Ale: przedwczoraj, będąc na przekazaniu Betlejemskiego Światła Pokoju w Warszawie uznałem że po pierwsze pogoda jest wyśmienita, być może ostatnia taka w tym roku, a na wtorek nie mam zaplanowanych żadnych ważnych zajęć, więc jeśli również tego dnia dobra, wyżowa pogoda się utrzyma: ruszam w trasę. I jak postanowiłem tak zrobiłem. Co prawda po poniedziałkowych wojażach wstałem dosyć późno, więc pierwotna koncepcja ok. 12 godzin w terenie się rozmyła, ale zebrałem już dawno spakowany sprzęt, zrobiłem mu zdjęcia żeby opisać co ze sobą biorę i ruszyłem w las.
Czyli co zabrałem ze sobą? Na początek ubrania:
Idąc od górnego lewego rogu, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Brytyjskie spodnie lightweight w kamuflażu DPM, jako bielizna brytyjska koszulka z coolmaxu, bluza Norgie, a jako warstwa zewnętrzna: kangurka Buffalo. Tym razem nie brałem ze sobą smocka z trzech powodów: nie zamierzałem czołgać się jak w przypadku wypadów airsoftowych, część rzeczy które zwykle noszę w kieszeniach smocka trafiło w nieco inne miejsce, a po trzecie ponieważ temperatura miała oscylować w okolicach 0 *C, a ja nie zamierzałem nie siedzieć w miejscu, tylko maszerować, nie potrzebowałem grubej warstwy izolacyjnej pod postacią polaru: uznałem że Norgie i "miśkowa" podszewka Buffalo w zupełności wystarczą. Zaś do ochrony przez ewentualnymi porwistymi wiatrami, deszczem, czy też śniegiem miałem ze sobą brytyjską kurtkę "goreteksową". Prognoza pogody nie zapowiadała nic takiego na wtorek, ale jeszcze raz, przed pokazaniem kolejnego zdjęcia przypomnę: rzeczy na wyjście pakowałem półtora tygodnia temu, więc mogło być ich nieco za dużo. Ale dzięki temu mogłem zrealizować jeden z celów wyjścia: sprawdzenie/przypomnienie sobie jak chodzi się z pasoszelkami na nieco większe dystanse niż weekendowa strzelanka i na podstawie wniosków poprawienie w nich co nieco, wyregulowanie itp. A więc: pasoszelki PLCE.
Personal Load Carring Equipment Armii Brytyjskiej. Ładownice na magazynki tym razem zapełniłem rzeczami, które normalnie noszę w smocku. Zatem, od lewej strony:
- Kamizelka odblaskowa i czołówka, na wypadek gdyby noc zastała mnie w lesie i trzeba byłoby np. przekraczać ruchliwą szosę w trakcie powrotu do domu. Do tego samego celu jest czerwona lampka rowerowa w kolejnej ładownicy. Kamizelka została w oporządzeniu ze strzelanki, gdzie służyła jako "znacznik trupa". Przy pakowaniu uznałem "może zostać: pewnie się nie przyda, ale na wszelki wypadek..."
- W kolejne ładownicy amunicyjnej, oprócz czerwonej lampki jest kompas przywiązany do niej sznurkiem żeby go nie zgubić, paczka chusteczek i zapałki.
- Ładownica na manierkę z "racją żywnościową": paczką rodzynek, małymi musli, musem jabłkowo-bananowym "Kubuś", paczką "bazy" która została z zupki w proszku. Oprócz tego metalowy kubek i niezbędnik, kuchenka spirytusowa własnego wyrobu z puszki po napoju i butelka z podpałką do grilla jako paliwem do tej kuchenki. Kolejnym z celów wyjścia miało być właśnie sprawdzenie kilku koncepcji dotyczących "MRE samoróbki" i używania kuchenki spirytusowej w terenie.
- "Utility Pouch" na środku: zwinięta kurtka przeciwdeszczowa.
- Kolejna ładownica na manierkę, tym razem z... manierką: starą, czasami cieknącą spod korka holenderską manierką, kopią amerykańskich z systemu ALICE. To chyba najdłużej posiadany "szpej" z którego nadal regularnie korzystam, kupiłem ją jadąc na pierwszy obóz w Jerutkach.
- Butelka Nalgene o pojemności 0,5 litra. Zamierzałem w niej rozrobić w niej mus, lub zupkę z ciepła wodą.
- Podstawowy zestaw PP: rękawiczki nitrylowe, nieco plastrów, bandaży i gaza: tak na wszelki wypadek.
Jeszcze raz przypominam: tam wiem że to dużo jak na wypad który tka na prawdę mogłbym "opędzić" bez żadnego oprządzenia. Jak wspominałem zestaw był zapakowany pod kątem wyjścia "od północy do wieczora" i przeleżał nieco w szafie, więc wystarczyło go przed wyjściem wyciągnąć, nalać wody do Nalgene i manierki i ruszać w drogę.
Na początku trasy PLCE jakoś mi się nie układało: najwidoczniej paski szelek nie miały optymalnej długości i pasoszelki wypadały albo za wysoko, albo za nisko. Co prawda poustawiałem je w trakcie marszu, ale nadal czegoś brakowało. W sprzyjającym miejscu zatrzymałem się więc na króciutki postój i zaciągnąłem mocniej gumę trzymającą ładownice razem, żeby nie rozjeżdżały się po całym obwodzie pasa, tylko ładnie układały z tyłu i po bokach bioder. Oto jak prezentowałem się po poprawkach:
Tak, wiem, powinienem ustawić się bokiem, czy nawet tyłem żeby pokazać jak dobrze złożone PLCE układa się na biodrach, ale wtedy jakoś nie przeszło mi to przez głowę. Po ostatniej poprawce pasoszelki nie sprawiały już kłopotów, a ciężar rozkładał się na biodrach, nie obciążając zbytnio ramion. Przy okazji potwierdziłem swoje dotychczasowe wnioski dotyczące tych pasoszelek: żeby wygodnie je nosić, trzeba nad nimi spędzić nieco czasu składając je i dopasowując, a następnie nie dać komuś je rozregulować.
Pogoda była świetna, około południa promienie słońca przygrzewały jak nie w grudniu. Gdyby pokazać poniższe zdjęcie bez opisu, ktokolwiek stwierdziłby że zostało zrobione w połowie grudnia?
Oprócz tego dwie ciekawostki z tej części trasy:
Bluza... od tak sobie wisząca w lesie. Zastanawiam się jak długo może tam wisieć? Obstawiam że więcej niż rok, ale trudno mi być pewnym.
Oraz ruiny.
Ruiny piwniczki, czyli jedyne pozostałości po zabudowaniach: podobno dworskich.
Jak zwykle na wyjściu w teren staram się zbierać "próbki kolorystyczne" do pracy nad wzorami kamuflażu. W przypadku opracowywania wersji jesiennej jest o tyle trudno, że nawet bardzo bliskie sobie miejsca mogą bardzo różnić się barwami: lasy liściaste bywają tak brązowe że aż "pomarańczowe", podczas gdy bory sosnowe niewiele różnią się barwą od tego co możemy zobaczyć latem. Zaś wyschnięte łąki są wyraźnie beżowe.
Wszędzie było widać zarówno tropy jak i różne ślady (np. odchody) saren, łosi, dzików i lisów. W trakcie całego wyjścia udało mi się zobaczyć 5 saren: raz pojedynczą sztukę, a raz stadko 4 osobników. Ślady obecności dzików ryjących w ziemi było widać bardzo często, np. na tej łące:
Część trasy stanowiło przejście wzdłuż brzegów Jeziora Torfowisko niedalego Mistowa, znanego w okolicy również jako "bagno". Wiosną, bodajże rok temu próbowałem obejść je dookoła , tyle że idąc w niskich, letnich butach kompletnie je zamoczyłem, a z braku czasu zdecydowałem się wycofać. Tym razem przynajmniej udało mi się przejść wzdłuż całego jego północnego brzegu.
| Widok ku południu: słońce zaczyna chować się za chmurami. |
| Chodzi o drzewo po prawej, to pochylone. |
Mam nadzieję że harcerze 23 DH "Czarna Woda" skojarzą to miejsce z nocnej trasy podczas wakacyjnego biwaku:
A to zdjęcie z najdalszego punktu mojej trasy. Widać z niego było wiatrak na Mlęcinie. Następnym razem powinienem zawędrować dalej w kierunku Dobrego
Pomiędzy Rębiskami, a Bagnem można trafić na "nie-aż-tak-często" spotykaną w naszych okolicach świerczynę:
W której zdecydowałem się na krótki postój na posiłek. Rozłożyłem się pod jednym ze świerków, żeby nie siedzieć na widoku i zabrałem się za przygotowywanie sobie jedzenia.
Wydaje mi się że po pewnych przygotowaniach można by było tam nawet zanocować. Ale potrzebne byłoby coś, co izolowałoby od wilgotnej ziemi. Ja, żeby usiąść nałamałem nieco suchych gałązek świerkowych. I zanotowałem sobie w myślach kolejny gadżet na ewentualną listę zakupów: rosyjski "poddupnik", czyli matę do siedzenia z paskiem do noszenia jej cały czas na sobie, również z oporządzeniem. Ale to tylko luźny pomysł, pewnie nie skończy się niczym konkretnym. Jak widać, kuchenkę spirytusową ustawiłem przy dwóch kawałkach zbutwiałej brzozy, które miałem nadzieję nie zajmą się od płomieni z kuchenki.
Z bliska wyglądało to tak:
A tak po wszystkim:
Jak można zauważyć kuchenka zostawiła ślad na kawałku brzozy, ale liście na ziemi nie zajęły się ogniem. Kolejny wniosek z wyjścia: wymyślić jakiś lekki, składany stojak pod kubek. Myślę np. nad 4 szpilkami od namiotu. Woda się nie zagotowała, ale była gorąca: wlałem po prostu za mało paliwa do kuchenki. Ale ponieważ nie zamierzałem parzyć herbaty, wystarczyła gorąca. Część użyłem do "posiłku", a w większości rozpuściłem "bazę" z zupki w proszku.
Jakiego posiłki? Mieszaniny musli Fitella, musu "Kubuś" i odrobiny gorącej wody "dla temperatury. Wszystko to zmieszane w opakowaniu od Fitelli. Wyszło niezłe, mimo że wyglądało, jak wyglądało.
| Zdjęcie zostało "zinstagramowane" przez dodanie kilku filtrów w programie graficznym. |
Gdy nieco podjadłem, ruszyłem w drogę powrotną, poganiany telefonem z domu z pytaniem o której mam zamiar wracać.
W trakcie drogi powrotnej miałem okazję pozachwycać się zachodzącym słońcem.
Do Stanisławowa wracałem już po ciemku:
Czas więc na nieco podsumować. Na początek długość trasy i czas w którym ją przeszedłem. Ponieważ przez większość drogi mapa stanowiła raczej zabezpieczenie i szedłem "na pamięć", kojarząc okolicę, długość trasy sprawdziłem dopiero dziś i porównałem z czasami które zanotowałem sobie w terenie. Łącznie przeszedłem ok. 19,5 km i zajęło mi to 3 godziny w jedną i 1 godzinę 50 minut w drugą. Czemu "do" zajęło mi dłużej? Przede wszystkim z racji przedzierania się wzdłuż Torfowiska/Bagna i ponieważ z powrotem przyspieszyłem tempa. Jednak uśredniając wychodzi mi ok. 4 km/h. Czyli dosyć średnio, a nawet słabo jeśli chodzi o odległość i tempo marszu. Przy następnej okazji przydałoby się przyspieszyć o ok. 1 km/h. Głównym celem, przynajmniej na tą chwilę jest przejście 100 km w ciągu jednej doby na wiosnę. Na pewno muszę zorganizować sobie jakąś dłuższą trasę zimą. Może z większym obciążeniem, np. pełnym oporządzeniem + plecakiem? Na ok. 30-35 km? Ciekawie by było...
Jednak, kolejne wnioski. O PLCE już pisałem. Ubiór też się spisał, zwłaszcza Buffalo. Nie było mi ani za zimno, ani za gorąco. Gdy w drodze powrotnej poczułem że zaczynam się pocić na plecach, wystarczyło rozsunąć suwaki pod pachami i od razu było lepiej. Buty: stare, zjechane "desanty" to już od dawna "dobre małżeństwo" z moimi stopami. Stopy dopasowały się do butów, a buty do stóp. Ale podeszwy są już w niezbyt dobrym stanie, przechodząc przez podmokłą łąkę poczułem że wilgoć dostaje się do środka przez szew. Chyba czas pomyśleć o jakiś nowych, nieco lepszych butach. Z jedzeniem: tak jak pisałem, jestem chyba na dobrej drodze. Chociaż tak dla porównania można by było dorwać gdzieś po okazyjnej cenie prawdziwe MRE dla porównania. Jeśli chodzi o kondycję marszową: nie jest źle, ale dobrze byłoby nad nią pracować. W końcu pomysł wyjścia narodził się gdy uznałem że zasiedziałem się i dawno nie byłem w terenie.
I jeszcze jedno: ruszyłem w teren z zamiarem przemyślenia kilku rzeczy, w związku ze zmieniającą się mnie sytuacją. Na razie mam dwa wnioski. Pierwszy jest taki, że przede mną długa praca nad budową autorytetu. Zaś drugi to to, że samotny marsz nie jest aż taką dobrą medytacją jak niektórym mogłoby się wydawać. Trudno było mi się skupić na problemie do przemyślenia, bo najpierw rozpraszało mnie nieułożone PLCE, a potem pilnowanie trasy, obserwowanie otoczenia itp.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz