraz zestawu naczyń, który wygrali na tegorocznym rajdzie "Gacek". Uprzedzając: post będzie raczej fotograficzny niż tekstowy.
27 grudnia ruszyliśmy na zachód, w kierunku Retkowa. Tereny są dosyć fajne, a jednocześnie do tej pory praktycznie tam nie zaglądaliśmy.
Bobrza robota na "strumieniu" Góżnik, który w samym Stanisławowie jest nazywany po prostu "kanałem", a w bezpośrednim pobliżu miejscowości pełni funkcję rowu melioracyjnego. Jako ciekawostkę, częściowo potwierdzającą spostrzeżenia mojego imiennika: http://boskawola.blogspot.com/2013/12/bobrza-inwazja.html dodam, że zdjęcie zostało wykonane tuż obok obsługującej Stanisławów oczyszczalni ścieków, która wypuszcza oczyszczoną wodę właśnie do tego cieku wodnego. Możliwe że nawet złapała się po prawej w kadr.
Po drodze natknęliśmy się na taką malowniczą wysepkę na zalanym wyrobisku piachu i nastąpiła decyzja że "rozkładamy się tutaj"
Oni wzięli się za robienie jajecznicy nad ogniskiem, a ja starałem się zagotować herbatę na kuchence spirytusowej, korzystając z 4 gwoździ, które zabrałem jako improwizowany stojak pod kubek.
Podsmażanie cebuli z kiełbasą.
Jak widać, otwarte ognisko ma tą wadę, że trzeba zużyć w nim sporo drewna, żeby uzyskać wystarczająco duży płomień.
Gdy wszyscy najedli się całkiem niezłą jajecznicą, ruszyliśmy w dalszą drogę, "rozpoznając" lasy na zachód od Retkowa.
Całkiem sprawne, znalezione w lesie krzesełko...

Kolejny wypad miał miejsce 30 grudnia. Gotowanie było tym razem zaplanowane jako główny punkt, więc ruszyliśmy do znanego nam punktu w okolicach Ładzynia. Tym razem mieli się pojawić również młodsi harcerze z gimnazjum, ale nie dopisali.
Tym razem testowaliśmy 2 kolejne rzeczy: kuchenkę na paliwo stałe Esbita i "ognisko Dakotów", czyli ognisko palone w dołku, do którego powietrze dociera z drugiego dołka, wykopanego obok pod kątem.
Kuchenka Esbita: płomień nie zachwycał, ale jednocześnie takie są jej założenia.

Na 3 powyższych zdjęciach widać jak pali się takie "ognisko Dakotów". Według mnie jest lepsze niż zwykłe, otwarte ognisko. Ponieważ powietrze dociera do niego od dołu, lepiej się pali, zostawia mnie popiołu i niespalonych węgli, "cug" dodatkowo powoduje że dym nie snuje się po ziemi, a idzie ku górze i jest mniejszy, a więc i trudniej go zauważyć. No i o wiele łatwiej jest postawić nad takim ogniskiem garnek, czy patelnię. Ugotowaliśmy na tym ognisku herbatę i upiekliśmy naleśniki z przygotowanego wcześniej przez Rafała ciasta.
Ponieważ przesiedzieliśmy tam najdogodniejszy autobus do domu, Łukasz postanowił poczekać u Rafała na kolejny, a ja ruszyłem z Ładzynia do Stanisławowa na piechotę. Zajęło mi to około... godziny? Przyznam że już nie pamiętam, ale wróciłem do domu już po ciemku, przy okazji na samym końcu drogi, w "krzakach" na granicy lasu i stanisławowskich zabudowań natykając się na grupkę chłopaczków z podstawówki bawiących się petardami.