Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Szycie proporca: poradnik "jak dla faceta"

Przepraszam szanowne druhny że w tym tekście będę używał form męskich. W końcu ma on na celu wytłumaczenie "jak facetowi" w jaki sposób stworzyć proporzec zastępu lub drużyny. Ale oczywiście wy też możecie skorzystać z tej pomocy.

Więc chcesz żeby twój zastęp, albo drużyna miały proporzec? Przeczytałeś gdzieś że każdy zastęp i drużyna powinny mieć swój, stworzony własnoręcznie, wedle konkretnych, dawno określonych reguł? Może widziałeś gdzieś zdjęcia, albo na żywo drużynę z proporcem i spodobało ci się to na tyle że też byś tak chciał? Marzy ci się maszerowanie w kolumnie z własnym proporcem na czele? Dobrze trafiłeś. Na początek trzeba określić podstawowe wymiary. Kształt? Trójkąt? Rozmiar? Poczekaj, nie będę się rozpisywał, starsi i mądrzejsi ode mnie już to opisali. "Vademecum zastępowego i kurs zastępowych Chytrego Kota", hm. Marek Kudasiewicz "Chytry Kot", Bibliotek Kręgu Płaskiego Węzła, strona 88:
- Ma on kształt trójkąta równoramiennego po podstawie 25 cm, boki po 40 cm. - Na prawej stronie: na tle barw chusty drużyny wyhaftowany lub aplikowany (tj. naszyty np. z filcu) numer drużyny i nazwa zastępu. -Na lewej stronie: na tle koloru zastępu godło
Tyle że już widzę te pytania na "zapytaju": "Ale to jest tylko zastępu! A co z proporcem drużyny?" Spokojnie: Znowu posłużę się tekstem osoby bardziej ode mnie doświadczonej. Którym to tekstem z resztą sam się kierowałem szyjąc proporzec dla swojej drużyny. Proszę bardzo: http://wkreguwodzow.blogspot.com/2015/02/o-proporcu-so-kilka.html
Kształt, zasady, ułożenie stron i elementów. Czego chcieć więcej? Technikaliów. No dobrze, przejdźmy więc do nich.
Na początek przydałoby się ustalić ewentualne zasady dotyczące prawej strony, zarezerwowanej dla "jednostki wyższego rzędu". Czyli drużyny w przypadku proporca zastępu i hufca w przypadku proporca drużyny. I tutaj może pojawić się problem jeśli w twoim środowisku zanikło tworzenie proporców, bo możesz nie mieć łatwo dostępnego przykładu który mógłbyś skopiować. Wtedy trzeba będzie przekopać się przez kroniki, albumy fotograficzne, być może poszperać po jakiś zapomnianych zakamarkach harcówek i pudeł w siedzibie hufca, możliwe że będziesz musiał skontaktować się z seniorami.
Tylko co zrobić jeśli nie udało ci się nic znaleźć? Albo tworzysz proporzec zastępu w drużynie która powstała niedawno i nie ma w niej jeszcze żadnego proporca? Wtedy trzeba stworzyć nową tradycję i samodzielnie zaprojektować stronę "jednostki wyższego rzędu" po konsultacjach z kierującymi nimi osobami (drużynowy, rada drużyny, komendant hufca, komenda hufca).
Po upewnieniu się że niczego nie pominąłeś, można przejść do projektowania proporca. Najlepiej użyć do tego jakiegoś programu do obróbki grafiki wektorowej. Ja użyłem Corel Draw, ale równie dobrze mógłby to być np. darmowy Inkscape. Na podstawie loga drużyny, zaprojektowanego chyba już ponad 10 lat temu przez inną osobę stworzyłem pierwotny projekt proporca:
Logo drużyny
Pierwotny projekt strony drużynowej
Projekt strony hufcowej, razem z rysunkiem na którym się wzorowałem.
Ale podczas projektowania co nieco pokręciłem i już w momencie zszywania pierwszych fragmentów proporca okazało się że "coś jest nie tak" i musiałem zmienić ułożenie elementów na stronie drużynowej żeby układała się ona w miarę czytelny sposób:

Zauważyliście o co chodzi? przecież obie strony muszą się złożyć żeby stworzyć jeden proporzec, więc projektując trzeba ustawić wierzchołki obu stron w dwóch różnych kierunkach. Dla porównania: gdybyśmy chcieli zaprojektować proporzec rysując na papierze kredkami trzeba by było wyciąć z papieru romb, złożyć go wzdłuż krótszej przekątnej i skleić ze sobą środki.
Poprawiona wersja projektu strony drużynowej
Przynajmniej dzięki pomyłce udało mi się osiągnąć to, że gdy proporzec zwisa wierzchołkiem w dół barwy układają się na nim tak samo jak na chuście drużyny. A masz heraldyko!
Takie opracowane jako grafika komputerowa projekty dobrze jest wydrukować, wyciąć, skleić i zobaczyć jak projektują się na żywo, które elementy mogą być zbyt małe żeby dało się je wykonać równie dokładnie co w projekcie, gdzie konieczne będą uproszczenia, a które elementy wyglądają na niekształtnie i trzeba nad nimi dalej popracować. Oprócz tego taką papierową makietę można przynieść na zbiórkę zastępu czy rady drużyny, pokazać innym, przedyskutować jej wygląd i wprowadzić poprawki. Pamiętaj: projektujesz coś na lata, coś co w przyszłości może stać się obiektem np. takiego wydarzenia: http://www.16wdh.pl/a611,Jak-spotkali-si%C4%99-dwaj-zast%C4%99powi-Bobr%C3%B3w
Chciałbyś, co? To się postaraj. Zarówno w projektowaniu, jak i później w wykonaniu. A potem w funkcjonowaniu zastępu/drużyny, bo proporzec to jeszcze nie wszystko.
Mamy już gotowy, rozrysowany projekt. Przydałoby się więc rozpisać jak wykonać poszczególne elementy. Ja wykonałem to w formie czarno-białych, uproszczonych wersji projektu z dodanymi opisami jak wykonać dany element. Oczywiście w trakcie szycie niektóre rzeczy się zmieniały, ale przynajmniej miałem punkt wyjścia i np. wiedziałem jakie materiały kupić.
Jak widać objaśnienia odnosiły się do pierwotnej wersji projektu
Na podstawie tych objaśnień przygotowałem szablony do wycięcia. Dzięki temu mogłem odrysować poszczególne kształty, np lilijkę na tkaninie.
Mamy już zaplanowany układ proporca, wiemy jakich materiałów potrzebujemy, czas więc je kupić. Gdzie? W pasmanterii. To taki sklep z tkaninami, nitkami i innymi tego typu rzeczami jakbyś nie wiedział.
Jakie materiały będą ci potrzebne?
  • materiał w odpowiedniej barwie. Najlepiej jak najmniej rozciągliwy i niezbyt śliski. Chyba że koniecznie chcesz mieć "jedwabny" proporzec. Najlepiej rozejrzeć się za jakąś bawełną, albo bawełną z domieszką tworzyw sztucznych. Ważne żeby nie wyblakła zbyt szybko. Może być taki materiał jak na chusty (możesz nawet kupić kilka chust w odpowiednim kolorze w składnicy), ewentualnie inna bawełna o podobnych właściwościach, może być cienkie płótno bawełniane. Jak kupiłem bawełnę z domieszką tworzyw sztucznych. Jest nieco bardziej połyskliwa niż chusty, delikatnie grubsza, ale niezbyt rozciągliwa.
  • nici: takie zwykłe w szpulkach do szycia, oczywiście w odpowiednich kolorach. Będzie potrzebna do zszywania i ewentualnie drobniejszych haftów.
  • mulina: czyli grubsza nić, coś pośredniego między nicią, a włóczką z której robi się swetry. Będzie potrzeba do haftów. Jeżeli masz problem z kolorami i stojąc w pasmanterii przed całą tablicą z nićmi w różnych kolorach i stojakiem pełnym różnych mulin dostajesz ataku paniki weź ze sobą chustę drużyny i wydrukowany projekt proporca (o ile kolory na wydruku wyszły dobrze) i po prostu  powiedz "poproszę nici w takim kolorze", wskazując na chustę albo wydruk.
  • fizelina: "podkład" na który naprasowuje się tkaninę żeby można było wyciąć z niej odpowiednie kształty na proporcu. O fizelinie napiszę później nieco więcej. Ewentualnie można te same kształty wciąć z kolorowego filcu.
  • ozdobne frędzle. O ile chcesz mieć takie frędzle na swoim proporcu, różnobarwne taśmy z takimi frędzlami też można kupić w w pasmanterii.
Mamy projekt, mamy materiały czas przystąpić do pracy. Ale muszę cię ostrzec: ponieważ nie mam maszyny do szycia, większość swojego proporca uszyłem ręcznie. Tak, ręcznie. A na to potrzeba czasu. Na mój poświęciłem jakieś 2 miesiące pracy. Więc powinieneś zarezerwować sobie dużo wolnego czasu. Więc znajdź coś, co będzie "brzęczało w tle" gdy ty będziesz kręcił igłą. Jakieś seriale, filmy dokumentalne, podcasty i audycje radiowe, audiobooki. Kolejna rzecz jaką musisz sobie zapewnić to dobre oświetlenie. Skupianie się na małych detalach haftu bardzo męczy oczy, nawet przy świetle dziennym, a co dopiero przy jakiejś małej lampce. Czasami wieczorem nie dość że zapalałem światło w pokoju w którym szyłem, to miałem tuż nad głową zapaloną jeszcze dodatkowo lampkę biurową z 40 watową żarówką.
Ponieważ proces szycia był tak na prawdę procesem nauki, zacząłem od prostszej, hufcowej strony.
Pierwszą zmianą w porównaniu z projektem było wyhaftowanie muliną nazwy hufca, a nie tak jak pierwotnie planowałem: wycięcie jej z czarnej tkaniny.
 Wynikało to z problemu z którym zetknąłem się zszywając lilijkę w barwach drużyny. Materiał się "siepał": nitki wychodziły z tkaniny na jej wyciętych krawędziach. Lilijka specjalnie była wycięta większa, żeby można było zawinąć siepiące się krawędzie pod spód i bezproblemowo przyszyć ją do proporca. Jednak lilijka jest zbyt skomplikowanym kształtem żeby można było to zrobić.
Na tym zdjęciu widać moje próby podwijania krawędzi z wykorzystaniem wyciętego z papieru szablonu od którego odrysowałem kształt lilijki.
Na szczęście szybkie wyszukiwanie w internecie i rzut oka na kilka blogów o hobbystycznym rękodziele przyniosły rozwiązanie: fizelina. Tkanina z tworzywa sztucznego wyglądająca jak cienka mieszanina waty i folii na którą naprasowuje się właściwą tkaninę. Pod wpływem ciepła klej zawarty w fizelinie przywiera do tkaniny i utrzymuje jej włókna na miejscu, nawet pomimo wycięcia z niej potrzebnego kształtu. Co więcej: fizelina jest biała i na tyle szorstka że da się po niej rysować np. ołówkiem. Ułatwia to odrysowywanie kształtów. Przykładamy wycięty z papieru szablon, odrysowujemy kształt, wycinamy i przyszywamy.
Jeszcze co do fizeliny. Da się ją kupić spokojnie w pasmanterii, chociaż ja, z racji kwestii czasowych kupiłem ją w... "przemysłowym" GSie. Takie typowy sklep z małego miasteczka ze środkami czystości, narzędziami ogrodowymi, koszulami i podstawowymi przyborami pasmanteryjnymi. Tu też dodatkowa porada jeśli do tej pory nie kupowałeś nic w pasmanterii. Jeśli na pytanie ile tego potrzebujesz odpowiesz "tak mniej więcej jak 1-2 kartki A3" to usłyszysz "ale ja sprzedaję na metry..." I nie, nie metry kwadratowe. Metry bieżące. Czyli bela materiału może mieć szerokość większą niż metr, ale kupując podajesz jakiej długości fragment tego materiału chcesz.
lilijka w barwach drużyny naprasowana na fizelinę
Na zdjęciu widać dziwne zagięcie fizeliny. Wynika to z tego, że naprasowałem na nią już zszytą lilijkę i musiałem potem rozcinać fizelinę pod szwem. Gdyby robił to teraz, pewnie naprasowałbym najpierw oba kolory oddzielnie, a dopiero potem zszył ze sobą. Po wycięciu odpowiedniego kształtu lilijki przyszedł czas na jej naszycie. Prosto: na okrętkę, wokół krawędzi. Chodziło o to, żeby nie odstawała w żadnym miejscu. Najpierw "złapałem" ją w odpowiednim miejscu szpilkami, potem obszyłem rzadkim ściegiem żeby się nie przesuwała, a potem o wiele gęściej, dla wyglądu i pewniejszego umocowania lilijki na proporcu. Ręcznie, ale da się to też zrobić na maszynie, o ile da się na niej ustawić odpowiedni ścieg. Na współczesnych, domowych maszynach do szycia raczej się da. Nie wiem, nie mam.
Lilijka "złapana" szpilkami przed przyszywaniem jej do proporca
Zbliżenie na obszycie lilijki na stronie hufcowej
Gotowa strona hufcowa
Jedna ważna porada dotycząca przyszywania aplikacji: dobrze jest zarówno przed, jak i po przyszyciu wyprasować elementy.
Potem zabrałem się za stronę drużynową i zacząłem od elementów przyszywanych w taki sam sposób. Tyle że z już większym doświadczeniem.
 Na zdjęciu powyżej widać aplikację naprasowaną na fizelinę, wyciętą do odpowiedniego kształtu i "złapaną" w odpowiednim miejscu szpilkami. Widać też gęstość "wstępnego" ściegu utrzymującego aplikację na proporcu w trakcie obszywania jej gęstszym, lepiej wyglądającym ściegiem.
Kolejne zdjęcie, z kolejną naszytą aplikacją. Znowu widać różnicę gęstości między wstępnym, a ostatecznym ściegiem. Można też porównać ostateczny kształt wyciętej "fali" z pierwotnie planowanym. Oczywiście ten na tkaninie był uproszczony w porównaniu z tym na papierze.
Po przyszyciu aplikacji przyszedł czas na wyhaftowanie numeru i nazwy drużyny. W porównaniu z nazwą hufca zrobiłem małą próbę nowego ściegu na zbędnym kawałku tkaniny. Ścieg "w jodełkę" (czy jak on się tam formalnie nazywa) okazał się równy, w miarę dobrze wyglądający, gęsty i jednocześnie prosty w wykonaniu. Muszę przyznać że od teraz oznaczenia stopni na pagonach będę wyszywał właśnie nim: będą równiejsze i lepiej widoczne, a jednocześnie nadal "błękitne na czarnym".
Dwa zdjęcia numeru w trakcie haftowania go białą muliną. Widać kształt ściegu, oraz "szkic" nicią wzdłuż którego haftowałem. Takie zaznaczenie przebiegu cienką nicią wszytą fastrygą (czyli najprostszym, ale jednocześnie bardzo słabym ściegiem) pozwalało mi trzymać kształt w sytuacji w której zaznaczenie kredką, kredą, albo mydłem starłoby się w trakcie haftowania. A zapewniam: ścierało się. Przy takiej pracy palce się pocą, czasami byłem zdziwiony jak bardzo moje palce były mokre mimo tego że nie jest to jakaś ciężka fizycznie, czy stresująca czynność.
Co do zaznaczania mydłem. Większość rzeczy w proporcu rozrysowałem na tkaninie ołówkiem. Da się go zmyć, ale właśnie: zmyć. Polecam mydło: z jednej strony dobrze się trzyma i jest widoczne zarówno na dosyć jasnej, jak i czarnej tkaninie, a z drugiej strony łatwo je usunąć. Czemu wspominam tu o mydle? Bo nazwę drużyny haftowałem bez wcześniejszego szkicu nitką, od razu po rozrysowaniu mydłem. Dlatego zależało mi na tym, żeby rozrysowane napisy trzymały się na tkaninie.

Widać napis zaznaczony mydłem
Większość tych napisów robiłem podobnym ściegiem co numer, tyle że zamiast "jodełki" (>>>>) zrobiłem to swego rodzaju "dachówkami" (////) ułożonymi w jedną stroną. Jeżeli zauważasz różnicę w grubości między DR i resztą, to wynika to z tego że ścieg zmieniłem w trakcie widząc że to jednak nie to.
Po obszyciu i obhaftowaniu obu stron przyszedł czas na połączenie. Nie było to taką prostą sprawą właśnie z racji frędzli które należało wszyć między obie strony proporca. Najpierw ułożyłem obie części odwrotnymi stronami na zewnątrz, potem ułożyłem między nimi taśmę z frędzlami i złapałem to wszystko szpilkami. Potem zszyłem to fastrygą. I poddałem się.
Lewa strona hufcowej części proporca przy łączeniu szpilkami i zszywaniu fastrygą. Widoczny szew wokół lilijki i średnio estetyczne pętle zostające przy haftowaniu napisu. Ale spokojnie: i tak zostają przecież w środku.
 Ale jak to? Nie, spokojnie, nie zrezygnowałem z całego projektu. Po prostu uznałem że lepiej będzie jeśli ostateczne szwy łączące proporzec będą wykonane na maszynie: będą wtedy prostsze i mocniejsze. Jak pomyślałem tak zrobiłem i udałem się w odpowiednie miejsce (JESZCZE RAZ DZIĘKUJĘ BABCIU! No co, nie mam maszyny do szycia w domu).

Po ręcznym zszyciu odwinąłem proporzec na prawą stroną żeby zobaczyć jak będzie wyglądał gotowy. A tak prezentowała się strona drużyny już po zszyciu na maszynie:
Na czym umieścić proporzec? Na drzewcu? Jak wykonać proporzec? Tak jak laskę skautową. Czyli potrzebna nam będzie prosta, długa na ok. 170 cm, o grubości takiej "pod rękę", żeby dało się ją wygodnie trzymać laska np. z leszczyny.  równo okorowana i dobrze wysuszona. Główka może być odpowiednio wyrzeźbiona.  Przyznam że ja poszedłem na łatwiznę: lata temu w harcówce 23-ciej ostała się laska skautowa. Ładna, dobrze okorowana, nie wiadomo czyja przez kilka lat stania w kącie wygięła się w lekki łuk. Gdy musieliśmy opuścić pomieszczenie bo szkole przez 6-latki idące od 1 klasy potrzebna była kolejna sala na zerówkę, laska skautowa trafiła razem z resztą rzeczy z harcówki trafiła na mój strych. Chcąc wykorzystać ten było-nie było element historii drużyny, przeznaczyłem laskę na drzewiec proporca drużyny. Do przymocowania proporca wykorzystałem rzemyki wycięte z trzymanego "na przyda się" kawałka skóry, jeśli dobrze pamiętam: z portfela. Mają długość "na akurat". Równie dobrze można kupić gotowe rzemyki i przyciąć je z zapasem, żeby można było je łatwo zawiązać na drzewcu, można użyć też troków z dobrze wyglądającego sznurka. Co do przymocowania ich do proporca: można je przyszyć, ale równie dobrze można na krawędzi wszyć metalowe krążki, np. takie jakich używa się do robienia kolczug: są dostępne w internecie na kilogramy, a przecież do proporca potrzeba 3, może 4.
Jeśli mamy proporzec, trzeba pomyśleć nad proporcowym/chorążym. Chyba lepiej żeby nie był to bezpośrednio zastępowy, albo drużynowy. Może to być podzastępowy albo przyboczny. Można się też zastanowić nad wyznaczeniem specjalnego chorążego i mianowaniem go rozkazem. Tylko pamiętajmy że jest to funkcja reprezentacyjna. Zarówno pod względem postawy zewnętrznej, znajomości musztry i regulaminu mundurowego, ale też i postawy w słowach i zachowaniu. Proporcowy powinien być godzien tego zaszczytu, swego rodzaju strażnika symbolu honoru drużyny albo zastępu.
A co z wręczeniem? Proporzec w życiu drużyny czy zastępu nie powinien pojawić się "od tak". Powinien być zdobyty, wręczony uroczyście. Jeśli jesteś drużynowym i wiesz że jeden zastęp przygotował sobie proporzec, albo zrobiliście proporzec drużyny: jego wręczenie potraktuj jak organizację przyrzeczenia. Przyrzeczenia całego zastępu albo drużyny. Niech moment otrzymania proporca będzie "obrzędem przejścia" dla otrzymującego ją zastępu, albo drużyny.
A jaki otrzymujemy ostateczny efekt tych wszystkich prac? Dumna ze swojego proporca drużyna:
I chyba jeszcze ważniejsza rzecz: "lans na dzielni". Bo od tego jest właśnie proporzec.
To i poprzednie zdjęcie zrobione na XXVII Rajdzie Mikołajkowym


wtorek, 15 listopada 2016

Helikoptery Wyklęte

A miało być tak pięknie, nowoczesne śmigłowce nad Bałtykiem. W wyniku zerwanych negocjacji nie zobaczymy "Caracali" z polskimi szachownicami, mimo tego że były one najlepsze pod względem technicznym z zaoferowanych śmigłowców, w wielu zagadnieniach tylko ten typ spełniał wymagania. Ale jak to politycy, obchodzi ich polityka, nie technika.

Wersja ratownicza do działania nad morzem. Potrzebna "na już", w okresie pokoju, zwłaszcza że za rok, dwa Mi-14 które miały zostać zastąpione przez nowe maszyny będą musiały być wycofane. Ze starości.



Wersja do zwalczania okrętów podwodnych. Kolejna odmiana która miała zastąpić stare Mi-14.


Plus moja osobista wariacja na temat malowania śmigłowców morskich.

poniedziałek, 24 października 2016

Spacelab Platform

Ponieważ licznik wyświetleń tyka mimo tego że nic nie wrzucam, na odświeżenie grafiki przedstawiające alternatywną amerykańską stację kosmiczną. Na początek kilka założeń co do alternatywnej linii czasu:
  • Ograniczenie wykorzystania wahadłowców jedynie do misji niekomercyjnych: eksperymentów w ładowni, wynoszenia sond międzyplanetarnych i niektórych satelitów naukowych i wojskowych, oraz późniejsza budowa i obsługa stacji kosmicznej. Lżejsze satelity komercyjne i część wojskowych byłaby wynoszona przez opracowywaną równolegle z wahadłowcem rakietę opartą na pojedynczym boosterze na paliwo stałe. Rakieta ta w założeniu sukcesywnie zastępowałaby używane wcześniej rakiety serii Titan. Czyli krótko mówiąc: Ares I, który miał zastąpić wahadłowce jak rakieta załogowa, ale został skasowany przez administrację Obamy powstaje równolegle z wahadłowcem pełniącym funkcję nośnika załogowego i pełni funkcję nośnika ładunków.
    Tak wyglądałaby rakieta uzupełniająca wahadłowce. Udźwig: mniej więcej taki jak pierwsza wersja z lewej.
 Jakie byłyby tego efekty? Częściowo odzyskiwalna (pierwszy człon identyczny co odzyskiwane na spadochronach boczne boostery na paliwo stałe wahadłowca) rakieta nośna wynosząca mniejsze ładunki ograniczyłaby nacisk na ilość lotów. W rzeczywistej pierwszej połowie lat 80-tych dążono do jak największej ilości lotów aby wynosić jak najwięcej satelitów komunikacyjnych co miało pozwolić wahadłowcom na osiągnięcie opłacalności ekonomicznej. Efektem tego była katastrofa Challengera.
  • Brak katastrofy Challengera, przerywającej amerykański program załogowych lotów kosmicznych. Z bezzałogową rakietą odciążającą wahadłowce ich starty nie byłby tak skumulowane, co być może pozwoliłoby uniknąć zaniedbań przy przygotowaniach do startu które doprowadziły do katastrofy. Dodatkowo odpowiednik awarii (przepalenie uszczelki boostera na paliwo stałe) mógłby nastąpić podczas startu rakiety bezzałogowej. Ewentualne poszukiwanie przyczyn i modyfikacje byłyby wtedy zapewne krótsze i samo zdarzenie nie byłoby aż takim uderzeniem w nastroje społeczeństwa jak katastrofa Challengera.
  • "Stacja tu i teraz": zamiast wielu ambitnych planów: mniejsza stacja, której konstrukcja byłaby przygotowywana równolegle z wprowadzaniem wahadłowców do użytku. Zamiast projektu dużej i skomplikowanej stacji "Freedom" mniejsza, zbudowana z mniejszej ilości modułów. Raczej "punkt do odwiedzin", przeciwwaga dla radziecki "Salutów" niż pełnoprawna baza orbitalna. Pomysł opiera się na studium SAMSP, opracowywanym przez centrum Marshalla

Przejdźmy więc do samej stacji:
Faza I: "Moduł Serwisowy/Power Module"
 
Moduł wyposażony w panele słoneczne, radiator do wypromieniowania ciepła, żyroskopy i inne wyposażenie obsługowe stacji. W pierwszej misji, ok. 1986-1987 wyniesiony na orbitę, kolejna misja to odwiedziny wahadłowca z laboratorium Spacelab w ładowni. "PM" zapewniając energię słoneczną i dodatkowe urządzenia obsługowe zapewniłby wydłużenie przebywania wahadłowca na orbicie do miesiąca.

Faza II: Łącznik i zewnętrzna paleta

Stacja nadal pozostaje cały czas bezzałogowa, ale zostaje uzupełniona o łącznik, który pozwoli na dołączenie kolejnych modułów i stanowi wewnętrzną przestrzeń ładunkową, oraz zewnętrzną paletę z eksperymentami. Palety byłyby wymieniane w kolejnych lotach i sprowadzane na Ziemię, o ile pozwalałaby na to ładowność wahadłowca.

Faza III: Śluza powietrzna

Moduł ze śluzą powietrzną i zbiornikami gazów użytkowych. Nadal wykorzystanie stacji opierałoby się na 2-4 tygodniowych wizytach wahadłowców z modułami Spacelab w ładowni, zawierającymi wszystkie eksperymenty, a załogi wykorzystywałyby kabinę promu jako przestrzeń mieszkalną, ale śluza na stacji pozwoliłaby na łatwiejsze wyjścia w przestrzeń kosmiczną.

Faza IV: moduł mieszkalny

Dodatkowa przestrzeń mieszkalna, ułatwiająca załogom wahadłowca funkcjonowanie przez trwające nawet miesiąc wizyty: zamiast gnieździć się w kabinie promu, załoga mogłaby wykorzystywać lepiej przystosowaną przestrzeń w module (toaleta, miejsce na codzienną higienę, "aneks kuchenny").

Faza V: laboratoria
Dwa względnie małe laboratoria umożliwiające prace nad większą ilością eksperymentów niż sam moduł Spacelab w ładowni wahadłowca. Dodatkowa przestrzeń pozwalałaby na pozostawianie pomiędzy wizytami eksperymentów mikrograwitacyjnych, których wyniki byłyby zaburzone przez poruszających się po stacji astronautów.

I kształt końcowy, zapewne osiągnięty gdzieś na początku lat 90-tych, co oznacza że w alternatywnej linii czasu funkcjonowałaby praktycznie równolegle z radziecką, a później rosyjską stacją "Mir"

wtorek, 24 maja 2016

Dwie alternatywne mapy

Ostatnimi czasy odświeżałem swoje kartograficzno-graficzne umiejętności w Corelu, czego efektem były 2 mapy: jedna nieco bardziej "alternatywno-geologiczna", druga bardziej "alternatywno-urbanistyczna". Ale zacznijmy od tej drugiej.

 Metro Warszawskie(duży rozmiar)
Alternatywny plan warszawskiego metra. Różnice 1 i 2 linii w porównaniu z rzeczywistością wynikają z tego, że przebieg linii i położenie stacji w centrum Warszawy przynajmniej częściowo oparłem na przedwojennych projektach Metra. Można więc ten schemat potraktować jako plan linii metra w Warszawie nie zniszczonej w 1944, lub zniszczonej w małym stopniu i odbudowywanej w nieco inny sposób. Przebieg linii na obrzeżach stworzyłem w oparciu o współczesny układ osiedli. Nie ma co się oszukiwać: niezależnie od tego jaki ustrój polityczny i ekonomiczny panowałby w Polsce po 1945 r. to i tak na obrzeżach Warszawy przez lata powstawałyby jakieś osiedla i blokowiska. Może nieco inne, ale jednak jakieś: modernizm w architekturze miał też wpływ na budownictwo w PRL, a modernistyczne blokowiska można znaleźć też w miastach Europy Zachodniej.

Reynland i Rockall (duży rozmiar)
Jakiś czas temu w odmętach internetu brałem udział w dyskusji na temat conlangów, conworldów i innych takich nerdowskich dziwów. Z dyskusji nic nie wynikło, ale pojawił się w niej kilka ciekawych pomysłów. Jeden z nich rozwinąłem w mapę dwóch fikcyjnych wysp na północnym Atlantyku: Reynlandu i Rockall. Ich geneza geologiczna to inne rozchodzenie się brzegów Oceanu Atlantyckiego i większa aktywność wulkaniczna w rejonie rzeczywistej wyspy Rockall. Górzysty archipelag w plejstocenie byłby pokryty czapą lodową, współcześnie tamtejszy klimat byłby zapewne podobny do szkockiego, na pewno cieplejszy i łagodniejszy od islandzkiego. Zapewne przynajmniej niektóre obszary wysp byłby pokryte lasami, w większości iglastymi, być może też mieszanymi. Biorąc pod uwagę ich położenie jako pierwsi mogliby dotrzeć do nich np. Piktowie. Stałe osadnictwo mogłoby pojawić się na nich z dwóch stron: Wikingowie z Wysp Owczych i Islandii, oraz Iroszkoci. We wczesnym średniowieczu mogłyby stanowić arenę walk pomiędzy tymi grupami. Ostatecznie Rockall został na mapie przedstawiony jako cześć Szkocji, zajęta przez Szkotów w średniowieczu, w tym samy okresie co Szetlandy i Orkady, a Reynland jako niepodległe państwo nordyckie. Zapewne w okresie nowożytnym "Jarzębinlandia" (tak tłumaczy się Reynland z islandzkiego) tak jak Islandia stanowiłby terytorium zamorskie/część Danii. Dodatkowe terytorium zamorskie, o gospodarce "sensownych rozmiarów" mogłoby wpłynąć na proces uzależniania się Islandii, Grenlandii i Wysp Owczych. Być może po II wojnie światowej wszystkie te wyspy i Reynland ogłosiłby niepodległość i stworzyłyby np. federację, zostawiając Danię bez terytoriów zamorskich? A może odwrotnie, wszystkie te obszary utrzymałyby powiązania z Danią i np. Islandia i Reynland uzyskałyby niepodległość, ale utrzymałyby powiązania z Danią? Np. w zakresie ceł, przepływu ludności i obronności? A co do obronności: zapewne zarówno podczas II wojny światowej, jak i zimnej wojny Reynland i Rockall stanowiłby ważny punkt kontrolujący Północny Atlantyk jako baza dla lotnictwa i okrętów do 1945 zwalczającego niemieckie U-boty, a później: śledzące radzieckie okręty podwodne. W związku z tym Reynland podobnie jak Islandia należałby do NATO. A może, w wyniku innego rozkładu i wykorzystania łowisk oraz innych powiązać gospodarczych z Danią, Unia Europejska obejmowałaby również Wyspy Owcze, Reynland, Islandię i Grenlandię?

sobota, 27 lutego 2016

Włóczenie się wedle kompasu

Plan tej wędrówki powstawał dosyć długo, zmieniał się jednak dystans. W ramach próby na stopień Harcerza Orlego założyłem sobie długą, samotną wędrówkę. Pierwotnie był to dystans 100 km w 24 godziny, ale zrewidowała to proza życia: nie miałem czasu na taką wędrówkę. Nie da się jej zrobić w weekend między zapracowanymi piątkiem i poniedziałkiem. Wychodząc w sobotę rano, wracałoby się w niedzielę rano. Odespać wędrówkę, a tu nagle poniedziałek i trzeba iść do pracy/szkoły. Dodatkowo kwestie czasowe utrudniały mi przygotowanie kondycyjne, czy też "testy". Dlatego też w te ferie uznałem że nie ma na co czekać (było to ostatnie zadanie do zrealizowania w próbie) i po prostu zdecydowałem się przejść w ciągu jednego dnia tyle ile będę w stanie i jeszcze wrócić do domu.
Ruszyłem w piątek 12.02 o 11:00. Kierunek? Wschód. Co prawda mam w domu mapy topograficzne w skali 1:25000 północnej części powiatu mińskiego, ale są one w formacie "rulonu", co raczej utrudnia noszenie ich w kieszeni. Mam też stary telefon komórkowy, więc o GPS i mapie w pamięci smartfona mogłem zapomnieć. Ale za to mam własną pamięć i kompas. Postanowiłem maszerować wedle nich, na wschód do momentu w którym uznam że powrót do domu może skończyć się czołganiem, a potem zawrócić na zachód.
Na początek wrzucam mapę trasy jaką przebyłem. Kolorem czerwonym jest oznaczona trasa "tam", a niebieskim "z powrotem". Zielonymi znacznikami oznaczone są też miejsca wykonania zdjęć.


Zdjęcia 1, 2 i 3: Przejście przez Rządzę koło Woli Polskiej. Ułożenie koryta, progi wodne i ruiny wskazują na znajdujący się tu kiedyś młyn. Zwłaszcza zdjęcie 3. Przy czym w Woli Polskiej nadal znajduje się drewniany budynek dawnego młynu w innym miejscu, bardziej na wschód (http://jakubow.pl/gmina/informacje-o-gminie/zabytki/).



 Zdjęcie 4: kapliczka za Wolą Polską, przy wjeździe do lasu drogi prowadzącej w kierunku Wiśniewa. Jak później się okaże, nie będzie to jedyna kapliczka na którą zwróciłem uwagę podczas tej wędrówki. Od razu opiszę kolejną kwestię: dotyczącą przemyśleń. Samotna wędrówka pozwala przemyśleć, pofilozofować sam ze sobą na wiele równych kwestii. Ale tylko w przypadku jeśli ma ona wolniejsze tempo, jesteśmy skupieni na otoczeniu, a nie na "robieniu dystansu". Chociaż podczas tej dyskusji często łapałem się na tym że... nie myślałem. Byłem w stanie podobnym do medytacji, do oczyszczenia głowy z natłoku rzeczy. Zwłaszcza we wcześniejszych godzinach marszu. Po prostu maszerowałem przed siebie.

 Zdjęcie 5 i 6: Kolejna kapliczka, tym razem już w Wiśniewie. A dokładniej na jego obrzeżach, koloniach, a nie w samej wsi. Znajduje się tam parafia mariawicka i przypuszczam że kapliczka również została postawiona przez mariawitów.


Zdjęcia 7 i 8: wykonane na drodze polnej przed Wiśniewem. A raczej powyżej Wiśniewa, bo wieś znajduje się w dolinie poniżej tego garbu. Pierwsze jest zrobione w kierunku Mlęcina i Adamowa, jeśli się przyjrzeć, widać na nim wieżę nadawczą telefonii komórkowej (http://btsearch.pl/szukaj.php?mode=std&search=ml%EAcin). Drugie jest skierowane na południe, widać na nim elektrownię wiatrową. Dopiero za Wiśniewem, koło tamtejszego cmentarza zrobiłem sobie pierwszy postój. I przyznam że jeden z moich ogólnych wniosków po tej wędrówce jest taki że nadal uwielbiam musy Leony w torebkach: są dobre i pakowne. No i czemu przez tyle lat rozmijałem się z sucharami bieszczadzkimi?


Zdjęcia 9 i 10 to ujęcie wody między Turkiem i Garczynem Dużym. Podchodząc pustą drogą do tego budynku zastanawiałem się co to za cudo? Remiza strażacka tak za wsią? Punkt skupu mleka też tak daleko od ludzi? Dopiero gdy podszedłem bliżej mogłem odczytać tabliczkę widoczną na kolejnym zdjęciu. I przy okazji odczytać że są tam nawet dyżury operatora: 1 godzina raz w tygodniu.


 Zdjęcie 11: nieoznaczone na mapie, wykonane niedaleko ujęcia wody. Już w tamtym rejonie zacząłem zauważać że przeszedłem do nowego regionu fizycznogeograficznego: teren zrobił się tak jakby bardziej pofalowany. Wyszedłem z doliny Wisły, reprezentowanej przez Równinę Wołomińską z jej piaszczystymi wydmami na Nizinę Południowopodlaską.

 Zdjęcie 12: farma wiatraków koło Czarnogłowia widziana z Zimnowody. Garczyn Mały i Zimnowoda znajdują się w szerokim obniżeniu: kolejny element różnic geograficznych o których wspominałem przy poprzednim zdjęciu.

Zdjęcie 13: Tropy. Teraz, jeszcze raz zastanawiając się nad nimi i porównując z rysunkami z "Na tropach ludzi i zwierząt"  Sopoćko i Grzymałowskiego dochodzę do wniosku że wyglądają na tropy borsucze. Wskazuje na to rozmiar, ułożenie, pazury. Dla porównania: długość wkładki w tych butach to 30 cm, więc rozmiarowo pasuje to do 90 cm długości borsuka. Co oznacza że są jeszcze ciekawsze niż wtedy gdy zrobiłem to zdjęcie: układają się w taki sposób jakby zwierz schodził do wsi. Co prawda borsuki zapadają w sen zimowy, ale z racji ciepłej zimy ten rozbudził się wcześniej.

Zdjęcie 14: Jaworek. Najdalszy punkt do którego dotarłem. Nie wchodziłem do wsi, zdjęcie zrobiłem dokładnie z najdalszego punktu trasy. Potrzebowałem jakiegoś punktu orientacyjnego żeby wiedzieć jak daleko dotarłem. Przypominam, maszerowałem bez mapy, na pamięć w bliższych okolicach i kompas w dalszych. Teraz zastanawiając się nad tą trasą wydaje mi się że gdyby jeszcze raz spróbował ją przejść, w innym układzie czasowym pewnie udało by mi się dotrzeć już po ciemku do Liwu, być może do Węgrowa, co dałoby ok. 50 km trasy. A stamtąd mógłbym np. wrócić do Stanisławowa autobusem.

Po wejściu z powrotem do lasu przysiadłem na kupce ściętego drzewa robiąc sobie krótki postój. Przecież nie cisnąłem już dystansu, wracałem, prawda? I co się okazało? Tuż obok były takie ruiny chatki. Przedstawiają ją zdjęcia 15 i 16. Za każdym razem widząc takie konstrukcje zastanawiam się kto je zbudował. Jeśli miejscowe dzieciaki, to tym samym utrwala się we mnie przekonanie że harcerstwo mogłoby być bardziej popularne, ale nie jest z własnej winy robiąc z siebie coraz bardziej świetlicę, zamiast puszczańskiej przygody którą powinno być.


Wracając znowu "cisnąłem dystans", starając się aby jak najmniej trasy wypadło po zmroku. Co prawda miałem ze sobą czołówkę i kamizelkę odblaskową, ale mimo wszystko. Gdy tylko mogę maszeruję nocą bez światła, a kamizelka odblaskowa chroni mnie przez rozjechaniem przez samochód. Ale nie chroni przed ich oślepiającymi światłami: i tak i tak musiałem kilka razy zatrzymywać się i poczekać aż przejadą dalej, bo nie byłem w stanie maszerować im naprzeciw.
Kolejną kwestią związaną z tempem była głupawka. Nawet maszerując można osiągnąć moment w którym pojawia się coś, co niektórzy określają jako "euforia biegacza". Ciśnie się dystans i głupi komentuje pod nosem mijany krajobraz. Ostatnie zdjęcie 17 przedstawia wieżę nadawczą k. Mlęcina i Adamowa z drugiej strony, po zachodzie Słońca i z bliższej odległości. Ciekawe skąd wzięła się w mapach Google nazwa drogi w pobliżu miejsca zrobienia tego zdjęcia brzmiąca "A kto wie :D"
W ramach podsumowania: z wyliczeń wychodzi że zrobiłem ok. 38,5 km w ciągu 8,5 godziny. Daje to średnią prędkość marszu wynoszącą 4,5 km/h. Nie wybitnie, ale też nie najgorzej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę że praktycznie nie robiłem postojów, a już tym bardziej jakiś większych "posiadówek". A po zakończeniu marszu empirycznie utwierdziłem się w poglądzie że porada "nie siadaj na postoju bo nie wstaniesz" JEST PRAWDZIWA. Zapewniam was. Maszerować można i na "autopilocie". Problemy zaczynają się po dłuższym postoju, czy raczej "posiedzeniu".
Inne wnioski? Więcej wędrówek po wschodniej części powiatu mińskiego. Już podczas grudniowej wędrówki hufcowej przekonałem się że jest tam ciekawy krajobraz. Ta wędrówka utwierdziła mnie w tym poglądzie. I nie, nie będzie zdjęcia szpeju. Pomaszerowałem z "reprezentacyjnym" Grotem, w "Bizoniku" i Windproofach Arctic. W plecaku będę musiał posiedzieć nad regulacją, kurtka założona bezpośrednio na podkoszulkę po raz kolejny się sprawdziła, a spodnie mimo tego że są ze 2 rozmiary za duże coraz bardziej mi się podobają.