Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą asg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą asg. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Nie jestem partyzantem...


Na początek temat muzyczny tego posta:

Tak, jestem nerdem, jestem tego świadomy i z tego stanowiska będzie pisany ten post. Będzie on o przesadzie i jak, przynajmniej wg. mnie jej uniknąć. Przesadzie w czym? A jakich dwóch rzeczach najczęściej tu piszę? O harcerstwie i airsofcie. Zacznijmy może od airsoftu. Jeśli jakakolwiek wzmianka o nim pojawi się w "taktycznym świecie rzeczywistej broni", odbiór jest najczęściej negatywny. Airsoftowiec tam to dzieciak, pozer, wydający krocie na chińskie kopie niepotrzebnego mu sprzętu, któremu się wydaje że jest niewiadomo jakim "operatorem". Przyznajmy szczerze. Tak jest. Nie ma co się oszukiwać. Strzelanie do siebie plastikowymi kulkami nie jest najpoważniejszym hobby, nieważne jak bardzo my bylibyśmy przy tym poważni. Wyglądamy patetycznie w pełnym szpeju? Tak. Mamy słabą kondycję? W porównaniu nawet z dawnym żołnierzem służby zasadniczej na pewno. Wydajemy masę pieniędzy na tak na prawdę niepotrzebne rzeczy? Oczywiście, jak w każdym hobby dużych chłopców wymagającym drogich zabawek. I tak trzeba traktować airsoft. Nie uratujemy świata, to tylko hobby dla dużych chłopców.
Przejdźmy teraz do drugiej kwestii, czyli harcerstwa. A dokładniej: czy można pogodzić airsoft i harcerstwo? Jedną z najważniejszych kwestii jest to, że airsoft ma podłoże militarne. Używamy wiernie wyglądających replik rzeczywistej broni, w przytłaczającej większości wykorzystujemy rzeczywiste oporządzenie i umundurowanie, lub jak najlepiej wyglądające kopie. Tyle że ZHP nie jest organizacją paramilitarną. Jest organizacją wychowawczą. A to dwie różne rzeczy. Posłużę się statutem ZHP:

Misją ZHP jest wychowywanie młodego człowieka, czyli wspieranie go we wszechstronnym rozwoju i kształtowaniu charakteru przez stawianie wyzwań. 

ZHP wychowuje młodych ludzi na prawych, aktywnych, zaradnych i odpowiedzialnych obywateli w duchu wartości zawartych w Prawie Harcerskim.

A co z jakimiś aspektami "proobronnymi"? Jakimikolwiek? Pojawiają się raz. Na cały statut:
rozdział 2, rtykuł 4, punkt 1, podpunkt 9, działania wykonywane dla osiągnięcia celów ZHP: "działa na rzecz obronności państwa i działalności Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej; porządku i bezpieczeństwa publicznego"
Tyle, na cały statut. Związek Harcerstwa Polskiego w całej swojej działalności stara się odchodzić od powiązań militarnych. Tak na prawdę stara się to robić swoich początków, czyli lat dwudziestych. Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć że chlubne karty, legendy harcerskiego udziału w I wojnie światowej, Wojnie polsko-bolszewickiej i II wojnie światowej to "pogotowie": krótkotrwałą konieczność czasów, a nie reguła. harcerstwo wychowuje młodego człowieka. Wychowuje go aby był dobrym człowiekiem i obywatelem przez całe swoje życie. A najpewniej całe jego życie, to życie cywilne, pokojowe. Unikanie powiązań militarnych między innymi przejawia się w regulaminie mundurowym: spodnie w kamuflażu nie są dopuszczone do noszenia z mundurem. Ten nawyk jeszcze bardziej militaryzuje nasz wygląd. Który nawet regulaminowo jest jaki jest, zwłaszcza jeśli porównamy harcerza, w swoim zielonym mundurze, z zielonymi, dopuszczanymi przez regulamin długimi spodniami, ze skautem z któregoś państw zachodnich. Dla przykładu, wywiad z sekretarzem generalnym WOSM, który niedawno był w Polsce:

Zagłębiając się w szczegóły, w organizacji Boy Scouts of America, strzelanie do siebie z czegokolwiek, w tym paintball jest po prostu zakazane. Przy czym możliwe jest strzelanie do celu: http://blog.scoutingmagazine.org/2014/05/07/dont-shoot-why-paintballs-outlawed-in-scouting-and-the-one-exception/ Podobnie jak m.in. wykorzystywanie quadów, sporty walki, rodeo, polowanie, skutery wodne, paralotniarstwo na uwięzi, skoki na bungee, wspinanie się na drzewa z wykorzystaniem lin i uprzęży i "water chugging" (jak by to wytłumaczyć... szybkie, nadmierne, masowe picie wody?)
Ale, ale... Wróćmy do munduru. Po grudniowym, 38 zjeździe ZHP, dotarły do mnie w pewnej rozmowie informacje, jakoby "zakazano noszenia jakiegokolwiek kamuflażu do munduru". Przejrzałem uchwały i stanowiska opublikowane po tym zjeździe. Nie ma tam nic takiego. Rozumiem niechęć przynajmniej części instruktorów, czy też Kwatry Głównej do kamuflażu i w ewentualnej dyskusji przeciwstawiłbym tej opinii zapewne argumenty związane z działaniem programowym w terenie, oraz kosztami i jakością ubrań z demobilu (przy czym zapewniam: na allegro da się kupić za małe pieniądze oliwkowe spodnie z demobilu. W tej kwestii da się być w zgodzie z regulaminem mundurowym za rozsądne pieniądze.) Przy czym znalazłem jedną rzecz która mogła wywołać tą plotkę: fragment w uchwale dotyczącej regulaminu mundurowego, wskazujący że mimo iż "nowy" regulamin mundurowy ma już ładnych parę lat i na dobre zadomowił się w związku, to nadal nie został opracowany dodatek/aneks/rozdział dotyczący mundurów drużyn specjalnościowych i wodnych. Właśnie: drużyn specjalnościowych. Wśród kilku specjalności w ZHP istnieje również specjalność proobronna. Tyle że jest ona jakby "niechcianym dzieckiem". Podczas gdy np. Harcerska Szkoła Ratownictwa rozwija się dosyć prężnie, ma wypracowane metody itd, to specjalność proobronna jest jakby w marazmie: między innymi nie ma nawet przygotowanych "pod nią" sprawności, referatu w GK jakby nie było, a jeśli już drużyny proobronne funkcjonują, to często na własną rękę z różnym skutkiem.
Mamy więc grupę harcerską (zastęp, drużyna, klub), interesującą się airsoftem, a wytycznych co z tym zrobić za bardzo nie ma. Ale jakie mogłyby być? Z góry zaznaczam że to moja, prywatna opinia na ten temat.
  • Airsoft nie może przysłonić nam harcerstwa. Jeśli jesteśmy "grupą" harcerską, to o tym pamiętajmy. Nie możemy funkcjonować jako grupa airsoftowa z mundurami harcerskimi. Powinniśmy po pierwsze realizować program harcerski, airsoft może być jedynie jego elementem, odpowiednio "przyciętym", "ukształtowanym" do celów i metody harcerskiej. Bo jeśli airsoft, czy też szerzej "militaryzm" przysłoni nam istotę harcerstwa, to otrzymujemy później takie potworki jak Harcerski Korpus Kadetów. Który wg. mnie i nie jest harcerski, ani liczebności korpusu też nie ma, a kadetów... pytanie czego?
  • "Pamiętaj, nie jesteś żołnierzem". Tu trzeba nawiązać do wstępu tego posta. Trzeba pamiętać że airsoft, to airsoft, forma rozrywki, sport, a nie rzeczywista wojna. Nie ćwiczymy żeby zabijać. Ćwiczymy żeby trafić kogoś plastikową kulką i jednocześnie nie zrobić mu krzywdy. Nawet jeśli naszym celem jest pojechać na kilkudniowy, realistyczny pod względem procedur, wykorzystujący pojazdy i pirotechnikę milsim: to nadal ćwiczymy na milsim, a nie wojnę. To tak jak z grami komputerowymi. Musimy pamiętać że gramy w grę. Czy to by była zwykła, uproszczona rozrywkowa strzelanka, taka jak Call of Duty, strzelanka "z klimatem" jak Battlefield, czy też realistyczna, ocierająca się o symulator Arma, to nadal jest to gra, a nie rzeczywistość.
Przygotowania do wojny, bycie organizacją paramilitarną i "partyzantami od pierwszego dnia wojny" zostawmy strzelcom. Rozumiem że cała masa młodych chłopaków po obejrzeniu paru filmów i przeczytaniu kilku książek marzą, że "jak ruskie wejdą, to oni zdobędą kałasza i będą partyzantem", że każdy chciałby być Patrickiem Swayze z "Czerwonego Świtu".
No przyznać się, chcielibyście tak, co?
 Ale to tylko idealizacja, marzenia. Chcesz wojny partyzanckiej? Znajdź w internecie ujęcia z kamer śmigłowców szturmowych atakujących talibów w Afganistanie, czołgów burzących budynki w Syrii i ostrzału z moździerzy i powietrza na Ukrainie. Pewnie ci się jej odechce. Do mnie najmocniej przemawia trzeci człon programu "Szarych Szeregów": pojutrze, "powojnie". Przekonanie że wojna to zło powinniśmy mieć zawsze w głowie, nawet jeśli nas pociąga. Inaczej skończymy jak długie kolumny wiwatujące maszerując do pociągów w 1914.

Proste równanie militaryzm=wojna=przemoc, zło pewnie stanowi największy argument przeciw łaączeniu airsoftu z harcerstwem. No bo jak pogodzić strzelanie do kogoś z pozytywnością metody harcerskiej? Widzę chyba tylko jedną możliwość. Musimy pamiętać i uczyć że nasz przeciwnik w trakcie gry nie jest naszym wrogiem. Jest jedynie przeciwnikiem sportowym. Jakiekolwiek gry airsoftowe muszą przebiegać w pozytywnej atmosferze: przywitajmy się i pogadajmy przed grą. W jej trakcie stosujmy się do reguł i zdrowego rozsądku, na spokojnie i życzliwie wyjaśniajmy ewentualne spory. Nie oszukujmy. Po grze znowu jest czas na podanie sobie ręki, obgadanie całej gry, wymiany uwag, wrażeń.
 Z resztą, wydaje mi się że pozytywność jest tak na prawdę koniecznością w airsofcie nawet nie biorąc pod uwagę aspektu harcerskiego tego postu: jeśli nie będziemy się przyznawać i będziemy traktować przeciwnika jako naszego niebezpiecznego wroga, nie będzie fair-play i uczciwości, to airsoft jako taki, jako gra, rozrywka nie ma sensu i ograniczałby się do strzelania do puszek i robienia słit foci z pełnym wyposażeniem. A nie chodzi o to, tylko o adrenalinę, zabawę i zdrową rywalizację, prawda?

sobota, 26 kwietnia 2014

Sznajper&Gabbana

W zastępie pojawiła się replika snajperska. "Armata" co najmniej zmierzająca w kierunku prawdziwej airsoftowej snajperki, a nie "kitaj-snajpy za 300 zł". Jest sprzęt. A raczej jedna część sprzętu, ta do strzelania. Więc przydałoby się jeszcze zająć sprzętem "do ukrywania". Ponieważ obiecałem właścicielowi "armaty" spisanie swoich pomysłów na kamuflaż, wykorzystuję blog. Po pierwsze, ponieważ łatwiej mi będzie wykorzystać i włączyć do tekstu różne źródła internetowe. A po drugie: nie będzie tu tak cicho.
Ponieważ zastęp coraz bardziej się "brytalizuje": chłopaki złapali bakcyla, a sam karabin to replika broni snajperskiej używanej przez Brytyjczyków, na początek trzeba sprawdzić "what would brits do?" Z pomocą przychodzi nam forum Militaryphotos.net. Zarówno wątek ze zdjęciami brytyjskich sił zbrojnych, jak i o snajperach:
Peleryna z kapturem (tzw. "viper hood") z dowiązaną jutą, łoże broni malowane + dodatkowo broń owinięta siatkowym szalem. Oczywiście twarz pomalowana.

Znowu żołnierz zamaskowany tak samo, ale za to zamiast "szala na szybko", broń jest zamaskowana w nieco bardziej pracochłonny sposób.
Tym razem w Afganistanie: zwykłe oporządzenie piechura. Karabin i luneta oklejone materiałową taśmą klejącą i dopiero potem pomalowane.
I nieco historii. Film o snajperach z lat 60-tych:
"W linii" również zwykłe wyposażenie piechura, karabin owinięty jutowym workiem. "Na misji": Stare Denison Smock z doszytymi "farfoclami" na rękach i plecach, siatkowe szale, również z "farszem", pomalowane twarze, karabin "nadal w worku".
Jeden z odcinków dokumentu o szkoleniu Arctic and Mountain Warfare Cadre: kursie specjalistycznym Royal Marines. Akurat ten odcinek pokazuje szkolenie snajperskie w połowie lat 80-tych. https://www.youtube.com/watch?v=fM0ap3gJUyM
Znowu stroje maskujące na bazie kurtek.
I podobne szkolenie, tyle że z przełomu XX i XXI wieku: https://www.youtube.com/watch?v=wOJHjYInOwo

Jak widać, a raczej nie widać, trudno znaleźć wśród tych przykładów "klasyczne" stroje ghillie w stylu "człowieka-krzaka", a obecne jest raczej lżejsze maskowanie.  Osobiście uważam, że początkujący airsoftowy snajper nie musi "stroju wookiego" wykonywać. O wiele ważniejsze jest nauczenie się "snajperskiego rzemiosła", czyli celnego strzelania i obserwacji. Dzięki którym będzie o wiele bardziej przydatny dla swojego oddziału nie tylko na milsimie, ale również na luźnej strzelance. Jednak jeśli potrzeba jakiegoś maskowania to zaproponowałbym nieco inne rozwiązanie: oparte na tym, co pokazuje na swojej stronie Bergmann, surwiwalista z Alaski. Gość jest niesamowity, nie ględzi o polityce, tylko pokazuje co robi. A pokazuje tak, że czytając jego stronę aż wstyd człowiekowi. że siedzi w tym momencie w domu, a nie w terenie. Nieco zdjęć i opis: kamuflażu osobistego i  broni. Wzorując się na jego rozwiązaniach, opiszę w tym tekście pomysł bardziej "modułowy", który można lepiej dopasować do sytuacji niż klasyczne ghillie: kapelusz z maskowaniem, dwustronny maskałat, oraz "pelerynka" maskująca, którą można założyć na ramiona, plecak, lub wokół pasa, w celu zamaskowania pasoszelek.
Czego będziemy potrzebowali? Kapelusza, siatki, ubrań w kamuflażu na pocięcie (co najmniej 2 koszule polowe w dpm i ddpm. I tak spora część materiału z nich trzeba będzie zafarbować), zimowego maskałatu lub poncza, innych dodatkowych materiałów takich jak bawełniany i lniany materiał, luta itp. oraz barwniki do farbowania tkanin i różnego rodzaju farby: zarówno w spreju, jak i do malowania.

Kapelusz:
Ja na strzelance "Tour de Mokry Ług 5. Zdjęcie autorstwa Małgorzaty Zięcik, źródło: https://plus.google.com/photos/110143422897735677149/albums/5997044012666736865 Maskowanie zrobione na bazie siatki przywiązanej do kapelusza. Do tejże siatki przywiązane są jutowe nitki, paski pomalowanego sprejem i pociętego lnianego materiału, oraz paski materiału w kamuflażu dpm. Żeby jeszcze poprawić maskowanie będę musiał zapewne wpleść tam jeszcze nieco dłuższych pasków wokół obwodu, żeby "złamać" linię ronda. No i "w poważniejszej sytuacji" twarz i ręce powinny być zamaskowane specjalną farbą do ciała.
Zamaskowane nakrycie głowy to wg. mnie jedna z podstawowych rzeczy potrzebnych, jeśli chcemy się lepiej kamuflować w terenie. A co będzie potrzebne do wykonania czegoś takiego? Mniej więcej to co opisałem w podpisie pod zdjęciem. Kapelusz: jakiś tani boonie hat w leśnym kamuflażu. Może być DPM, może być Woodland, może być francuskie CCE. Ważne żeby dało się przywiązać do niego siatkę. Siatka? Może być siatka kostrukcyjna do odzieży, może być moskitiera, czy coś innego w tym stylu, byle by się dało do niej przyszywać lub przywiązywać maskujący "farsz". Może być oliwkowa, szara, brązowa, czy też jakaś jasna, do zafarbowania. Siatkę wycinamy w "łezkowaty", pofalowany kształt, tak aby przykrywała rondo kapelusza, ale nie zwisała z niego za bardzo. Zwisać powinna z tyłu, aby nieco osłaniała kark. Siatkę przywiązujemy w jakiś sposób do taśmy kapelusza, np. przyszytymi do niej sznurkami.
Do tej siatki przywiązujemy nieregularnie pocięte paski materiału w kamuflażu (np. z pociętej taniej koszuli polowej), jak również zafarbowane na najróżniejsze odcienie kolorów maskujących i tak samo potraktowane nitki juty. Tych "farfocli" nie może być tylko kilka, bo wtedy nie będą spełniały swojego zadania. Musi ich być na tyle dużo, aby rozbijały charakterystyczny kształt głowy i ronda kapelusza. Do siatki mogą być również przymocowane gumy, np. obrączki wycięte z dętki rowerowej, służące do wtykania w nie roślinności.

Dwustronny maskałat: Rozwiązanie wzorowane na tym stosowanym przez Waffen-SS podczas Drugiej wojny światowej, a do dziś twórczo rozwijane np. na terenie byłego ZSRR. Mowa o luźnej kurtce, zależnie od modelu z kapturem lub bez, zakładanej na mundur, uszytej z dwustronnie zadrukowanego materiału. Z jednej strony jest nadrukowany kamuflaż letni, z przewagą zielonego, a z drugiej: jesienny, z przewagą brązów. Tyle że jeśli szukamy rozwiązań "budżetowych", to zakup albo reprodukcji niemieckiej kangurki, albo współczesnego wschodniego maskałatu, raczej nie wchodzi w grę. Możemy jednak wykazać się pomysłowością i wykonać własny maskałat. Ja np. samodzielnie uszyłem maskującą kangurkę z lnianego "surowego" materiału, kupionego po promocyjnej cenie jako końcówka beli. Co prawda krój jest porażką, ale to przedsięwzięcie pozwoliło mi na nieco eksperymentów z takimi strojami maskującymi. Być może opiszę ją dokładnej w oddzielnym poście, a na razie: zdjęcie z testów w terenie:
Sprawdzałem czy kangurkę da się pogodzić z oporządzeniem, np. plecakiem. Rękawy są za długie, korpus nieco za szczupły, ale jakoś się da.

 Jednak zamiast szycia kompletnie od podstaw, można sobie ułatwić życie. Pierwszy sposób to wykorzystanie jakiegoś gotowego zimowego maskałatu. Można też wykorzystać niemieckie zimowe ponczo maskujące:
Zszyć dwie strony tworząc rękawy do pach, a dalej wzdłuż korpusu można kombinować. Pozostały wycięty materiał spod pach można wykorzystać na najróżniejsze sposoby: do szycia różnych udogodnień, kieszeni, czy tuneli na ściągacze w naszym powstającym maskałacie, oraz po zafarbowaniu na paski kamuflażu. A może nawet na uszycie spodni. Można też spróbować różnymi krawieckim sztuczkami przerobić brytyjskiego smocka na dwustronność, ale maskałat z poncza można uszyć nawet ręcznie, a smocka się tak na pewno nie przerobi. Kupny, lub szyty z poncza maskałat powinien być w największym dostępnym rozmiarze i na tyle luźny, na ile jest to praktyczne, aby przez swoją workowatość zniekształcać wbitą w pamięć i łatwo rozpoznawalną ludzką sylwetkę. Jeśli zdecydowaliśmy się na ponczo, można np. spróbować tak ukształtować boki pod pachami, aby były sznurowane, lub zapinane. Ułatwiłoby to noszenie maskałatu na oporządzeniu: sięganie do kamizelki przez boczny otwór, czy też nawet przód mógłby być podwinięty i noszony jako "viper hood" podobny do tego z pierwszego zdjęcia w tym poście.

Ale co zrobić żeby kamuflaż nie był biały, a dwustronny? Najpierw wykorzystujemy materiał z poncza który jeszcze nam został, wycinając z niego "zębate" paski i przyszywamy je przede wszystkim do kaptura, barków i ramion. Da nam to nieco trójwymiarowego maskowania w naszym maskałacie. Potem farbujmy go, gotując z barwnikami do tkanin w rodzaju popularnego "Motylka. Dlatego materiał na kurtkę powinien zawierać sporo bawełny: nie jest ona najbardziej idealną tkanina na strój w teren, ale za to da się ją łatwo i trwale ufarbować. Maskałat wiążemy w najróżniejsze węzły, zawiązujemy sznurkiem, czy też gumką, aby uzyskać plamy, a nie jednolity kolor i farbujemy z kolorami, które można wykorzystać zarówno we wzorze letnim, jak i jesiennym. A więc najróżniejsze beże, brązy, zieleń też nie zaszkodzi, można spróbować nawet z jakimś szarym. Kolory będą się nakładać, przenikać, mieszać, poprawiając skuteczność wzoru. Gdy mamy już bazę, przechodzimy do zróżnicowania wzoru, wykorzystując farby do tkanin, czy farby w spreju. Najlepiej w tym momencie rozwiesić kurtkę na jakimś stelażu, czy wieszaku, żeby kontrolować co się maluje.Trzeba pamiętać o wszelkich zasadach kamuflażu. Między innymi makrowzorze rozbijającym sylwetkę (duże plamy działające na większych odległościach), pewnej dozie kontrastu, kontrcienowaniu i innych. Tak jak na kapeluszu doszywamy też jakieś pętle do mocowania dodatkowego maskowania. I robimy coś, żeby pozbyć się zapachu farby. Wietrzymy, pierzemy w jakiejś "terenowej" wodzie itp. Bo zapewniam że po malowaniu maskałat będzie nimi śmierdzieć. Wiem to na przykładzie mojej kangurki. Farb nie można nadużywać również z drugiego powodu: w pewnym stopniu usztywniają materiał.

Dodatkowa peleryna maskująca. Razem z kamuflażem na kapeluszu może stanowić zastępstwo dla "pełnego" viper hooda z kapturem. Lub posłużyć do zamaskowania wystających poza sylwetkę plecaka, albo oporządzenia na pasie. Jak by to wyglądało? Jeszcze raz odsyłam do strony Bergmanna. A jak to wykonać? Tak samo jak maskowanie na kapeluszu. Wycinamy siatkę na kształt peleryny, z przodu sznurek lub sznurki do mocowania, a potem wedle potrzeb i uznania przymocowujemy do siatki maskujący "farsz".

Zostało jeszcze maskowanie karabinu. Są 3 opcje: pomalowanie repliki "na goło". Jak wygląda można zobaczyć na moim zdjęciu z Tour de Mokry Ług. Karabin już nie wyróżnia się jak "czarny kij", ale nadal jego kształt nie jest rozbity. Opcja druga to oklejenie repliki materiałową taśmą klejącą (najlepiej tak, aby nadal dało się ją rozkładać), zamaskowanie taśmą malarską elementów ruchowych i szkieł lunety, a dopiero po tym malowanie farbami maskującymi. Dzięki teksturze taśmy karabin wygląda bardziej "miękko" (trudno jest mi dobrać lepsze słowo: najróżniejsze nierówności taśmy zaburzają "twardy", kanciasty kształt karabinu). Można też owinąć replikę materiałem, dzięki czemu dobrze ją maskujemy i "włochaty kij" już się tak nie odznacza w terenie. Możliwe jest pewne połączenie drugiej i trzeciej opcji. Czyli dosyć ścisłe owinięcie karabinu tam gdzie jest to możliwe postrzępionym materiałem, najlepiej lnianym lub jutowym, przytrzymywanym na miejscu przez sznurek, gumę, czy też materiałową taśmę klejącą, uzupełniającą paski materiału w miejscach w których nie da się ich owinąć. W razie potrzeby do takiej "bazy" można dodawać dodatkowe maskowanie. Czy to w postaci pasków materiału, czy ściętej zieleni. Tak samo można zamaskować również inne "przyrządy", np. lornetkę, czy monokular do prowadzenia obserwacji.

Ale wszystkie te rękodzieła mało dadzą jeśli się nie ćwiczy. Trzeba więc ćwiczyć, zgrywać się, testować, poznawać swój "fach.
Polski podręcznik strzelca SWD
http://magxxx.files.wordpress.com/2011/01/sztuka_celnego_strzelania.pdf
Niemiecki film szkoleniowy z II Wojny Światowej. Z angielskim powojennym lektorem i napisami. Na tym samym kanale są kolejne części.

wtorek, 18 czerwca 2013

Rozważania nt. LSW

Na ostatniej sobotniej zbiórce zastępu w pewnym momencie wynikła rozmowa nt. zastosowania LSW w airsofcie. Czym jest ten trzyliterowiec? L86 Light Support Weapon. Czyli wersja rkm, czy raczej rkbm (ręczny karabinek maszynowy, różnica wynika ze stosowanego naboju pośredniego), karabinku L85. Jego podstawowym zadaniem, jest wspieranie sekcji (w Armii Brytyjskiej 4 żołnierzy: 3 z L85 i strzelec L86), poprzez prowadzenie celniejszego ognia na nieco większą odległość, lub szybszego na mniejszą, niż karabinki zwykłych piechurów, przy wykorzystaniu takiej samej amunicji co karabinki, podawanej z takich samych magazynków. Ma to swoje zalety i wady: zaletą jest to, że reszta sekcji może wspierać strzelca LSW swoimi magazynkami, a wady wynikają właśnie z korzystania z magazynków, oraz niewymiennej lufy: przez to L86 nie może prowadzić prawdziwego ognia maszynowego, a jedynie strzelać krótkimi seriami, ograniczonymi przegrzewaniem się lufy i pojemnością magazynków.
Przejdźmy jednak do airsoftu. Jeśli mowa o prowadzeniu "ognia wsparcia", najczęściej myślimy albo o karabinie maszynowym, najczęściej pod postacią M-249 SAW (Squad Automatic Weapon). M-249/Minimi w rzeczywistości też strzela amunicja pośrednią, ale główną różnicą jest zasilanie tych karabinów z taśmy, a w airsofcie: z magazynka pudełkowego z napędem elektrycznym. To, plus wytrzymały "gearbox-pudełko", pozwala osobie z taką repliką na prowadzenie ognia zaporowego i postawienie "ściany kulek" przed atakującym przeciwnikiem. Jakie są jednak wady takiej repliki? Przede wszystkim waga. O cenie nie będę się wypowiadał, bo prawdopodobnie, gdyby zsumować pełen koszt innych opcji o których będę pisał, to pewnie wyszłaby porównywalna kwota. Ale jedno jest pewne: Minimi jest ciężkie, jest niezbyt poręczne i mimo że istniej możliwość zasilania go  z magazynków "emkowe", to swoje prawdziwe oblicze pokazuje dopiero przy magazynkach pudełkowych. Które również zajmują dużo miejsca i trzeba je nosić albo w specjalnych ładownicach, albo np. w Utility Puchach z "uchami" na szelki jak ładownice amunicyjne.
Co prawda możliwe jest odciążenie strzelca km-u przez to, że dodatkową amunicję (w naszym przypadku: paczki z kulkami), przenosi w swoim oporządzeniu reszta oddziału, wzorem Brytyjczyków z Falklandów, gdzie każdy żołnierz, oprócz amunicji w magazynkach przenosił jeszcze amunicję w paczce dla siebie i taśmę z nabojami dla GPMG, czy też Niemców, którzy stosując MG-42, reszta drużyny piechoty praktycznie ograniczyli do ochrony karabinu maszynowego i donoszenia mu amunicji. Cóż, trzeba przyznać że "śwniak" u boku świetnie działa na morale, a wrogi z przodu: odwrotnie proporcjonalnie, ale uważam że w airsofcie jest to jednak chyba zbyt wyspecjalizowana broń, żeby grupa 4-6 osobowa decydowała się na taką inwestycję. Ale oczywiście wszystko zależy od funduszy.
Wsparcie oddziałowi może zapewniać też strzelec wyborowy. Czyli ktoś, kto najpewniej, na początku swojej kariery chciał zostać snajperem-chodzącym krzakiem, ale ktoś mu to wyperswadował. A może nawet nasz snajper uparł się i działał w tym kierunku. Ale nawet jeśli dobrze i celnie strzela, to nie będzie w stanie zatrzymać frontalnego ataku przeważających sil "ochotników chińskich" biegnących na naszą pozycję przy akompaniamencie grzechoczących hi-capów. Dodatkowo, o ile nie korzysta z jakiegoś "wiosła" na magazynki M-4/M-16, to znowu istnieje problem z wymienialnością magazynków z resztą grupy. Zarówno SWD, czterotaktowce, oraz M-14 i SR-25 na magazynki będące replikami magazynków na amunicję 7,62x51 NATO nie są w stanie korzystać z magazynków reszty. A przy mid-capach i low-capach kulek może zabraknąć bardzo szybko, zwłaszcza jeśli ten strzelec ma ze sobą mało magazynków.
Na powyższym filmie widać w akcji zarówno M-249, jak i SWD. Trzeba tylko pamiętać że to Wielka Brytania, z ustawowymi ograniczeniami FPS i grą jedynie na komercyjnych "polach". W Polsce odelgłości bardzo często są większe.

Jako kompromis między tymi oboma rodzajami "broni wsparcia" można zdecydować się właśnie na jakieś airsoftowe LSW. Tylko w poszukiwaniach trzeba przyjąć kilka ograniczeń:
  -Magazynki systemu AK, lub M-16. Obecnie u nas w KF zdecydowanie przeważa AK, zaś brytyjskie oporządzenie jest dostosowane do magazynków STANAG-owskich, czyli właśnie od M-16, więc przy zakupach replik ograniczenie jest proste: albo AK, albo coś na magazynki od M-16.
  -Możliwość tuningu. Ponieważ nasze LSW miałoby odgrywać, zależnie od sytuacji, rolę podobną do Minimi i karabinu wyborowego, powinno być w stanie wytrzymać upgrade do ok. 440-450 fps (więcej oznaczałoby brak ognia ciągłego na wielu imprezach, co mija się z celem). Jednocześnie mocna sprężyna i potrzeba strzelania seriami wymagają dobrego silnika i mocnej baterii. Na pewno przydałaby się też porządna gumka hop-up. No i może też lufa precyzyjna.
  -Możliwość zamontowania małogabarytowej optyki o powiększeniu od 2x do 4x. Większa luneta niepotrzebnie zwiększałaby gabaryty i ograniczała pole widzenia przy strzelaniu. Na takiej replice nie jest potrzebny teleskop do strzelania do komarów, tylko coś, co pozwoli wypatrzeć schowanego w trawie przeciwnika, leżącego w tych dalszych zakresach zasięgu. Przykładem takiej optyki są celowniki typu ACOG, przy czym mowa o lunetach, choćby nawet czysto airsoftowych, a nie o  kolimatorach w wydmuszce o kształcie ACOGa.
  -jakaś forma dwójnogu też by się przydała
  -gabaryty porównywalne z replikami karabinów szturmowych, żeby uniknąć konieczności dźwigania dodatkowych kilogramów, jak w przypadku SAW.

Najbardziej koszerna opcja, czyli replika L86 mieści się w kategoriach "góry złota/nie do dostania", więc od razu odpada z rozważań. Kolejną możliwością, jest wersja rkmowa karabinu AK, czyli karabin RPK.

RPK-74. Widoczny długi magazynek, długa, niewymienna lufa i zamontowany pod nią dwójnóg. Źródło: http://www.red-alliance.net/forum/index.php?topic=2343.0
Spełnia wymagania magazynkowe. Co prawda "banany", czyli długie magazynki od RPK są dosyć trudne w przenoszeniu (po prostu potrzebne są dedykowane ładownice), ale z łatwością można pod niego podpiąć zwykłe magazynki od AK, czy np. magazynek bębnowy. Co z możliwościami tuningowymi? Cymowski gearbox v.3 jest znany z tego że jest w stanie wytrzymać takie rzeczy. Optyka? Tu zaczynają się pewne problemy. Karabin, oraz jego airsoftowa replika, mają boczny montaż z lewej strony, tyowy dla AK, czy SWD (tak, wiem że montaże w AK i SWD w jakimś stopniu się różnią). Trzeba by albo montować lunetę z dedykowanym montażem, albo montaż z szyną RIS i dopiero na nią lunetę. W pierwszym przypadku praktycznie jesteśmy ograniczeni do PSO. Tyle że PSO jest wg. mnie za dużą lunetą na karabin typu LSW, a mniejsze celowniki optyczne produkcji rosyjskiej, czy białoruskiej bardzo ciężko dostać. A szyna RIS. Można by, tu już ograniczamy się do kwestii wizualnych typu "ceep that imperialistic crap out of my AK". Jedni mogą lubić ACOGa na AK, inni nie. Brytyjski SUSAT, montowany do niedawna na L85 wygląda wystarczająco topornie żeby nie gryźć się z cudami sowieckiego desingu, dodatkowo swego czasu został on skopiowany i jego kopia jest produkowana "za Bugiem". Tyle że SUSAT ma montaż na szynę 11 mm, a nie standardową RISowską 22 mm. Konieczne byłby boczny montaż z szyną 22 mm, przejściówka 22-11mm i dopiero na to SUSAT. Przy cenie 400 zł za jego kopię, łączny koszt byłby podobny do kopii PSO.
Kolejny problem to wymiary. Przez długą lufę i dwójnóg RPK może ciążyć na przód i być niewygodne w przenoszeniu. Poza tym dwójnóg jest dosyć wysoki, dostosowany do długości magazynków. A np. nasz strzelec LSW chciałby trzymać się bliżej ziemi.
Drugą opcją "wschodnia", jest po prostu założenie dwójnogu i optyki na replikę AK. Mamy wtedy takie same bebechy, ale krótszą lufę (której długość podobno aż tak nie wpływa na celność). No i jest to bardziej "odbajerzony AK", niż replika broni LSW.

Przechodzimy teraz do opcji "zachodnich", czyli na magazynki od M-4/M-16. Nie będę rozważał długich wersji G-36 z dwójnogiem i optyką. Sam mam krótkie G-36, gearbox v.3 daje radę, działa jakieś półtora roku bez zaglądania do środka, ale jest jedna kwestia problemowa. Airsoftowe adaptery magazynków STANAG do G-36, a przynajmniej mój "nie robią roboty". Są zbyt luźne, swoje magazynki musiałem okleić taśmą, a i tak czasami mam problemy z podawaniem kulek. Co niestety ogranicza nas do replik z gearboxem v.2, mniej wytrzymałym od v.3 występującego w replikach AK. Czy raczej: takiego którego nie da się zrobić topornie, a i tak będzie wytrzymały. Jak wspomniałem wcześniej, różne SR-25 wykluczamy z racji magazynków. Na razie przychodzą mi do głowy 2 propozycje.
 Pierwszą jest replika HK416. Karabin ten USMC przyjęło pod nazwą M27 IAR: Infantry Automatic Rifle. Spełnia tam dokładnie taką rolę o jakiej jest cały ten post: karabinu na magazynki od podstawowego karabinku zwykłego piechura, wspierającego go celowanymi krótkimi, seriami na nieco większe odległości i zastępuje w sekcji M-249. Wyposażony jest w celownik ACOG i dwójnóg.
Źródło: http://www.militaryphotos.net/forums/showthread.php?167027-The-United-States-Marine-Corps/page269

Można by powiedzieć: dokładnie to czego szukamy. Tylko inną kwestią pozostaje znalezienie odpowiednio wytrzymałej repliki tego karabinu. Cóż, jedną z bardzo niewielu opcji jest HK416 od JG. Tak, "chińska emka". Przy czym M-4 i M-16, których bebechy siedzą w HK-416 często są określane jako "mogą być". I tak konieczne byłoby rozebranie gearboxa i ponowne porządne jego złożenie, po sprawdzeniu jakości części. A co kwestii wizualnych? Pewnie dłuższa lufa i jednocześnie przesuwana kolba, tak jak w IAR. Przy czym, np. Gunfire, sprzedający repliki JG również pod własną marką, ma w ofercie wersję HK416 z krótszą lufą, nie wystającą z szyn montażowych. A np. wersja JG z dłuższą lufą, sprzedawana w innych sklepach, ma kolbę stałą, którą przydałoby się wymienić na przesuwaną.

Drugą opcją jest M-16 od KWA, z szynami RIS. KWA to już wyższa, nie chińska kategoria replik. Kosztuje więc więcej, ale za to posiada wzmocniony szkielet gearboxa, uznawany za jeden z najlepszych w replikach M-4/M-16. Mamy wtedy większą pewność, że mechanizm repliki wytrzyma zrobienie z niej jednocześnie snajperki i "siewnika". Przy czym ostatnimi czasy z replikami od KWA w sklepach brakuje.  Poza tym, z racji magazynków, takie "eM" można by jedynie "wystylizować" na to:

Źródło: http://www.ar15.com/mobile/topic.html?b=3&f=118&t=541606&page=253
 L129A1, czyli karabin systemu AR, który zastąpił w Wielkiej Brytanii L86 na funkcji DMR: Designated Marksman Rifle: karabinu strzelca wyborowego, działającego w ramach drużyny piechoty. Wsparcie ogniowe zapewniają raczej Minimi, ale i L129 zdarza się prowadzić szybszy ogień. Dla przykładu:
Odcinek serialu dokumentalnego "Royal Marines: Mission Afghanistan". Potyczka od 34:15. Przy czym L129 nie może strzelać serią i strzela amunicją 7,62, dla tego użyłem słowa "wystylizować". Czemu 7,62x51? Bo w górzystym Afganistanie karabiny strzelające nabojami 5,56x45 mm (np. L85 i Minimi) nie są w stanie sięgnąć np. pozycji talibskich karabinów maszynowych PKM, które z kolei są zasilane nabojem karabinowym 7,62x54R. Przy okazji, żeby mieć pojęcie o wymiarach naboi: druga cyfra, po x to długość łuski.

Wszystkie z tych replik, żeby pełnić funkcję broni wsparcia potrzebują sporej ilości amunicji. A ponieważ kilka hi-capów nie każdemu pasuje, przyjmijmy że będę pisał o porządnych mid-capach. W czym je przenosić? Brytyjski Chest-Rig pomieści 6 magazynków od AK, albo 9 STANAG + jeszcze da się zmieścić jakąś paczkę kulek w bocznych Utility. Podobnie PLCE, które mają dodatkową zaletę tego, że nie leżymy na magazynkach, tylko mamy je po bokach, na biodrach. Podwójne ładownice amunicyjne pomieszczą maksymalnie 12 magazynków od "M", lub bardziej realistycznie: 9 magazynków i paczkę kulek, lub 6 magazynków i 2 paczki. Tyle że z racji wymiarów, do ładownic nie wejdą magazynki od AK. Podobnie jak  do Assault Vest: 6 magazynków, czy LCTV: do dołączanych ładownic też 6 magazynków, ale za to do niej da się dokupić i doczepić kolejne ładownice amunicyjne, więc jak ktoś się uprze to zmieści i 12. Dobrym pomysłem byłoby działanie z kimś kto ma zwykłą, nie "odbajerzoną" replikę na takie same magazynki. Mógłby on wtedy pełnić funkcję "amunicyjnego", przenosząc dodatkowe magazynki, czy nawet wymieniając je w trakcie akcji, aby strzelec LSW nie musiał spuszczać celu z oka. I nie żartuję, tak postępowano z wieloma rkmami: brytyjskim pierwszowojennym Lewisem, i radzieckim drugowojennym DP Diegatriewa, zasilanymi z magazynków tależowych, czy zasilanymi z magazynków pudełkowych wz.1928 (polska, przedwojenna odmiana amerykańskiego BARa) i Brenem (brytyjski rkm z magazynkiem u góry, który z kolei był wersją licencyjną karabinu produkcji czechosłowackiej ZB vz.26).

Przykład takiego przeładowania: brytyjscy rekonstruktorzy i strzelanie z Brena

Poza tym, rzeczą niezbędną jest replika z mniej niż 350 fps w pobliżu, w celu obrony na krótki dystans, czy strzelania w pomieszczeniu. Czy to pod postacią pistoletu u boku, czy amunicyjnego z odpowiednim karabinkiem.

wtorek, 8 stycznia 2013

Projekt: kapelusz





   Po wakacjach doszedłem do wniosku że potrzebuję kapelusza w DPM-ie. Najprawdopodobniej odezwał się we mnie "tacticalowy modniś" po obejrzeniu zdjęć z obozu, na których uznałem że "seledynowo-oliwkowy" boonie hat Helikona nie zgrywa się z kamuflażem. Nie trzeba mnie za to bić, wiem że nie prawdziwy mężczyzna nie powinien zwracać uwagi na takie duperele. Chociaż... przykładanie znaczenia do swojego kamuflażu może być jakąś atawistyczną pozostałością po prehistorycznych łowcach... Ale bądźmy poważni. Oczywiście, po stwierdzeniu zapotrzebowania zacząłem poszukiwania w internecie, przede wszystkim na Allegro. Niestety, na brytyjskie wojskowe kapelusze na tym serwisie jest posucha. Gdy prowadziłem swoje poszukiwania, były tylko pustynne. Obecnie, oprócz pustynnych są średnio 1-3 oferty. Oprócz tego znalazłem jeden demobil internetowy z prawdopodobnie kontraktowymi kapeluszami i jeden z kopiami. Trudno inaczej to wytłumaczyć, jeśli przy "kraj produkcji" mamy "Polska". Pomyślałem że czemu by nie spróbować samodzielnie uszyć prosty kapelusz? To dosyć prosta konstrukcja, bez jakiś wymyślnych kształtów, a z racji rozmiarów dałoby się go uszyć w ręku. Jak pomyślałem, tak zrobiłem (tak, wszystko co zobaczycie było szyte ręcznie, niestety nie mam maszyny do szycia). Do uszycia "zutylizowałem" jakąś dziecięcą koszulę w "nie do końca DPM" (wzór ma względnie dobre kolory, ale plamy wyglądają, jakby były drukowane ze zużytych wałków: są bardziej obłe i brakuje małych kropek na obrzeżach). A ponieważ nareszcie skończyłem jego szycie, myślę że czas na małą fotorelację. I od razu uprzedzam wszystkich co to za dziwny koc w kratkę służący jako tło: to siedziba redakcji tego bloga pod postacią mojego łóżka. Do wyboru było tylko to, lub klepka na podłodze. Zwłaszcza przy robieniu zdjęć po nocach, do których nie mogłem dopasować dobrego światła.
Na początek, musiałem zmierzyć obwód swojej głowy, żeby dopasować do niej rozmiar kapelusza. No i określić wszystkie proporcje: czy chcę kapelusz wysoki, czy płytki, z szerokim, czy może wąskim rondem? Ogólnie rzecz biorąc dążyłem do stworzenia czego w rodzaju "boonie hata" z wąskim rondem i nieco płytszego (http://dpm-soldier.pl/mundur/czapki_w_teren.html). Można nawet powiedzieć że bliskiego wszelkim produktom "UKSF SAS Style". Przy czym nie zachęcam do kupowania produktów firmy Web-Tex. Powiedzmy że to taka brytyjska odmiana "renomowanej niemieckiej firmy szyjącej w Chinach" czyli MilTec.
Coś takiego planowałem osiągnąć. Jak mi wszyło... Na kolejnych zdjęciach.
Po określeniu wszystkich najważniejszych wymiarów przyszedł czas na wycięcie góry kapelusza, czyli po prostu koła o obwodzie równym obwód głowy + rezerwa na zaszewkę.
Jak widać korzystałem z szablonów wycinanych z bloku rysunkowego A3, które następnie odrysowywałem kredkami bambino. Nie spodziewałem się że będą aż tak dobre do tego. Próbowałem z kredą, ale kreda łatwo się ściera, co utrudnia poprzednie szycie. Nie próbowałem z mydłem, z którego chyba korzystały/korzystają prawdziwe krawcowe. Po "denku" wyciąłem też bok kapelusza, w formie długiego prostokąta. Niestety był za długi na szablon z jednej kartki, a o klejeniu dwóch kawałków nawet nie pomyślałem, więc rysowałem go bezpośrednio na materiale. Wyszło jak wyszło, gdyby był bardziej prosty, zapewne w efekcie finalnym rondo lepiej by się prezentowało bo przyszyłbym je prościej. Ale... 2 zdjęcia "obozowej mycki", jak ochrzściłem tą część kapelusza. Czemu... Nie pytajcie.
"mycka" wywinięta na lewą stronę. Jak widać nie bawiłem się w jakieś wymyślne ściegi, ale nie jest to też chamska fastryga.

I na właściwej stronie, widok od tyłu: na szew "boku". Na tym zdjęciu widać też że wzór kamuflażu to nie do końca poprawny DPM.
Po zszyciu "mycki" przyszedł czas na doszycie ronda. Jest ono węższe niż w "sklepowych" boonie hatach. Skalda się z 2 części, przyszytych u podstawy do "mycki", zszytych razem w u podstawy i w połowie szerokości, a na końcu zawiniętych do wnętrza i zszytych na obwodzie.

Doszyta górna część ronda: widać że nie ma jeszcze na nim żadnych szwów.
Ten sam etap, wywinięty na lewą stronę. Widać jak doszyta jest górna część ronda do "mycki".

Niestety przy następnych etapach, czyli doszywaniu dolnej części ronda, oraz taśmy do mocowania maskowania nie robiłem zdjęć, więc kolejne będą już z gotową abominacją, którą śmiałem nazwać kapeluszem. Najpierw wywinięty na lewą stronę, żeby pokazać rondo od dołu.
Mam zakupioną czerwoną tasiemkę, którą jeśli będę miał kiedyś czas i chęci, posłużę się jako lamówką i obszyję widoczny szew łączący "dno" z bokiem. Będę mógł wtedy dodatkowo oprócz podstawowego oznaczenia trafienia w airsofcie (czerwony materiał/odblaskowa pomarańczowa kamizelka), dodatkowo "oznaczyć się jako trup" poprzez wywinięcie kapelusza na lewo.
Gotowy kapelusz od góry.
I od tyłu. Widać dosyć średnio zszyty obwód ronda, taśmę na maskowanie, którą zamiast samodzielnie zszywać, zaadaptowałem z zaszewki na dole koszuli, oraz ściągać dla gumy w taśmie. Czemu wsadziłem gumę do taśmy i jeszcze na dodatek dałem na jej końcach ściągacz? Taki bajer podpatrzony w profesjonalnych kapeluszach. Pozwala szyć w dużym "uniwersalnym" rozmiarze i ewentualnie ściągnąć do mniejszego rozmiaru. Mam też nadzieję, że nieco ściągnięta guma będzie lepiej trzymała maskowanie z trawy i gałązek i nie będzie trzeba np. garści trawy przewiązywać przez taśmę. Jednocześnie wiem że taśma mogła wyjść nieco za nisko, ale po prostu łatwiej było ją przyszyć tuż przy rondzie, co pozwalało trzymać się w miarę prosto wokół całego kapelusza.
Kapelusz zaciągnięty na głowę. Widać falujące rondo, wynikające z niedokładnego szycia w ręku. Może by dałoby się je wyprasować, ale po co? Pofalowane "ma styl". Plus w gratisie moja zarośnięta facjata. Niestety, zestaw: stary polar Helikona i własnoręcznie uszyty kapelusz nie są na tyle "tacticool", żeby zamazywać twarz.
Widok z boku. Na tym zdjęciu dobrze widać rozmiary ronda. Brytyjscy żołnierze często skracali dosyć spore rondo w swoich bush hatach, żeby nie opadało na oczy. Z takich samych powodów, czyli poszerzenie pola widzenia, przy zachowaniu cienia nad oczami. "Wędkarski" kapelusz to też modny rekwizyt jeśli lubimy "Nam Style"
Proszę bardzo, SOG full lans: Tiger Stripes, XM-177 i kapelusze z wąskim rondem:
Dwa zdjęcia kapelusza nieco ściągniętego gumą i założonego "luźniej", płycej na głowie.


Porównanie z boonie hatem od Helikona, który wywinąłem na lewą stronę, ponieważ mam do niego przywiązaną siatkę maskującą i po prostu nie chciało mi się jej zdejmować dla jednego zdjęcia.
I wspomniana siatka maskująca, do której wykorzystałem ścinki z koszuli. Sporo ich zostało, więc pewnie dodam do niej więcej kawałków materiału. Zapewne od wiosny często będzie gościła na nowym kapeluszu.


sobota, 10 listopada 2012

Co będziemy robić tej nocy Móżdżku?


...To samo co każdej nocy Pinky. Będziemy próbować przyciągnąć nowych chłopaków do drużyny.
Niestety. Próba złapania gimnazjalistów na haczyków "karabinów" ASG na razie się nie udaje. Co z resztą wywołuje u mnie i chłopaków z zastępu pytanie: jeśli nie chcą przyjść się postrzelać, to co może ich zachęcić?". Jeszcze w październiku pojawiłem się w miejscowym gimnazjum i na długiej przerwie pokazałem "gimbazie" swój ekwipunek, dałem dotknąć repliki, rozdawałem ulotki wyjaśniające czym jest airsoft, aby mogli z nich skorzystać w razie pytań rodziców. Na ulotce (którą zamieściłem w poprzednim poście) pojawił się również termin dzisiejszej zbiórki na której mieliśmy pokazać i opowiadać im więcej o naszej działalności. Powtórzyłem całą akcję w ten czwartek: w mundurze harcerskim przeszedłem się po korytarzach, rozdawałem ulotki, harcówka wypełniła się młodzieżą o ciekawskich spojrzeniach. Myślałem sobie wtedy "No, to będzie dobrze". Przygotowałem wczoraj wieczorem cały sprzęt na "pokazówkę", wydałem chłopakom dosyć szczegółowe dyspozycje co mają ze sobą zabrać i na siebie założyć. Wydawałoby się że wszystko jest pod kontrolą.
 Dzisiejszy poranek. No dobra, była mgła, było chłodno, ale nie przesadzajmy, nie w takich warunkach robiło się różne rzeczy. Pakuję plecak do Pandy i ruszam do Ładzynia. Rafał już czekał w umówionym miejscu pod kapliczką, gdzie mieliśmy zebrać "młodych". Krótkie "pakuj rzeczy do samochodu" i czekamy na autobus którym miał przyjechać Łukasz i prawdopodobnie jakaś grupa młodzieży. Niestety, Rafał zauważył że z autobusu wysiadła tylko jedna osoba. No cóż, czekamy na następny autobus. I znowu pusto, nawet się nie zatrzymał. Czemu żaden z młodych chłopaków, który mieli okazję zobaczyć i dotknąć replikę karabinu na przerwie w gimnazjum, nie pofatygował się żeby przyjechać na zbiórkę, na której będzie miał okazję zobaczyć więcej replik, a nawet z nich postrzelać? Mowa przecież o pokoleniu wychowanym od małego na komputerowych strzelankach. Znaczące jest pytanie które zadał mi jeden z gimnazjalistów w czwartek:
-Grał pan w Battlefielda?
-Tak w BF1942.
-?
-Tego pierwszego pierwszego.
No właśnie: dzieciaki w gimnazjum grają teraz w komputerowe superhity, któreś z kolei, trzecie, czwarte czy piąte odsłony gier w które ja zagrywałem się swego czasu: grałem w pierwszego Battlefielda, pierwszego na PCtach Medal of Honor z pamiętną sceną na plaży Omaha wzorowanej na "Szeregowcu Ryanie", grałem w pierwszego Call of Duty, którego wychodzące teraz sequele kosztują tyle co hollywodzkie superprodukcje i lepiej od nich się sprzedają. Co może być według nich bardziej interesującego od przeniesienia tych gier do rzeczywistości? Jest chyba kilka możliwości czemu nikt nie przyjechał. Pierwsza to taka że przestraszyła ich pogoda. Ale przecież mgła i +5 stopni to nie zabójcza pogoda. A na dodatek później zrobiło się na prawdę przyjemnie: mgła opadła, a słońce zaczęło mocniej świecić co przełożyło się na wyższą temperaturę. Druga możliwość że nie puścili ich rodzice. No cóż, rozdawałem ulotki informacyjne specjalnie po to żeby rozwiać ewentualne wątpliwości, nie bez powodu umieściłem na nich swój nr telefonu i adres e-mail. O dziwo nie miałem żadnego odzewu: nawet spamu, czy "prank-call" ze strony tychże gimnazjalistów. Trzecia wersja jest taka że wstydzili się. Wstydzili się posądzenia o bycie ciotą i ostatnią łamagą, z czym kojarzy się współczesnej "gimbazie" bycie harcerzem. A tak nie jest, co m.in. staram się z chłopakami udowadniać.
Czwarta możliwość jest najbardziej denerwująca. Po prostu nie chciało im się. 9 rano to dla nich za wcześnie, obudzili się, otworzyli jedno oko, zobaczyli mgłę i zasunęli kołdrę na głowę żeby wstać o 11tej i spędzić cały dzień przed komputerem. Przyznaję się, sam jestem po prostu leniwy, a na to nakłada się roztrzepanie i zajmowanie się milionem tak na prawdę nie potrzebnych rzeczy, ale nie przesadzajmy. Raz na jakiś czas chyba można nastawić sobie budzik żeby zdążyć na autobus. A choćby wyjść z domu, bo z tego co pamiętam przynajmniej 2 chłopaków którzy deklarowali się że przyjdą było z tamtej wsi. Wystarczyło się ubrać i wyjść z domu...
Czekaliśmy do około 10, podczas gdy na ulotce, nie tylko rozdawanej, ale również wiszącej od ostatniego tygodnia października przed harcówką podana była godzina 9:30, jako moment w którym ruszymy spod kapliczki na miejsce docelowe. Ponieważ mieliśmy czas, zdecydowaliśmy się na wypad w miejsce, które chcieliśmy zobaczyć już dawno: opuszczona jednostka przeciwlotnicza koło Pustelnika, która dawniej wchodziła w skład sytemu broniącego Warszawę przed atakiem powietrznym. Zapakowaliśmy się w trójkę do samochodu i pojechaliśmy do Pustelnika. Pandę zostawiliśmy pod tamtejszym kościołem i ruszyliśmy w kierunku jednostki znajdującej się w lasach na zachód od miejscowości. Muszę dodać że nie mieliśmy ze sobą nawet mapy: dotarliśmy tam korzystając jedynie z kompasu i widoku satelitarnego na okolicę który pamiętałem z dawnego przeglądania geoportalu.
Co prawda pierwsze co napotkaliśmy to ogrodzenie z drutu kolczastego którego dawna chwała już przeminęła i da się je przejść praktycznie wszędzie, a drogę tuż przy nim przebiegła nam para łosi, to pierwsza rzecz której udało mi się zrobić zdjęcie to ta wieżyczka strażnicza. Ciekawostka: jej "noga" to pojemnik w których przechowywane były rakiety przeciwlotnicze. Na szczęście nie mała drabiny, bo pierwszą myślą która przebiegła chłopakom przez głowę to "czy da się na nią wdrapać".
Budka na którą natknęliśmy się zaraz za drugim, wewnętrznym ogrodzeniem była upstrzona napisami typu "wiosna 95", "zima 02", czyli pozostałościami po nieboszczce ZSW. Jak się później okazało na praktycznie wszystkich zabudowaniach były wypisane, lub wydrapane podobne "przesłania" od dawnych poborowych. A za budką zaczynał się labirynt obwałowań stanowisk ogniowych, które miały chronić pojazdy przed bliskimi wybuchami. Na dodatek obwałowania są porośnięte dosyć gęstym lasem. W niektórych z "górek" znajdowały się swego rodzaju schrony: mniejsze lub większe korytarzyki z co najmniej dwoma wejściami.
Nie muszę chyba dopisywać że chłopaki chcieli zajrzeć do każdego z takich "schronów"? Na szczęście Rafał miał ze sobą latarkę. Może i małą, ale przynajmniej jakąś miał, bo pewnie i tak zaglądaliby tam bez latarki.

Znaleźliśmy też garaże dla pojazdów. Reakcja chłopaków gdy zobaczyli je zza górki była tak entuzjastyczna że nie byłem w stanie za nimi nadążyć.

W budynku znajdowały się za równo duże garaże:
Jak i mniejsze pomieszczenia, prawdopodobnie dla załóg pojazdów. Ponieważ były dosyć zawiłe, panowała w nich ciemność, z którą nie radziła sobie nawet mała latarka, więc nie udało nam się dojść co końca
Co ważnie, nigdzie nie zauważyliśmy kulek do ASG, mimo że teren jest wręcz idealny na różne tego typu imprezy, a należy zaznaczyć że podobne obiekty pod Warszawą są regularnie wykorzystywane przez środowisko airsoftowe, czego przykładem są  Otwarte Scenariusze Bojowe grupy FIA. "Dziewiczość" miejsca wynika prawdopodobnie z 2 czynników: po pierwsze pobliskie budynki pokoszarowe są zamieszkane, lub przynajmniej pilnowane. My słyszeliśmy psa i widzieliśmy samochód przy starych komórkach. Inna sprawa czy ten samochód jeździł... Drugim czynnikiem jest, jak wynika z internetowych opowieści, nieprzyjazne nastawienie miejscowego nadleśnictwa i względnie częste pojawianie się w okolicy Straży Leśnej, co dla "dzikich strzelankowców" może się skończyć mandatem.

A ponieważ mieliśmy jeszcze czas, wróciliśmy na swoją zwykła "miejscówkę" na krótką rekreacyjną "wymianę kompozytu".
Cóż, cały dzień można podsumować jedną grafiką: