Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marsz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marsz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2017

Szlajanie się ze smartfonem (przez Szlędaki)

W zeszłe ferie zimowe "włóczyłem się wedle kompasu" na wschód. W tym roku też zdecydowałem się na feryjną wędrówkę, tyle że tym razem na północ, do lasów będących pozostałością dawnej Puszczy Sulejowskiej, rozciągających się mniej więcej między Rządzą i Boruczą. I co więcej: ze smartfonem. Miała to być kolejna okazja do sprawdzenia aplikacji do nawigacji Locus Map w darmowej wersji. Na początek więc opiszę w jaki sposób przygotowałem do niego mapy.
1: Za pomocą "Kafelkarza" ściągnąłem z Geoportalu potrzebny mi obszar mapy 1:50000 i ortofotomapy (zdjęć lotniczych). Ponieważ najłatwiej mi jest je ściągać w formacie dla Oziexplorera, czyli po 2 pliki: .map i .png, musiałem jeszcze je skonwertować do formatu bardziej lubiącego się z Locusem. Czyli przechodzimy do punktu...
2: Wykorzystałem do tego program OruxMapsDesktop, w założeniu wspierający inną nawigację na Androida, czyli Orux Maps. Format do którego konwertowałem to sqlite.
3: Po wgraniu map na telefon  siadłem z Locusem odpalonym na telefonie i Geoportalem na laptopie i zacząłem planowanie trasy. Zapisałem sobie kilka "punktów zainteresowania" który miałem, lub nadal mam zamiar odwiedzić na tych obszarach:
  • Bagno Cietrzew k. Ołdakowizny
  • Szymanka: praktycznie w środku tego kompleksu leśnego znajduje się polana na którą natknąłem się podczas wiosennej nocnej wędrówki. Z powodu pogorszenia pogody musieliśmy wtedy się właśnie z tamtego miejsca cofnąć. Zdziwiło mnie tam to że nagle w środku boru sosnowego jest odkryta polana otoczona drzewami liściastym (tyle byłem w stanie w nocy zobaczyć): skojarzyło mi się to z opuszczonym podwórkiem, tyle że nie było tam już żadnego budynku. Postanowiłem obejrzeć to miejsce w dzień, na spokojnie. Zwłaszcza ze na mapie 1:25000, układ 1965 są w tym miejscu jeszcze zaznaczone budynki. Podczas gdy np. na mapach w układzie 1942 (1:10000 i 1:50000) tych budynków tam nie ma.
  • Góra Wizna: choć tu przyznam że zaznaczyłem ją raczej dodatkowo. Może zajrzę tam przy okazji jakiejś kolejnej wędrówki. Ważniejsze było dotarcie do innych punktów.
  • Mogiła z Powstania Styczniowego w Boruczy. Byłem tam już samochodem, robiąc "pętlę" od strony Wólki Dąbrowickiej, przez Franciszków, ale teraz chciałem tam dojść pieszo.
  • Mogiła z Powstania Styczniowego w Kątach Wielgi. Tą chciałem po prostu znaleźć, kierując się bardzo skąpymi informacjami dostępnymi w internecie.
No i ruszyłem w trasę. Ponieważ włączyłem zapisywanie śladu, jestem w stanie wrzucić ją do Map Google ze wszystkim zapisanymi statystykami. Niestety, jest w dwóch kawałkach.

Do ewentualnych statystyk przejdę później, teraz czas na podzielenie się zdjęciami i wrażeniami.

Wierzba rosnąca nad rowem między Stanisławowem i Rządzą. Kwestie związane z "pokonywaniem przeszkód wodnych" jeszcze się tu będą pojawiać: odwilż opanowała przyrodę, śniegu leżały gdzieniegdzie nędzne skrawki, ale za to wszelkie dołki i rowy wszędzie były pełne wody.
Co prawda na tym zdjęciu widać praktycznie tylko pola na południe od Rządzy, ale próbowałem złapać na nim myszołowa krążącego nad tymi polami.
Rzekę Rządzę przeszedłem przez spiętrzającą ją tamę. Co prawda Locus pozwala dołączać do wyznaczonych punktów załączniki, np. zdjęcia, ale jeszcze nie wiem jak te załączniki z punktów wyciągać, więc zdjęcie tamy wykonane w ten sposób tu się nie pojawi. Potem po "przedarciu się" przez podwórka domków letniskowych, kompletnie nie ogrodzonych od strony rzeki, ale za to od strony drogi już tak wszedłem na żółty szlak turystyczny, który pokrywał się przynajmniej częściowo z tym fragmentem mojej trasy. Inna sprawa że nie byłem w stanie znaleźć w internecie informacji o tym szlaku. Nie ma go w wyszukiwarce PTTK ani w informacjach oferowanych przez powiaty miński i wołomiński, mimo tego że wygląda na szlak rowerowy, z dosyć przejezdnymi drogami.
Mi nie przeszkadzał, zwłaszcza że swoje robiły wtedy endorfiny znane z "euforii biegacza" i idąc po pokrytej resztkami lodu utwardzonej drodze, wykorzystywanej pewnie przez służby leśne zdarzało mi się stepować w ciężkich, taktycznych buciorach. Co ja na to poradzę że w głowie nadal siedzi mi ścieżka dźwiękowa z "La La Land" i właśnie ją nuciłem sobie pod nosem?
Na szczęście nie skończyło się to żadnym piruetem. Wkrótce potem zszedłem ze szlaku i skierowałem się bardziej na północ, w kierunku Szymanki. Na mapie widać że w pewnym momencie zrobiłem krótki wypad na zachód. Wynika to z tego że znajduje się tam długie, naturalne wzniesienie (pewnie wydma peryglacjalna patrząc na ułożenie i kształt) po której grzbiecie prowadzi leśna droga. Właśnie w miejscu tego wyskoku na mapie "pięćdziesiątce" z której korzystałem jest tam zaznaczona kapliczka lub krzyż przydrożny. Chciałem to sprawdzić i ewentualnie robić zdjęcie, ale jak się okazało niczego takiego w tym miejscu nie ma. Ruszyłem więc dalej wzdłuż linii energetycznej. Druty elektryczne w środku lasu? Tak, dokładnie. Zrobi się jeszcze ciekawiej jeśli powiem że zaraz potem linia się kończy i wchodzi pod ziemię. Tak, w środku lasu.

Domyślam się że linia jest związana z położoną niedaleko "radiostacją", czyli obecnie Centralną Stacją Kontroli Emisji Radiowych UKE.Dosyć niedaleko od tego zakończenia linii energetycznej znajduje się Szymanka, czyli wspomniane potencjalne dawne gospodarstwo które chciałem sprawdzić. Obecnie to jedynie śródleśna polana porośnięta zdziczałymi krzewami i drzewami owocowymi, prezentująca się mniej więcej w taki sposób:



Właśnie te drzewa i krzewy są pierwszą wskazówką że ktoś mógł kiedyś tam mieszkać: inne ślady działalności człowieka praktycznie zniknęły, ale posadzone na podwórku rośliny zostały. Ale chodziło mi o znalezienie innych, pewniejszych śladów:
Prostokątne zagłębienie: może pozostałość po kopcu na ziemniaki, a może po zabudowaniach gospodarskich. Przeszukałem też "krzaki" znajdujące się na środku polany i znalazłem to czego szukałem:
Belka?

Tyle zostało z komina dawnej chaty: nieco cegieł, praktycznie przykrytych przez roślinność. Przez przypadek udało mi się trafić w internecie że Szymanka należała do parafii w Klębowie: część z jej ksiąg parafialnych jest dostępnych w internecie. W tej dostępnej w internetowej wyszukiwarce części są też odnotowane urodzenia i zgony z miejscem zamieszkania "Szymanka". 13 dzieci urodzonych między 1891 i 1905 w kilku rodzinach: Kubujów, Sasinów i Ołdaków. Podobnie 15 zgonów zawiera się między 1895, a 1906. Dostępna kartoteka urodzeń kończy się na 1913, a zgonów na 1910. Czy mogłoby to oznaczać że ta polana została opuszczona już gdzieś w okolicach 1906-1907 r.? Przyznam że nie wiem.
Nieco później, już po opuszczeniu polany, na północ od Cichowa, ale jeszcze przed punktem oznaczonym na mojej mapie "użytek ekologiczny" udało mi się spotkać dwa łosie. Chociaż trudno się dziwić biorąc pod uwagę że tuż obok drogi którą szedłem był paśnik. Popatrzyliśmy trochę na siebie, ja na nie, one na mnie i ruszyliśmy każdy w swoją stronę.

Te dwie ciemne plamy to łosie jeśli ktoś się nie dopatrzył.
Za kolejną linią energetyczną przecinającą w poprzek te lasy, praktycznie dokładnie od niej zaczynał się ułożony w linii wschód-zachód pas bagien i podmokłego lasu. Jego część jest nawet użytkiem ekologicznym.

Idąc dalej na północ w kilku miejscach gdzie droga była zalana wodą nie dało się przejść inaczej tylko idąc środkiem, po lodzie przykrytym cienką warstwą wody. Gdybym się na tym lodzie wtedy poślizgnąć to nieźle bym się skąpał, ale no cóż: udało mi się. I żeby nie było: nie polecam chodzenia po lodzie podczas odwilży. Co prawda nawet gdyby ta warstwa lodu by się pode mną załamała to wpadłbym co najwyżej kostki, może kolana, ale powrót to byłoby jednak kilkanaście kilometrów do domu w mokrych ubraniach i butach, przy kilku stopniach Celsjusza. Niezbyt przyjemne.


Tak jak wspomniałem, do mogiły w Boruczy dotarłem kiedyś samochodem, ale tym razem mogłem sprawdzić jak dotrzeć do niej od Stanisławowa pieszo i zrobić jej zdjęcia:


Gdyby ktoś chciał tam kiedyś zajrzeć, kierując się moją mapą: przy szosie biegnącej obok jest drogowskaz, ale jeśli jest się samochodem trzeba postawić go na uboczu, albo wjechać w leśną dróżkę.
Idąc przez samą Boruczę dalej udało mi się po raz kolejny podejrzeć zwierzęta: stadko łań jelenia pasło się pod amboną stojącą w polu. Niestety telefon ma taki aparat jaki ma, moje umiejętności są jakie są i nawet próba przyłożenia telefonu do lornetki którą ze sobą dźwigałem się nie powiodła. Więc trzeba mi uwierzyć na słowo że na kolejnym zdjęciu "coś jest".
Jeśli spojrzeć na wrzuconą przeze mnie mapę można zauważyć że z jakiegoś powodu w Kątach Wielgich zrobiłem pętlę wokół lasu. Wynika to z tego że wedle współrzędnych które znalazłem w internecie powinna się tam znajdować kolejna mogiła z Powstania Styczniowego. Taka figa: okazało się że ten las to sosnowy młodnik, tak gęsty że bez maczety i latarki nie podchodź. Cóż, trzeba będzie poszukać drugiej mogiły innym razem. A ponieważ czas zaczynał mnie gonić, żeby wrócić do domu o jakiejś "ludzkiej" porze musiałem się zbierać do powrotu. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć opuszczonej szkoły stojącej w środku wsi:


Wracając przez Szlędaki, kolejną "wieś zagubioną w lesie" znowu trafiłem na pozostałości po dawnym gospodarstwie, oznaczonym na mapie, ale po którym została tylko polana w lesie z krzewami i drzewami owocowymi. Tylko że tym razem nie widziałem nawet pozostałości po kominie, a jedynie betonowe kręgi będące pewnie kiedyś studnią.


Może teraz czas na podsumowanie. jeśli chodzi o dystans, ponad 30 km: jestem zadowolony. Nawigacja wyliczyła że poruszałem się ze średnią prędkością ok. 4 km/h idąc na północ i 5 km/h wracając. Według mnie dobry wynik, zwłaszcza że łącznie pewnie kilka kilometrów musiałem przejść przez tereny podmokłe, skacząc między kępami trawy albo idąc po lodzie na leśnych drogach. Sam teren z każdymi odwiedzinami coraz bardziej mi się podoba. Jeśli kiedyś będę organizował rajd wędrowniczy, albo bieg końcowy na próbę ćwika (tu ważnie: ĆWIKA) to chętnie zorganizowałbym go na podobnej trasie co moja. Przy czym jeśli pewnie będę dawał rady biorącym w nich udział na wypadek zgubienia się pewnie brzmiała by ona mniej więcej w ten sposób: "W razie czego załóżcie wodery, idźcie na azymut i nie patrzcie na mapę". Z mapą topograficzną na tym terenie może być różnie: część dróżek leśnych zarosło, w terenie da się też znaleźć takie które nie są zaznaczone na mapie. Sam teren jest dosyć płaski (jest kilka wzniesień), ale za to w niektórych miejscach podmokły.
Jeszcze co do nawigowania za pomocą aplikacji w smartfonie. Fajna rzecz. Choć przyznam że nie zawsze do końca współgrająca z moim sposobem nawigowania, wyrobionym na papierowych mapach: lubię często zaglądać na mapę, nawigować wedle terenu, układu dróg, rzeźby, wspomagać się kompasem. A takie wyciąganie i chowanie co chwilę telefonu może być uciążliwe: trzeba go odblokowywać, szybciej zużywa się bateria. Oczywiście, wskazywanie położenia jest cudowną funkcją, jestem jak najbardziej za wykorzystywaniem np. Locusa w harcerskich wędrówkach, ale mimo wszystko będę go nadal traktował bardziej jako "mapę zapisaną w telefonie" niż "magiczną różdżkę prowadzącą do celu". Najpierw jednak trzeba dobrze opanować pracę z mapą żeby potem móc w pełni korzystać z możliwości oferowanych przez tego typu aplikacje. Mają one jednak jedną, niezaprzeczalną zaletę: nie są mapami Google wydrukowanymi na kartce, a zamiast tego pozwalają wgrać porządną mapę topograficzną, jeszcze na dodatek kilka, w różnych opracowaniach, z różnych lat i np. jako dodatkowe wsparcie zdjęcia lotnicze.
No cóż, trzeba będzie jeszcze trochę "poapostołować" ku porządnemu wykorzystaniu map w środowisku, być może z wykorzystaniem np. tego narzędzia.

sobota, 27 lutego 2016

Włóczenie się wedle kompasu

Plan tej wędrówki powstawał dosyć długo, zmieniał się jednak dystans. W ramach próby na stopień Harcerza Orlego założyłem sobie długą, samotną wędrówkę. Pierwotnie był to dystans 100 km w 24 godziny, ale zrewidowała to proza życia: nie miałem czasu na taką wędrówkę. Nie da się jej zrobić w weekend między zapracowanymi piątkiem i poniedziałkiem. Wychodząc w sobotę rano, wracałoby się w niedzielę rano. Odespać wędrówkę, a tu nagle poniedziałek i trzeba iść do pracy/szkoły. Dodatkowo kwestie czasowe utrudniały mi przygotowanie kondycyjne, czy też "testy". Dlatego też w te ferie uznałem że nie ma na co czekać (było to ostatnie zadanie do zrealizowania w próbie) i po prostu zdecydowałem się przejść w ciągu jednego dnia tyle ile będę w stanie i jeszcze wrócić do domu.
Ruszyłem w piątek 12.02 o 11:00. Kierunek? Wschód. Co prawda mam w domu mapy topograficzne w skali 1:25000 północnej części powiatu mińskiego, ale są one w formacie "rulonu", co raczej utrudnia noszenie ich w kieszeni. Mam też stary telefon komórkowy, więc o GPS i mapie w pamięci smartfona mogłem zapomnieć. Ale za to mam własną pamięć i kompas. Postanowiłem maszerować wedle nich, na wschód do momentu w którym uznam że powrót do domu może skończyć się czołganiem, a potem zawrócić na zachód.
Na początek wrzucam mapę trasy jaką przebyłem. Kolorem czerwonym jest oznaczona trasa "tam", a niebieskim "z powrotem". Zielonymi znacznikami oznaczone są też miejsca wykonania zdjęć.


Zdjęcia 1, 2 i 3: Przejście przez Rządzę koło Woli Polskiej. Ułożenie koryta, progi wodne i ruiny wskazują na znajdujący się tu kiedyś młyn. Zwłaszcza zdjęcie 3. Przy czym w Woli Polskiej nadal znajduje się drewniany budynek dawnego młynu w innym miejscu, bardziej na wschód (http://jakubow.pl/gmina/informacje-o-gminie/zabytki/).



 Zdjęcie 4: kapliczka za Wolą Polską, przy wjeździe do lasu drogi prowadzącej w kierunku Wiśniewa. Jak później się okaże, nie będzie to jedyna kapliczka na którą zwróciłem uwagę podczas tej wędrówki. Od razu opiszę kolejną kwestię: dotyczącą przemyśleń. Samotna wędrówka pozwala przemyśleć, pofilozofować sam ze sobą na wiele równych kwestii. Ale tylko w przypadku jeśli ma ona wolniejsze tempo, jesteśmy skupieni na otoczeniu, a nie na "robieniu dystansu". Chociaż podczas tej dyskusji często łapałem się na tym że... nie myślałem. Byłem w stanie podobnym do medytacji, do oczyszczenia głowy z natłoku rzeczy. Zwłaszcza we wcześniejszych godzinach marszu. Po prostu maszerowałem przed siebie.

 Zdjęcie 5 i 6: Kolejna kapliczka, tym razem już w Wiśniewie. A dokładniej na jego obrzeżach, koloniach, a nie w samej wsi. Znajduje się tam parafia mariawicka i przypuszczam że kapliczka również została postawiona przez mariawitów.


Zdjęcia 7 i 8: wykonane na drodze polnej przed Wiśniewem. A raczej powyżej Wiśniewa, bo wieś znajduje się w dolinie poniżej tego garbu. Pierwsze jest zrobione w kierunku Mlęcina i Adamowa, jeśli się przyjrzeć, widać na nim wieżę nadawczą telefonii komórkowej (http://btsearch.pl/szukaj.php?mode=std&search=ml%EAcin). Drugie jest skierowane na południe, widać na nim elektrownię wiatrową. Dopiero za Wiśniewem, koło tamtejszego cmentarza zrobiłem sobie pierwszy postój. I przyznam że jeden z moich ogólnych wniosków po tej wędrówce jest taki że nadal uwielbiam musy Leony w torebkach: są dobre i pakowne. No i czemu przez tyle lat rozmijałem się z sucharami bieszczadzkimi?


Zdjęcia 9 i 10 to ujęcie wody między Turkiem i Garczynem Dużym. Podchodząc pustą drogą do tego budynku zastanawiałem się co to za cudo? Remiza strażacka tak za wsią? Punkt skupu mleka też tak daleko od ludzi? Dopiero gdy podszedłem bliżej mogłem odczytać tabliczkę widoczną na kolejnym zdjęciu. I przy okazji odczytać że są tam nawet dyżury operatora: 1 godzina raz w tygodniu.


 Zdjęcie 11: nieoznaczone na mapie, wykonane niedaleko ujęcia wody. Już w tamtym rejonie zacząłem zauważać że przeszedłem do nowego regionu fizycznogeograficznego: teren zrobił się tak jakby bardziej pofalowany. Wyszedłem z doliny Wisły, reprezentowanej przez Równinę Wołomińską z jej piaszczystymi wydmami na Nizinę Południowopodlaską.

 Zdjęcie 12: farma wiatraków koło Czarnogłowia widziana z Zimnowody. Garczyn Mały i Zimnowoda znajdują się w szerokim obniżeniu: kolejny element różnic geograficznych o których wspominałem przy poprzednim zdjęciu.

Zdjęcie 13: Tropy. Teraz, jeszcze raz zastanawiając się nad nimi i porównując z rysunkami z "Na tropach ludzi i zwierząt"  Sopoćko i Grzymałowskiego dochodzę do wniosku że wyglądają na tropy borsucze. Wskazuje na to rozmiar, ułożenie, pazury. Dla porównania: długość wkładki w tych butach to 30 cm, więc rozmiarowo pasuje to do 90 cm długości borsuka. Co oznacza że są jeszcze ciekawsze niż wtedy gdy zrobiłem to zdjęcie: układają się w taki sposób jakby zwierz schodził do wsi. Co prawda borsuki zapadają w sen zimowy, ale z racji ciepłej zimy ten rozbudził się wcześniej.

Zdjęcie 14: Jaworek. Najdalszy punkt do którego dotarłem. Nie wchodziłem do wsi, zdjęcie zrobiłem dokładnie z najdalszego punktu trasy. Potrzebowałem jakiegoś punktu orientacyjnego żeby wiedzieć jak daleko dotarłem. Przypominam, maszerowałem bez mapy, na pamięć w bliższych okolicach i kompas w dalszych. Teraz zastanawiając się nad tą trasą wydaje mi się że gdyby jeszcze raz spróbował ją przejść, w innym układzie czasowym pewnie udało by mi się dotrzeć już po ciemku do Liwu, być może do Węgrowa, co dałoby ok. 50 km trasy. A stamtąd mógłbym np. wrócić do Stanisławowa autobusem.

Po wejściu z powrotem do lasu przysiadłem na kupce ściętego drzewa robiąc sobie krótki postój. Przecież nie cisnąłem już dystansu, wracałem, prawda? I co się okazało? Tuż obok były takie ruiny chatki. Przedstawiają ją zdjęcia 15 i 16. Za każdym razem widząc takie konstrukcje zastanawiam się kto je zbudował. Jeśli miejscowe dzieciaki, to tym samym utrwala się we mnie przekonanie że harcerstwo mogłoby być bardziej popularne, ale nie jest z własnej winy robiąc z siebie coraz bardziej świetlicę, zamiast puszczańskiej przygody którą powinno być.


Wracając znowu "cisnąłem dystans", starając się aby jak najmniej trasy wypadło po zmroku. Co prawda miałem ze sobą czołówkę i kamizelkę odblaskową, ale mimo wszystko. Gdy tylko mogę maszeruję nocą bez światła, a kamizelka odblaskowa chroni mnie przez rozjechaniem przez samochód. Ale nie chroni przed ich oślepiającymi światłami: i tak i tak musiałem kilka razy zatrzymywać się i poczekać aż przejadą dalej, bo nie byłem w stanie maszerować im naprzeciw.
Kolejną kwestią związaną z tempem była głupawka. Nawet maszerując można osiągnąć moment w którym pojawia się coś, co niektórzy określają jako "euforia biegacza". Ciśnie się dystans i głupi komentuje pod nosem mijany krajobraz. Ostatnie zdjęcie 17 przedstawia wieżę nadawczą k. Mlęcina i Adamowa z drugiej strony, po zachodzie Słońca i z bliższej odległości. Ciekawe skąd wzięła się w mapach Google nazwa drogi w pobliżu miejsca zrobienia tego zdjęcia brzmiąca "A kto wie :D"
W ramach podsumowania: z wyliczeń wychodzi że zrobiłem ok. 38,5 km w ciągu 8,5 godziny. Daje to średnią prędkość marszu wynoszącą 4,5 km/h. Nie wybitnie, ale też nie najgorzej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę że praktycznie nie robiłem postojów, a już tym bardziej jakiś większych "posiadówek". A po zakończeniu marszu empirycznie utwierdziłem się w poglądzie że porada "nie siadaj na postoju bo nie wstaniesz" JEST PRAWDZIWA. Zapewniam was. Maszerować można i na "autopilocie". Problemy zaczynają się po dłuższym postoju, czy raczej "posiedzeniu".
Inne wnioski? Więcej wędrówek po wschodniej części powiatu mińskiego. Już podczas grudniowej wędrówki hufcowej przekonałem się że jest tam ciekawy krajobraz. Ta wędrówka utwierdziła mnie w tym poglądzie. I nie, nie będzie zdjęcia szpeju. Pomaszerowałem z "reprezentacyjnym" Grotem, w "Bizoniku" i Windproofach Arctic. W plecaku będę musiał posiedzieć nad regulacją, kurtka założona bezpośrednio na podkoszulkę po raz kolejny się sprawdziła, a spodnie mimo tego że są ze 2 rozmiary za duże coraz bardziej mi się podobają.

środa, 18 grudnia 2013

Wtorkowy wypad na wschód

Na początku grudnia, bezpośrednio po egzaminie magisterskim uznałem że czas najwyższy wybrać się do lasu na cały dzień, nieco pomaszerować, porobić zdjęć, sprawdzić nieco sprzętu. Spakowałem się na to wyjście jeszcze przed "Ksawerym", ale zła pogoda, oraz różne sprawy zabierające czas spowodowały że wybrałem się w teren dopiero wczoraj. Tak, rozumiem że stwierdzenie "powstrzymywała mnie zła pogoda" może świadczyć o jakiejś "miękkości", ale wolałem poczekać na lepszą pogodę i skorzystać z wyjścia, sprawdzić pewne koncepcje, niż moknąć przez całą trasę, zeźlić się na świat i wrócić do domu z zamokniętymi ubraniami i sprzętem, które musiałbym długo suszyć, żeby nie przegniły.
Ale: przedwczoraj, będąc na przekazaniu Betlejemskiego Światła Pokoju w Warszawie uznałem że po pierwsze pogoda jest wyśmienita, być może ostatnia taka w tym roku, a na wtorek nie mam zaplanowanych żadnych ważnych zajęć, więc jeśli również tego dnia dobra, wyżowa pogoda się utrzyma: ruszam w trasę. I jak postanowiłem tak zrobiłem. Co prawda po poniedziałkowych wojażach wstałem dosyć późno, więc pierwotna koncepcja ok. 12 godzin w terenie się rozmyła, ale zebrałem już dawno spakowany sprzęt, zrobiłem mu zdjęcia żeby opisać co ze sobą biorę i ruszyłem w las.
Czyli co zabrałem ze sobą? Na początek ubrania:
Idąc od górnego lewego rogu, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Brytyjskie spodnie lightweight w kamuflażu DPM, jako bielizna brytyjska koszulka z coolmaxu, bluza Norgie, a jako warstwa zewnętrzna: kangurka Buffalo. Tym razem nie brałem ze sobą smocka z trzech powodów: nie zamierzałem czołgać się jak w przypadku wypadów airsoftowych, część rzeczy które zwykle noszę w kieszeniach smocka  trafiło w nieco inne miejsce, a po trzecie ponieważ temperatura miała oscylować w okolicach 0 *C, a ja nie zamierzałem nie siedzieć w miejscu, tylko maszerować, nie potrzebowałem grubej warstwy izolacyjnej pod postacią polaru: uznałem że Norgie i "miśkowa" podszewka Buffalo w zupełności wystarczą. Zaś do ochrony przez ewentualnymi porwistymi wiatrami, deszczem, czy też śniegiem miałem ze sobą brytyjską kurtkę "goreteksową". Prognoza pogody nie zapowiadała nic takiego na wtorek, ale jeszcze raz, przed pokazaniem kolejnego zdjęcia przypomnę: rzeczy na wyjście pakowałem półtora tygodnia temu, więc mogło być ich nieco za dużo. Ale dzięki temu mogłem zrealizować jeden z celów wyjścia: sprawdzenie/przypomnienie sobie jak chodzi się z pasoszelkami na nieco większe dystanse niż weekendowa strzelanka i na podstawie wniosków poprawienie w nich co nieco, wyregulowanie itp. A więc: pasoszelki PLCE.
Personal Load Carring Equipment Armii Brytyjskiej. Ładownice na magazynki tym razem zapełniłem rzeczami, które normalnie noszę w smocku. Zatem, od lewej strony:
  • Kamizelka odblaskowa i czołówka, na wypadek gdyby noc zastała mnie w lesie i trzeba byłoby np. przekraczać ruchliwą szosę w trakcie powrotu do domu. Do tego samego celu jest czerwona lampka rowerowa w kolejnej ładownicy. Kamizelka została w oporządzeniu ze strzelanki, gdzie służyła jako "znacznik trupa". Przy pakowaniu uznałem "może zostać: pewnie się nie przyda, ale na wszelki wypadek..."
  • W kolejne ładownicy amunicyjnej, oprócz czerwonej lampki jest kompas przywiązany do niej sznurkiem żeby go nie zgubić, paczka chusteczek i zapałki.
  • Ładownica na manierkę z "racją żywnościową": paczką rodzynek, małymi musli, musem jabłkowo-bananowym "Kubuś", paczką "bazy" która została z zupki w proszku. Oprócz tego metalowy kubek i niezbędnik, kuchenka spirytusowa własnego wyrobu z puszki po napoju i butelka z podpałką do grilla jako paliwem do tej kuchenki. Kolejnym z celów wyjścia miało być właśnie sprawdzenie kilku koncepcji dotyczących "MRE samoróbki" i używania kuchenki spirytusowej w terenie.
  • "Utility Pouch" na środku: zwinięta kurtka przeciwdeszczowa.
  • Kolejna ładownica na manierkę, tym razem z... manierką: starą, czasami cieknącą spod korka holenderską manierką, kopią amerykańskich z systemu ALICE. To chyba najdłużej posiadany "szpej" z którego nadal regularnie korzystam, kupiłem ją jadąc na pierwszy obóz w Jerutkach.
  • Butelka Nalgene o pojemności 0,5 litra. Zamierzałem w niej rozrobić w niej mus, lub zupkę z ciepła wodą.
  • Podstawowy zestaw PP: rękawiczki nitrylowe, nieco plastrów, bandaży i gaza: tak na wszelki wypadek.
Oprócz tego leżą tam szalokominiarka WP, nóż, mapa topograficzna 1:50000 moich okolic.
Jeszcze raz przypominam: tam wiem że to dużo jak na wypad który tka na prawdę mogłbym "opędzić" bez żadnego oprządzenia. Jak wspominałem zestaw był zapakowany pod kątem wyjścia "od północy do wieczora" i przeleżał nieco w szafie, więc wystarczyło go przed wyjściem wyciągnąć, nalać wody do Nalgene i manierki i ruszać w drogę.

Na początku trasy PLCE jakoś mi się nie układało: najwidoczniej paski szelek nie miały optymalnej długości i pasoszelki wypadały albo za wysoko, albo za nisko. Co prawda poustawiałem je w trakcie marszu, ale nadal czegoś brakowało. W sprzyjającym miejscu zatrzymałem się więc na króciutki postój i zaciągnąłem mocniej gumę trzymającą ładownice razem, żeby nie rozjeżdżały się po całym obwodzie pasa, tylko ładnie układały z tyłu i po bokach bioder. Oto jak prezentowałem się po poprawkach:
Tak, wiem, powinienem ustawić się bokiem, czy nawet tyłem żeby pokazać jak dobrze złożone PLCE układa się na biodrach, ale wtedy jakoś nie przeszło mi to przez głowę. Po ostatniej poprawce pasoszelki nie sprawiały już kłopotów, a ciężar rozkładał się na biodrach, nie obciążając zbytnio ramion. Przy okazji potwierdziłem swoje dotychczasowe wnioski dotyczące tych pasoszelek: żeby wygodnie je nosić, trzeba nad nimi spędzić nieco czasu składając je i dopasowując, a następnie nie dać komuś je rozregulować.
Pogoda była świetna, około południa promienie słońca przygrzewały jak nie w grudniu. Gdyby pokazać poniższe zdjęcie bez opisu, ktokolwiek stwierdziłby że zostało zrobione w połowie grudnia?

Oprócz tego dwie ciekawostki z tej części trasy:
Bluza... od tak sobie wisząca w lesie. Zastanawiam się jak długo może tam wisieć? Obstawiam że więcej niż rok, ale trudno mi być pewnym.

Oraz ruiny.

Ruiny piwniczki, czyli jedyne pozostałości po zabudowaniach: podobno dworskich.

Jak zwykle na wyjściu w teren staram się zbierać "próbki kolorystyczne" do pracy nad wzorami kamuflażu. W przypadku opracowywania wersji jesiennej jest o tyle trudno, że nawet bardzo bliskie sobie miejsca mogą bardzo różnić się barwami: lasy liściaste bywają tak brązowe że aż "pomarańczowe", podczas gdy bory sosnowe niewiele różnią się barwą od tego co możemy zobaczyć latem. Zaś wyschnięte łąki są wyraźnie beżowe.



Wszędzie było widać zarówno tropy jak i różne ślady (np. odchody) saren, łosi, dzików i lisów. W trakcie całego wyjścia udało mi się zobaczyć 5 saren: raz pojedynczą sztukę, a raz stadko 4 osobników. Ślady obecności dzików ryjących w ziemi było widać bardzo często, np. na tej łące:

Część trasy stanowiło przejście wzdłuż brzegów Jeziora Torfowisko niedalego Mistowa, znanego w okolicy również jako "bagno". Wiosną, bodajże rok temu próbowałem obejść je dookoła , tyle że idąc w niskich, letnich butach kompletnie je zamoczyłem, a z braku czasu zdecydowałem się wycofać. Tym razem przynajmniej udało mi się przejść wzdłuż całego jego północnego brzegu.
Widok ku południu: słońce zaczyna chować się za chmurami.
Do listy zwierząt z którymi śladami się spotkałem dołączyły nad Bagnem również bobry. Dosyć ciekawym wrażeniem jest zorientowanie się, że drzewo pod którym się przechodzi jest na wpół obalone przez bobry. Zwłaszcza jeśli ma się jak ja swego rodzaju fobię związaną z wywracającymi się podczas wycinki drzewami.
Chodzi o drzewo po prawej, to pochylone.
W trakcie próby obejścia o którym wspominałem, natknąłem się na łosia. Tym razem, mniej więcej w tym samym miejscu spotkałem stado saren. Oto jak wygląda tamta okolica:

Mam nadzieję że harcerze 23 DH "Czarna Woda" skojarzą to miejsce z nocnej trasy podczas wakacyjnego biwaku:






A to zdjęcie z najdalszego punktu mojej trasy. Widać z niego było wiatrak na Mlęcinie. Następnym razem powinienem zawędrować dalej w kierunku Dobrego


Pomiędzy Rębiskami, a Bagnem można trafić na "nie-aż-tak-często" spotykaną w naszych okolicach świerczynę:
W której zdecydowałem się na krótki postój na posiłek. Rozłożyłem się pod jednym ze świerków, żeby nie siedzieć na widoku i zabrałem się za przygotowywanie sobie jedzenia.
Wydaje mi się że po pewnych przygotowaniach można by było tam nawet zanocować. Ale potrzebne byłoby coś, co izolowałoby od wilgotnej ziemi. Ja, żeby usiąść nałamałem nieco suchych gałązek świerkowych. I zanotowałem sobie w myślach kolejny gadżet na ewentualną listę zakupów: rosyjski "poddupnik", czyli matę do siedzenia z paskiem do noszenia jej cały czas na sobie, również z oporządzeniem. Ale to tylko luźny pomysł, pewnie nie skończy się niczym konkretnym. Jak widać, kuchenkę spirytusową ustawiłem przy dwóch kawałkach zbutwiałej brzozy, które miałem nadzieję nie zajmą się od płomieni z kuchenki.
Z bliska wyglądało to tak:
A tak po wszystkim:
Jak można zauważyć kuchenka zostawiła ślad na kawałku brzozy, ale liście na ziemi nie zajęły się ogniem. Kolejny wniosek z wyjścia: wymyślić jakiś lekki, składany stojak pod kubek. Myślę np. nad 4 szpilkami od namiotu. Woda się nie zagotowała, ale była gorąca: wlałem po prostu za mało paliwa do kuchenki. Ale ponieważ nie zamierzałem parzyć herbaty, wystarczyła gorąca. Część użyłem do "posiłku", a w większości rozpuściłem "bazę" z zupki w proszku.
Jakiego posiłki? Mieszaniny musli Fitella, musu "Kubuś" i odrobiny gorącej wody "dla temperatury. Wszystko to zmieszane w opakowaniu od Fitelli. Wyszło niezłe, mimo że wyglądało, jak wyglądało.
Zdjęcie zostało "zinstagramowane" przez dodanie kilku filtrów w programie graficznym.
Główny problem był taki, że płatków po prostu było dosyć mało. Mowa w końcu o jedzeniu dietetycznym, z nalepką "polecane przez Elite Model Look" na opakowaniu". Trudno więc najeść się jedzeniem dla modelek, które zabrałem przede wszystkim z racji rozmiarów paczki. Gdyby gdzieś były dostępne paczki "na jeden posiłek" innych, zwykłych płatków, wybierałby je, a nie Fitellę. Za to mus będzie pewnie jeszcze gościł moich kieszeniach  bo nie dość że smaczny, to jeszcze można go używać na kilka sposobów.
Gdy nieco podjadłem, ruszyłem w drogę powrotną, poganiany telefonem z domu z pytaniem o której mam zamiar wracać.
W trakcie drogi powrotnej miałem okazję pozachwycać się zachodzącym słońcem.
Powyższy widok prawie automatycznie wywołał nucenie tego:
Muszę przyznać że siedziało mi to w głowie przez całkiem spory kawałek drogi do Stanisławowa. Zwłaszcza że widoki stawały się coraz lepsze, między innymi dla tego że starając się się skrócić drogę przeciąłem na ukos co najmniej kilka pól i łąk.

Do Stanisławowa wracałem już po ciemku:

Czas więc na nieco podsumować. Na początek długość trasy i czas w którym ją przeszedłem. Ponieważ przez większość drogi mapa stanowiła raczej zabezpieczenie i szedłem "na pamięć", kojarząc okolicę, długość trasy sprawdziłem dopiero dziś i porównałem z czasami które zanotowałem sobie w terenie. Łącznie przeszedłem ok. 19,5 km i zajęło mi to 3 godziny w jedną i 1 godzinę 50 minut w drugą. Czemu "do" zajęło mi dłużej? Przede wszystkim z racji przedzierania się wzdłuż Torfowiska/Bagna i ponieważ z powrotem przyspieszyłem tempa. Jednak uśredniając wychodzi mi ok. 4 km/h. Czyli dosyć średnio, a nawet słabo jeśli chodzi o odległość i tempo marszu. Przy następnej okazji przydałoby się przyspieszyć o ok. 1 km/h. Głównym celem, przynajmniej na tą chwilę jest przejście 100 km w ciągu jednej doby na wiosnę. Na pewno muszę zorganizować sobie jakąś dłuższą trasę zimą. Może z większym obciążeniem, np. pełnym oporządzeniem + plecakiem? Na ok. 30-35 km? Ciekawie by było...
Jednak, kolejne wnioski. O PLCE już pisałem. Ubiór też się spisał, zwłaszcza Buffalo. Nie było mi ani za zimno, ani za gorąco. Gdy w drodze powrotnej poczułem że zaczynam się pocić na plecach, wystarczyło rozsunąć suwaki pod pachami i od razu było lepiej. Buty: stare, zjechane "desanty" to już od dawna "dobre małżeństwo" z moimi stopami. Stopy dopasowały się do butów, a buty do stóp. Ale podeszwy są już w niezbyt dobrym stanie, przechodząc przez podmokłą łąkę poczułem że wilgoć dostaje się do środka przez szew. Chyba czas pomyśleć o jakiś nowych, nieco lepszych butach. Z jedzeniem: tak jak pisałem, jestem chyba na dobrej drodze. Chociaż tak dla porównania można by było dorwać gdzieś po okazyjnej cenie prawdziwe MRE dla porównania. Jeśli chodzi o kondycję marszową: nie jest źle, ale dobrze byłoby nad nią pracować. W końcu pomysł wyjścia narodził się gdy uznałem że zasiedziałem się i dawno nie byłem w terenie.
I jeszcze jedno: ruszyłem w teren z zamiarem przemyślenia kilku rzeczy, w związku ze zmieniającą się mnie sytuacją. Na razie mam dwa wnioski. Pierwszy jest taki, że przede mną długa praca nad budową autorytetu. Zaś drugi to to, że samotny marsz nie jest aż taką dobrą medytacją jak niektórym mogłoby się wydawać. Trudno było mi się skupić na problemie do przemyślenia, bo najpierw rozpraszało mnie nieułożone PLCE, a potem pilnowanie trasy, obserwowanie otoczenia itp.