Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

środa, 14 października 2015

Mad Mehmed: historia alternatywna

Pomysł na ten scenariusz przyszedł mi do głowy po obejrzeniu w kinie najnowszego "Mad Maxa", czyli jakiś czas temu. A może nawet w trakcie filmu: pustynia, samochody, wyniszczająca wojna... Bingo! Mad Max wymieszany z "aloha snackbar". I tak od tamtego czasu co i raz dłubałem przy mapach. Tak więc scenariusz. A przy okazji: nieco muzyki dla nastroju:

Punkt zmiany w porównaniu do naszej linii czasu to Chomeini utrzymujący po rewolucji irańskiej tamtejszy program atomowy, zapoczątkowany przez szacha.
Większa zmiana ma miejsce w 1980 r.: Saddam Hussein nie atakuje Iranu. Stosunki między tymi krajami nadal są wrogie, ale nie następuje wyniszczająca oba kraje wieloletnia wojny, zarówno Iran, jak i Irak kontynuują swoje programy atomowe. Oprócz tego Izrael z różnych przyczyn nie jest w stanie powstrzymać tych programów za pomocą "jednego, niszczącego uderzenia", takiego jakim był nalot na reaktor Osirak w rzeczywistości. W drugiej połowie lat 80-tych z Iranu zaczynają wyciekać informacje, że może się on znajdować na prostej drodze bo budowy bomby atomowej. Żeby zrównoważyć to zagrożenie, Arabia Saudyjska zwiększa finansowanie pakistańskiego programu atomowego: tamtejsze bomby mają w przyszłości trafić również do saudyjskich arsenałów.
1989: z powodu braku wojny z Iranem, Irak nie jest obciążony gigantycznymi pożyczkami z innych krajów Zatoki Perskiej, a jego gospodarka nadal prosperuje. Wraz ze zmianami politycznymi w Europie Wschodniej, Hussein decyduje się na powierzchowne zmiany: wprowadza naftową wersję "chińskiego modelu kapitalizmu": otwiera iracką gospodarkę na zachód, za gigantyczne łapówki szerszy dostęp do irackiej ropy uzyskują koncerny z USA i Europy Zachodniej.
Pierwsza połowa lat 90-tych: dodatkowy zastrzyk radzieckiej myśli technicznej, która wypłynęła na "otwarty rynek" po rozpadzie ZSRR przyspiesza programy atomowe krajów Zatoki Perskiej. Wkrótce na Bliskim Wschodzie mamy już nie 1, a 4 mocarstwa atomowe: Izrael, Irak, Iran i Arabię Saudyjską. O ile izraelski arsenał jest zróżnicowany, obejmujący zarówno ładunki taktyczne, o mocy kilkudziesięciu kiloton, jak i rakiety balistyczne z głowicami o mocy kilku megaton, tak arsenały państw muzułmańskich są "prymitywniejsze" i przedstawiają się w następujący sposób:
Iran: ok. 30-50 głowic o mocy 10-30 kT. Większość przenoszona przez samoloty F-4 Phantom, część jako głowice rakiet balistycznych średniego zasięgu (lokalne wersje rozwojowe radzieckich "Scudów", budowane w oparciu o technologię północnokoreańską)
Irak: ok. 20-40 głowic o mocy 10-30 kT. Przenoszone w większości przez rakiety balistyczne średniego zasięgu (radzieckie "Scudy" i lokalne wersje rozwojowe), oraz samoloty Tu-22 i Su-24. W zachodniej i południowo wschodniej części kraju wybudowano 2 kompleksy silosów dla rakiet balistycznych.
Arabia Saudyjska: ok. 40 bomb o mocy 50 kT. Większość jako głowice pozyskanych z Chin rakiet balistycznych DF-3A. Oprócz tego do przenoszenia bomb jądrowych przystosowano saudyjskie samoloty "Tornado".
Oprócz tego Irak i Syria nadal rozwijały swoje arsenały broni chemicznej.

1999:
Pogłębianie współpracy syryjsko-irańskiej, problemy gospodarcze, oraz przekonanie, że zachód, zaangażowany na Bałkanach nie będzie interweniował, skłaniają Husseina do ruchu przeciw Syrii. Dodatkowo utwierdza go w tym pomoc finansowa krajów Zatoki Perskiej.
17 sierpnia: armia iracka uderza na Syrię. Pierwsze jest skuteczne: wiele oddziałów syryjskich zostaje rozbitych, Irakijczcy wchodzą w głąb syryjskiego terytorium.
21 sierpnia: impas na froncie. Po stronie syryjskiej walczą tak na prawdę jedynie nieliczne, improwizowane oddziały skupione wokół niektórych dowódców, reszta oddziałów lądowych poszła w rozsypkę. Jednak oddziały irackie trapią problemy logistyczne: kolumny pancerne stoją w wielokilometrowych korkach: zużyły zapasy paliwa i amunicji sprzed inwazji, a kolumny z zaopatrzeniem nie są w stanie dotrzeć na pierwszą linię, ponieważ oś ataku stanowiło kilka autostrad biegnących przez pustynię. Hussein obawia się że jego oddziały, unieruchomione na pustyni stanowią łatwy cel dla syryjskiego lotnictwa, a syryjskie oddziały lądowe wycofały się, aby przygotować kontrofensywę. Tymczasem Assad boi się że po uzupełnieniu zapasów, Irakijczycy będą mieli otwartą drogę aż do Damaszku. Wieczorem obie strony przeprowadzają zmasowane uderzenia lotnicze z wykorzystaniem broni chemicznej.
22 sierpnia:
rano do Damaszku, Bagdadu, oraz zachodnich serwisów informacyjnych docierają informacje o stratach wywołanych przez broń chemiczną. Iran, obawiając się upadku Syrii, stawia wszystko na jedną kartę. O 11:30 do Bagdadu dociera jednoznaczne ultimatum: armia iracka opuści terytorium Syrii w ciągu 48 godzin, albo zostanie użyta przeciw niej broń atomowa. Kontrolowany wyciek ultimatum (być może nawet ze strony irańskiej, liczącej że doprowadzi to do jakiejś formy mediacji z udziałem mocarstw) uruchamia gorączkowe negocjacje na wszystkich szczeblach: spotkania amerykańsko-rosyjskie, ale też dyplomatów izraelskich z egipskimi i tureckimi.
18:00: saudyjskie lotnictwo atakują bronią konwencjonalną port w Bandar Abbas (Iran). uderzenie miało na celu uniemożliwienie Irańczykom wprowadzenie blokady cieśniny łączącej Zatokę Perską z Morzem Arabskim, oraz pokaz siły. Arabia Saudyjska grozi Iranowi kontruderzeniem w razie użycia broni atomowej.
23 sierpnia
3:00: irańskie lotnictwo atakuje bronią konwencjonalną irackie lotniska
3:30: Arabia Saudyjska wystrzeliwuje swoje rakiety balistyczne z głowicami atomowymi przeciw Iranowi. ok. 4 rakiety zostają oprócz tego wystrzelone w kierunku głównych izraelskich miast.
Ok. 3:30-4:00: wymiana atomowych ciosów. Iran atakuje cele w Iraku i nad Zatoką Perską, oraz siły irackie w Syrii, Irak cele w Syrii, Iranie, oraz Izrael, Arabia Saudyjska: w Iranie.
Izrael, dzięki wielostronnym i gorączkowym mediacjom nie decyduje się na pełnoskalową "Opcję Samsona", czyli atak przeciwko wszystkim celom w zasięgu swoich środków przenoszenia. Rakiety "Jerycho" niszczą główne miasta w Arabii Saudyjskiej, oraz stolice innych państw Półwyspu Arabskiego. Nie zaatakowane zostają Egipt, Turcja i Liban. Mimo zestrzelenia kilku irackich i saudyjskich rakiet przez "Patrioty", kilkunastokilotonowe głowice eksplodują nad lotniskiem w Tel-Avivie i Beer-Szewą.

W wyniku wymiany ciosów zniszczone zostają główne miasta regionu. W tym stolice, a wraz z nimi: władze zaatakowanych państw. Załamuje się system dystrybucji żywności, organy bezpieczeństwa. Miliony ofiar uderzeń nuklearnych to dopiero początek. Mimo że uniknięto ogólnoświatowej wojny nuklearnej, to Bliski Wschód osuwa się w anarchię, głód, epidemie i walki każdego z każdym.

Na szok związany z utratą znacznej części złóż ropy naftowej, oraz gigantyczną falą uchodźców świat odpowiedział mobilizacją swoich sił zbrojnych i w stylu kolonialnym: bardziej liczyła się kontrola nad ropą, niż pomoc ofiarom wojny. Armie i marynarki wojenne wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, częściowo na wyścigi, częściowo współpracując stworzyły bezpieczne strefy wzdłuż szlaków żeglugowych, oraz wokół tych instalacji wydobywczych nad Zatoką Perską, które nie zostały zniszczone podczas wojny. 15 lat później te "bezpieczne strefy" nadal są de facto pod wojskową okupacją, formalnie jako "Terytoria Powiernicze ONZ". Turcja odgrodziła się od fali migracji dzięki historycznemu kompromisowi: wsparła siły kurdyjskie w Syrii i Iraku. W zamian za spokój na swoim terytorium, utrzymuje "Protektorat Rojawy" jako przedmurze odgradzające ją od chaosu. Na syryjskim wybrzeżu, pod rosyjskim parasolem nadal utrzymują się Alawici. Liban po krótkiej wojnie domowej podzielił się na część chrześcijańską, oraz muzułmańską, kontrolowaną przez Hezbollah. Bezpośrednio po wojnie, Izrael, aby ochronić swoje istnienie, po prostu zlikwidował Autonomię Palestyńską i wyrzucił wszystkich Palestyńczyków za Jordan. Stworzyli tam "Państwo Palestyńskie na uchodźstwie", od którego Izraelczycy odgradzają się "strefą bezpieczeństwa" nad Morzem Martwym.
Kontrolę nad saudyjskim wybrzeżem Morza Czerwonego utrzymuje armia egipska. Święte miasta islamu zostały zrujnowane bezpośrednimi trafieniami izraelskich głowic, a egipska kontrola nad regionem ogranicza się jedynie do wybrzeża głównych dróg, atakowanych niekiedy przez grupy z beduinów z głębi pustyni. Tam, poza małymi bandami i grupami utrzymują się jedynie 2 bardziej zorganizowane: fanatyczny Kalifat, który wyrósł na powojennym, apokaliptycznym zamieszaniu religijnym, oraz federacja określana jako "plemiona saudyjskie": pozostałości po Arabii Saudyjskiej.

Wiem, na mapach może być nieco błędów, sam scenariusz jest jaki jest, ale uznałem że czas coś tu wrzucić.

piątek, 31 lipca 2015

Stolemy w Lubiatowie

Nowych postów praktycznie nie ma, bo jestem jakoś uprzedzony do "fotograficznych postów o niczym", pisanych na żywioł. Zwykle przeważa wewnętrzne poczucie że "jak pisać to o czymś": czymś przygotowanym i sensownym. Ale no cóż, dla znaku że żyję przyda się też raz na pół roku coś w stylu zdjęć "ja z tym, ja z tamtym".
W takim razie na warsztat wezmę obóz harcerski na którym spędziłem 2 tygodnie lipca. Przy czym słowo spędziłem nie jest najlepiej dobrane, a żeby to wytłumaczyć muszę się rozpisać. Otóż co roku, od lat Hufiec ZHP "Mazowsze" Mińsk Mazowiecki organizuje obóz pod namiotami w Lubiatowie (gmina Choczewo, powiat wejherowski. Posuwając się wybrzeżem: na wschód od Łeby i zachód od Jeziora Żarnowieckiego). Obecnie większość jego uczestników stanowią dzieci niezrzeszone. Ale pojawiają się też grupy "prawdziwie harcerskie". Czasami mniej, czasami więcej. W tym roku taką grupą był podobóz harcerski "Stolemy", zorganizowany przez 23 DH "Czarna Woda", 26 DHMiS "Płomyk" i 2 DH "Grot". Wszystkie z naszego mińskiego hufca. A ja byłem komendantem tego podobozu.
Jak do tego doszło? Gdzieś na początku roku kalendarzowego kombinowałem jak wyjechać ze swoją drużyną i zakończyć trwającą od 2 lat "dziurę obozową" bez wyjazdu na letni obóz pod namiotami, urozmaiconą wyjazdem grupy wędrowników na "Wędrowniczą Watrę" w 2014. Ale Watra to nie obóz, to zlot, na dodatek przeznaczony dla jedynie części członków drużyny. Najprościej byłoby wyjechać właśnie do Lubiatowa i stworzyć swój własny, czysto harcerski podobóz, wzorem tego co zrobiliśmy w 2012. Pomysłem zaraziłem kadrę z "26-tej", potem udało się dołączyć do nas jeszcze "2-kę" i tak powolutku zaczęliśmy planować program. A może raczej nie "powolutku", a nieco za późno: zarówno program, jak i liczbę uczestników: nasze przygotowania rozkręcały się zbyt długo i zbyt późno, ale na usprawiedliwienie mam to, że praktycznie cała kadra 3 drużyn była w kwestia organizacji obozu dosłownie "zielona", brak nam było potrzebnego przy takich działaniach doświadczenia i same przygotowania z naszej strony były prowadzone mocno "na żywioł". Ale przynajmniej dzięki temu wyjazdowi i wpływowi kadry zgrupowania udało nam się co nieco tego doświadczenia uzyskać. Dzięki tej przeprawie mogę już teraz zacząć myśleć nad kolejnym rokiem i rozważać pewne opcje na przyszłoroczne wakacje: samodzielny obóz-miniaturka drużyny, czy może nieco większy w tym samym, albo podobnym towarzystwie? Uprawnienia kierownika wypoczynku mam, zrobiłem je na przełomie maja i czerwca tego roku. Doświadczenie też już "niezerowe" A jeśli zacząć tak jak zalecają, już teraz, coś mogłoby z tego wyjść. Tyle że od razu pojawia się masa dylematów: jak duży byłby ten obóz (bo na 100 osób pewnie bym nie udźwignął), w lesie czy w stanicy, za nim następuje kolejne pytanie: skąd brać sprzęt, ile tego sprzętu, jak rozwiązać kwestie kadry pomocniczej, np. kucharki i pielęgniarki. Dużo siedzenia, czytania i planowania jeszcze przede mną, jeśli chciałbym żeby coś z tego w przyszłym roku wyszło. A póki co: zdjęcia i nieco przemyśleń.

Chluba i duma naszego podobozu, czyli brama w formie namiotu rozstawionego na platformie podwieszonej do drzew za pomocą pasów. Chętnie wykorzystałbym ten pomysł w przyszłym roku w razie dostępu do odpowiednich materiałów, np. do stworzenia "biura obozu": miejsca odpraw, pracy nad dokumentami, biblioteczki i magazynu programowego. Np. tak żeby na jednym poziomie znajdowały się materiały do zajęć, a na drugim miejsce odpraw w formie stolika i miejsc do siedzenia, biblioteczka. Pozwoliłoby to na zmniejszenie ilości zabieranych ze sobą namiotów. Zamiast wielkiego NS-a, albo dwóch: jedna "kadrówka" na górę i plandeki na ściany parteru.
Mam też nadzieję że taki "domek" łatwiej byłoby utrzymać w porządku niż nasze tegoroczne "miejsce kadrowe" które było kompletnym niewypałem jeśli chodzi o praktyczność.

Altanka i meble ogrodowe: trudno było tam utrzymać porządek i nie zawsze chciało się siedzieć. Dodatkowo: miejsce życia i pracy komendanta podobozu:

Gdyby udało się zorganizować  wspomniane "biuro" pewnie część z tego majdanu mogłaby się stamtąd wynieść, a składane łóżko: "kanadyjka" nie musiałaby pełnić równocześnie roli biurka. Ale sam namiot sobie chwalę. Mało kto ma na obozie tyle miejsca tylko dla siebie
A to zdjęcie pochodzi z krótkiej wędrówki. Można by pomyśleć: sosny, typowy krajobraz wybrzeża. No średnio typowy, bo staliśmy wtedy na wysokiej na kilkanaście, dwadzieścia kilka m.n.p.m zarośniętej wydmie, w tle było widać może, nieopodal znajdowały się bunkry dawnej jednostki wojskowej, a po zejściu z wydmy krajobraz zmieniał się diametralnie.
Z rzadkiego boru sosnowego w gęstą buczynę. Krajobrazy w okolicach Lubiatowa są bardziej zróżnicowane niż się niektórym wydaje, przechodząc mniej niż 1 km byliśmy w stanie przenieść się "z kraju do kraju". Były ruchome wydmy zasypujące sosny, była "Mroczna Puszcza", czyli zarośla nad rzeczką Bezimienną, były "Małe Sudety": pagórki porośnięte buczyną, "Kanada": inna wydma zarośnięta wysokimi sosnami i borowiną, czy krajobrazy przypominające Mazowsze.
Właśnie, wędrówki. Nasze wyjście w tym roku było krótkie, niezbyt dalekie. Ale kolejnym wnioskiem na przyszły rok są właśnie wędrówki. Trzeba wychodzić z obozu tak często jak się da. Coś nie gra w planie dnia: wychodzimy w teren. Wędrownicy niech wyjdą w trakcie obozu kilka razy. Ale za każdym na kilka dni. A młodsi niech wychodzą zastępami, poznają okolicę, zbierają ciekawostki. Poczucie "to były dobre zajęcia" miałem na tym obozie właśnie wtedy gdy między śniadaniem i obiadem puściliśmy zastępy na samodzielne zwiady terenowe: jeden na zachód, inny na wschód, jeszcze inny na południe. Czegoś takiego trzeba więcej, częściej, różnego typu. I jak najwięcej samodzielnych zajęć zastępów. Może to być trudne przy obecnym poziomie zastępowych, ale to po prostu kolejny temat "do przepracowania.


Zdjęcie grupowe podobozu: kadry i uczestników.
 
Tak oto prezentowały się warunki zakwaterowania. Nie było źle, prawda? Zwłaszcza jeśli uwzględnić że to namiot męskiego zastępu.
 
Widocznego tutaj podczas służby. Bo co to za obóz harcerski bez służby przy parniku. Chociaż zastanawiam się na przyszły rok, jak by rozwiązać ją nieco inaczej.
Ostatni raz na obrzędowym ognisku byłem (niestety) dosyć dawno. To jedna z rzeczy które nam się udały na tym obozie: niech młodzież wie że jest coś takiego, nie tylko świeczkowiska w salach gimnastycznych.
Ostatni apel podobozu zorganizowaliśmy wieczorem, na plaży. Muszę przyznać że to był strzał w dziesiątkę: słońce akurat zachodziło, co dało okazję do zrobienia sporej ilości fajnych zdjęć.

Chorągiew z Orłem i Pogonią, uszyta przez dziewczyny z 23 DH na apel z okazji rocznicy Bitwy pod Grunwaldem.
A i bez zdjęć atmosfera byłaby świetna.
Zastępowi meldują oboźnemu
Widoczne tu chusty podobozu mieliśmy zrobić na początku wyjazdu. Wyszło tak, że zrobiliśmy je na sam koniec.
A oboźny komendantowi.

I muszę przyznać, że właśnie to, że dla przynajmniej części harcerzy nie byłem już Jackiem, a "druhem komendantem" stanowiło dla mnie pewne... zdziwienie? Zmianę? Cóż, chyba czas zacząć się przyzwyczajać. Ale nie za bardzo, żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością. Oj, jestem ciekaw jak często w przyszłym roku usłyszę "druhu drużynowy, bo...".

A dla ciekawych co znaczą "Stolemy" z tytułu: to olbrzymy z kaszubskich podań. Chcieliśmy przy planowaniu zajęć nawiązać na obozie do "osadnictwa w nowym świecie", zaczepić o żyjących w tym obszarze na początku naszej ery Gotów, a skończyło się na nazwie z kaszubskiej mitologii.

środa, 18 marca 2015

TG-6

Dziś pojawiają się 4 profile mojego autorstwa fikcyjnego pojazdu gąsienicowego, opartego na konstrukcji szwedzkiego czołgu bezwieżowego Strv-103. Opis i "tło historyczne" specjalnie ma luki, żeby nie rozwodzić się nad różnymi aspektami ewentualnej historii alternatywnej w której mógłby być osadzony ten pojazd.

Wraz z wprowadzeniem do służby pierwszego na świecie masowo wykorzystywanego bojowego wozu piechoty: BMP-1, zdecydowano się na stworzenie własnego pojazdu tego typu. Przy jego projektowaniu położono nacisk na ochronę desantu, oraz manewrowość, częściowo kosztem uzbrojenia. Duży nacisk położono na ochronę przez bronią masowego rażenia: atomową, biologiczną i chemiczną. W celu zmniejszenia możliwości przenikania opadu radioaktywnego i środków bojowych do wnętrza pojazdu zrezygnowano z portów umożliwiających wykorzystanie broni osobistej desantu bez opuszczania pojazdu. Manewrowość i ochronę pancerną pojazdu uzyskano dzięki zastosowaniu wydłużonego kadłuba szwedzkiego Strv-103. Pierwotny zespół napędowy składający się z małego diesla i turbiny gazowej zastąpiono większym, płaskim, dieslem o dużej mocy. Ponieważ pojazd miał współdziałać z czołgami zrezygnowano z możliwości pływania na rzecz lepszego opancerzenia. Pojazd miał, zależnie od okoliczności pokonywać przeszkody wodne po dnie, lub z wykorzystaniem środków przeprawowych. Przekraczanie rzek po dnie umożliwiały przewożone z zewnątrz pojazdu przewody dostarczające powietrze i odprowadzające spaliny, podobne do tych wykorzystywanych w czołgach (niewidoczne na grafikach), oraz usztywniane kołnierze przewożone z lewej strony, zakładane na górne włazy, umożliwiające szybkie opuszczenie pojazdu przez pasażerów w razie konieczności. Widoczny jest również umieszczony pod przednią, dolną płytą składany lemiesz do samookopywania.
TG-6 (Transporter Gąsienicowy)
Transporter opancerzony, pierwotny wariant pojazdu, wywodzący się jeszcze z projektu następcy małych gąsienicowych transporterów opancerzonych TG-5 i lekkich czołgów CL-5. Załoga składa się z kierowcy, dowódcy i 8 żołnierzy desantu. W związku z opracowaniem wariantu bojowego wozu piechoty, wariant bezwieżowy był wykorzystywany przede wszystkim jako baza pod wersje specjalistyczne: wóz dowódenia, opancerzony ambulans, samobieżny moździerz 120 mm. Bez stałego uzbrojenia, możliwość zamontowania obrotnicy dla ukm-u na włazie dowódcy. Widoczny na grafice pojazdy, należał do serii prototypowej i był testowany w wersji pojazdu ewakuacji medycznej ("pancerny ambulans") w terenie tropikalnym w roku 1970. Również wtedy otrzymał 2 barwny kamuflaż "Ameba".














BTG-6 (Bojowy Transporter Gąsienicowy)
Podstawowym wyróżnikiem wersji bwp (bojowy wóz piechoty) była jednoosobowa wieżyczka z działkiem 23 mm.  W przeciwieństwie do BMP-1 zdecydowania się na broń zoptymalizowaną bardziej przeciw piechocie i nieopancerzonym pojazdom, niż czołgom. Te miały być zwalczane przez własne czołgi i wyrzutnie rakiet przeciwpancernych. Załoga składała się z 2 osób: kierowcy i dowódcy w wieżyczce. Dodatkowo dowódca 7-osobowego desantu mógł zajmować miejsce za kierowcą, wyposażone we własne peryskopy obserwacyjne i dostęp do systemu łączności, pełniąc w trakcie jazdy funkcję dowódcy pojazdu, jednak było to utrudnione, ponieważ siedział bokiem do kierunku jazdy. Oprócz działka, pojazd przewoził 3 rakiety przeciwpancerne 9K111 "Fagot", wystrzeliwane z zewnętrznej wyrzutni umieszczonej na wieży (niewidoczna na grafice). System kierowania pociskami stanowił część systemu celowniczego wieżyczki, dzięki czemu celowniczy-dowódca pojazdu nie musiał się z niej wychylać podczas strzelania. Jednak kolejna rakieta w kontenerze startowym musiała zostać umieszczona ręcznie na wyrzutni. Z racji małej objętości wieżyczki, robiło to zwykle jeden z żołnierzy desantu przez górny właz. Ogółem pojazd uchodził za dosyć ciasny z racji kubatury kadłuba, mimo tego że np. żołnierze siedzieli wzdłuż ścian, zwróceni twarzami do siebie, w przeciwieństwie np. do BMP-1, gdzie siedziska były umieszczone na środku przedziału, z plecami ku sobie, a pomiędzy nimi znajdował się zbiornik paliwa.














BGR-6 (Bojowy, Gąsienicowy, Rozpoznawczy)
Bojowy wóz rozpoznawczy, przeznaczony dla pododdziałów rozpoznawczych jednostek pancernych i zmechanizowanych. Od wersji bwp różni się przede wszystkim dwuosobową wieżą, w której umieszczono takie samo, 23 mm działko automatyczne. Załoga od 3 do 8 osób. Z przodu, podobnie jak w transporterze opancerzonym znajdują się 2 stanowiska z osobnymi włazami: kierowcy, oraz dodatkowe miejsce dla operatora radiostacji, lub dowódcy pododziału. Dowódca wozu, oraz celowniczy znajdują się w obrotowej wieży, zaś w zmniejszonym przedziale desantowym może przebywać do 4 żołnierzy. Wozy w wersji BWR dysponowały nieco zmienionym układem wyrzutni przeciwpancernej i przewoziły na niej zwykle pocisk 9M113 "Konkurs" o większym zasięgu niż "Metys", jednak oba typy pocisku mogą być wystrzeliwane z tych samych wyrzutni. Przedstawiony na grafice pojazd pomalowany jest w improwizowany kamuflaż zimowy z rozpuszczonego wapna. Dodatkowe pasy namalowano wykorzystując błoto i czarną farbę na bazie sadzy. Taki kamuflaż jest bardzo nietrwały, jednak może go szybko przygotować sama załoga pojazdu. Dodatkowo na przedniej części pojazdu i wieży rozciągnięta jest biała siatka maskująca.














WPP-6 (Wóz Przeciwpancerny)
Nosiciel przeciwpancernych pocisków kierowanych, modyfikacja wariantu BWR. Początkowo rozważano 2 warianty rakietowego niszczyciela czołgów. Pierwszy, oparty na wersji TO miał być wyposażony w wysuwaną, pojedynczą wyrzutnię. Zdecydowano się jednak na drugi, w którym na zmodyfikowanej wieży wozu BGR-6 umieszczono mieszczącą 2 kontenery z rakietami "Konkurs" zamkniętą wyrzutnię. Decyzja ta była uargumentowana tym, że działające na wysuniętych pozycjach niszczyciele czołgów powinny być trudne do odróżnienia od wozów rozpoznawczych. Dodatkowo, działko umożliwiało walkę z nieopancerzonymi pojazdami przeciwnika. Pojazd zwykle przewoził 3 rakiety gotowe do strzału: 2 w wyrzutni umożliwiającej przeładowanie zasobników, oraz 1 kontener umieszczony na zewnętrznej szynie po drugiej stronie wieży. Duży nacisk przy projektowaniu położono na to, aby wyrzutnia umożliwiała przeładowanie i wystrzeliwanie pocisków bez konieczności opuszczania pojazdu przez członka załogi i wystawiania się na czynniki zewnętrzne w razie użycia przez przeciwnika broni chemicznej lub atomowej. Dlatego też wyrzutnia stanowi rodzaj "śluzy", do której z wnętrza wozu ma dostęp celowniczy. Może on wymieniać puste zasobniki na nowe. 3 rakieta stanowi wtedy środek samoobrony podczas wycofywania się na nowe pozycje i przeładowywania wyrzutni. Zapas rakiet znajdował się na stelażach umieszczonych w tyle pojazdu zamiast miejsc desantu. Zachowano jednak oddzielne stanowisko dla potencjalnego radiooperatora.
Pokazany na grafice pojazd pomalowany jest w "zielony" trójbarwny kamuflaż z przełomu lat 70-tych i 80-tych, oraz dodatkowo zamaskowany miejscową roślinnością.