Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą luźne rozważania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą luźne rozważania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Sznajper&Gabbana

W zastępie pojawiła się replika snajperska. "Armata" co najmniej zmierzająca w kierunku prawdziwej airsoftowej snajperki, a nie "kitaj-snajpy za 300 zł". Jest sprzęt. A raczej jedna część sprzętu, ta do strzelania. Więc przydałoby się jeszcze zająć sprzętem "do ukrywania". Ponieważ obiecałem właścicielowi "armaty" spisanie swoich pomysłów na kamuflaż, wykorzystuję blog. Po pierwsze, ponieważ łatwiej mi będzie wykorzystać i włączyć do tekstu różne źródła internetowe. A po drugie: nie będzie tu tak cicho.
Ponieważ zastęp coraz bardziej się "brytalizuje": chłopaki złapali bakcyla, a sam karabin to replika broni snajperskiej używanej przez Brytyjczyków, na początek trzeba sprawdzić "what would brits do?" Z pomocą przychodzi nam forum Militaryphotos.net. Zarówno wątek ze zdjęciami brytyjskich sił zbrojnych, jak i o snajperach:
Peleryna z kapturem (tzw. "viper hood") z dowiązaną jutą, łoże broni malowane + dodatkowo broń owinięta siatkowym szalem. Oczywiście twarz pomalowana.

Znowu żołnierz zamaskowany tak samo, ale za to zamiast "szala na szybko", broń jest zamaskowana w nieco bardziej pracochłonny sposób.
Tym razem w Afganistanie: zwykłe oporządzenie piechura. Karabin i luneta oklejone materiałową taśmą klejącą i dopiero potem pomalowane.
I nieco historii. Film o snajperach z lat 60-tych:
"W linii" również zwykłe wyposażenie piechura, karabin owinięty jutowym workiem. "Na misji": Stare Denison Smock z doszytymi "farfoclami" na rękach i plecach, siatkowe szale, również z "farszem", pomalowane twarze, karabin "nadal w worku".
Jeden z odcinków dokumentu o szkoleniu Arctic and Mountain Warfare Cadre: kursie specjalistycznym Royal Marines. Akurat ten odcinek pokazuje szkolenie snajperskie w połowie lat 80-tych. https://www.youtube.com/watch?v=fM0ap3gJUyM
Znowu stroje maskujące na bazie kurtek.
I podobne szkolenie, tyle że z przełomu XX i XXI wieku: https://www.youtube.com/watch?v=wOJHjYInOwo

Jak widać, a raczej nie widać, trudno znaleźć wśród tych przykładów "klasyczne" stroje ghillie w stylu "człowieka-krzaka", a obecne jest raczej lżejsze maskowanie.  Osobiście uważam, że początkujący airsoftowy snajper nie musi "stroju wookiego" wykonywać. O wiele ważniejsze jest nauczenie się "snajperskiego rzemiosła", czyli celnego strzelania i obserwacji. Dzięki którym będzie o wiele bardziej przydatny dla swojego oddziału nie tylko na milsimie, ale również na luźnej strzelance. Jednak jeśli potrzeba jakiegoś maskowania to zaproponowałbym nieco inne rozwiązanie: oparte na tym, co pokazuje na swojej stronie Bergmann, surwiwalista z Alaski. Gość jest niesamowity, nie ględzi o polityce, tylko pokazuje co robi. A pokazuje tak, że czytając jego stronę aż wstyd człowiekowi. że siedzi w tym momencie w domu, a nie w terenie. Nieco zdjęć i opis: kamuflażu osobistego i  broni. Wzorując się na jego rozwiązaniach, opiszę w tym tekście pomysł bardziej "modułowy", który można lepiej dopasować do sytuacji niż klasyczne ghillie: kapelusz z maskowaniem, dwustronny maskałat, oraz "pelerynka" maskująca, którą można założyć na ramiona, plecak, lub wokół pasa, w celu zamaskowania pasoszelek.
Czego będziemy potrzebowali? Kapelusza, siatki, ubrań w kamuflażu na pocięcie (co najmniej 2 koszule polowe w dpm i ddpm. I tak spora część materiału z nich trzeba będzie zafarbować), zimowego maskałatu lub poncza, innych dodatkowych materiałów takich jak bawełniany i lniany materiał, luta itp. oraz barwniki do farbowania tkanin i różnego rodzaju farby: zarówno w spreju, jak i do malowania.

Kapelusz:
Ja na strzelance "Tour de Mokry Ług 5. Zdjęcie autorstwa Małgorzaty Zięcik, źródło: https://plus.google.com/photos/110143422897735677149/albums/5997044012666736865 Maskowanie zrobione na bazie siatki przywiązanej do kapelusza. Do tejże siatki przywiązane są jutowe nitki, paski pomalowanego sprejem i pociętego lnianego materiału, oraz paski materiału w kamuflażu dpm. Żeby jeszcze poprawić maskowanie będę musiał zapewne wpleść tam jeszcze nieco dłuższych pasków wokół obwodu, żeby "złamać" linię ronda. No i "w poważniejszej sytuacji" twarz i ręce powinny być zamaskowane specjalną farbą do ciała.
Zamaskowane nakrycie głowy to wg. mnie jedna z podstawowych rzeczy potrzebnych, jeśli chcemy się lepiej kamuflować w terenie. A co będzie potrzebne do wykonania czegoś takiego? Mniej więcej to co opisałem w podpisie pod zdjęciem. Kapelusz: jakiś tani boonie hat w leśnym kamuflażu. Może być DPM, może być Woodland, może być francuskie CCE. Ważne żeby dało się przywiązać do niego siatkę. Siatka? Może być siatka kostrukcyjna do odzieży, może być moskitiera, czy coś innego w tym stylu, byle by się dało do niej przyszywać lub przywiązywać maskujący "farsz". Może być oliwkowa, szara, brązowa, czy też jakaś jasna, do zafarbowania. Siatkę wycinamy w "łezkowaty", pofalowany kształt, tak aby przykrywała rondo kapelusza, ale nie zwisała z niego za bardzo. Zwisać powinna z tyłu, aby nieco osłaniała kark. Siatkę przywiązujemy w jakiś sposób do taśmy kapelusza, np. przyszytymi do niej sznurkami.
Do tej siatki przywiązujemy nieregularnie pocięte paski materiału w kamuflażu (np. z pociętej taniej koszuli polowej), jak również zafarbowane na najróżniejsze odcienie kolorów maskujących i tak samo potraktowane nitki juty. Tych "farfocli" nie może być tylko kilka, bo wtedy nie będą spełniały swojego zadania. Musi ich być na tyle dużo, aby rozbijały charakterystyczny kształt głowy i ronda kapelusza. Do siatki mogą być również przymocowane gumy, np. obrączki wycięte z dętki rowerowej, służące do wtykania w nie roślinności.

Dwustronny maskałat: Rozwiązanie wzorowane na tym stosowanym przez Waffen-SS podczas Drugiej wojny światowej, a do dziś twórczo rozwijane np. na terenie byłego ZSRR. Mowa o luźnej kurtce, zależnie od modelu z kapturem lub bez, zakładanej na mundur, uszytej z dwustronnie zadrukowanego materiału. Z jednej strony jest nadrukowany kamuflaż letni, z przewagą zielonego, a z drugiej: jesienny, z przewagą brązów. Tyle że jeśli szukamy rozwiązań "budżetowych", to zakup albo reprodukcji niemieckiej kangurki, albo współczesnego wschodniego maskałatu, raczej nie wchodzi w grę. Możemy jednak wykazać się pomysłowością i wykonać własny maskałat. Ja np. samodzielnie uszyłem maskującą kangurkę z lnianego "surowego" materiału, kupionego po promocyjnej cenie jako końcówka beli. Co prawda krój jest porażką, ale to przedsięwzięcie pozwoliło mi na nieco eksperymentów z takimi strojami maskującymi. Być może opiszę ją dokładnej w oddzielnym poście, a na razie: zdjęcie z testów w terenie:
Sprawdzałem czy kangurkę da się pogodzić z oporządzeniem, np. plecakiem. Rękawy są za długie, korpus nieco za szczupły, ale jakoś się da.

 Jednak zamiast szycia kompletnie od podstaw, można sobie ułatwić życie. Pierwszy sposób to wykorzystanie jakiegoś gotowego zimowego maskałatu. Można też wykorzystać niemieckie zimowe ponczo maskujące:
Zszyć dwie strony tworząc rękawy do pach, a dalej wzdłuż korpusu można kombinować. Pozostały wycięty materiał spod pach można wykorzystać na najróżniejsze sposoby: do szycia różnych udogodnień, kieszeni, czy tuneli na ściągacze w naszym powstającym maskałacie, oraz po zafarbowaniu na paski kamuflażu. A może nawet na uszycie spodni. Można też spróbować różnymi krawieckim sztuczkami przerobić brytyjskiego smocka na dwustronność, ale maskałat z poncza można uszyć nawet ręcznie, a smocka się tak na pewno nie przerobi. Kupny, lub szyty z poncza maskałat powinien być w największym dostępnym rozmiarze i na tyle luźny, na ile jest to praktyczne, aby przez swoją workowatość zniekształcać wbitą w pamięć i łatwo rozpoznawalną ludzką sylwetkę. Jeśli zdecydowaliśmy się na ponczo, można np. spróbować tak ukształtować boki pod pachami, aby były sznurowane, lub zapinane. Ułatwiłoby to noszenie maskałatu na oporządzeniu: sięganie do kamizelki przez boczny otwór, czy też nawet przód mógłby być podwinięty i noszony jako "viper hood" podobny do tego z pierwszego zdjęcia w tym poście.

Ale co zrobić żeby kamuflaż nie był biały, a dwustronny? Najpierw wykorzystujemy materiał z poncza który jeszcze nam został, wycinając z niego "zębate" paski i przyszywamy je przede wszystkim do kaptura, barków i ramion. Da nam to nieco trójwymiarowego maskowania w naszym maskałacie. Potem farbujmy go, gotując z barwnikami do tkanin w rodzaju popularnego "Motylka. Dlatego materiał na kurtkę powinien zawierać sporo bawełny: nie jest ona najbardziej idealną tkanina na strój w teren, ale za to da się ją łatwo i trwale ufarbować. Maskałat wiążemy w najróżniejsze węzły, zawiązujemy sznurkiem, czy też gumką, aby uzyskać plamy, a nie jednolity kolor i farbujemy z kolorami, które można wykorzystać zarówno we wzorze letnim, jak i jesiennym. A więc najróżniejsze beże, brązy, zieleń też nie zaszkodzi, można spróbować nawet z jakimś szarym. Kolory będą się nakładać, przenikać, mieszać, poprawiając skuteczność wzoru. Gdy mamy już bazę, przechodzimy do zróżnicowania wzoru, wykorzystując farby do tkanin, czy farby w spreju. Najlepiej w tym momencie rozwiesić kurtkę na jakimś stelażu, czy wieszaku, żeby kontrolować co się maluje.Trzeba pamiętać o wszelkich zasadach kamuflażu. Między innymi makrowzorze rozbijającym sylwetkę (duże plamy działające na większych odległościach), pewnej dozie kontrastu, kontrcienowaniu i innych. Tak jak na kapeluszu doszywamy też jakieś pętle do mocowania dodatkowego maskowania. I robimy coś, żeby pozbyć się zapachu farby. Wietrzymy, pierzemy w jakiejś "terenowej" wodzie itp. Bo zapewniam że po malowaniu maskałat będzie nimi śmierdzieć. Wiem to na przykładzie mojej kangurki. Farb nie można nadużywać również z drugiego powodu: w pewnym stopniu usztywniają materiał.

Dodatkowa peleryna maskująca. Razem z kamuflażem na kapeluszu może stanowić zastępstwo dla "pełnego" viper hooda z kapturem. Lub posłużyć do zamaskowania wystających poza sylwetkę plecaka, albo oporządzenia na pasie. Jak by to wyglądało? Jeszcze raz odsyłam do strony Bergmanna. A jak to wykonać? Tak samo jak maskowanie na kapeluszu. Wycinamy siatkę na kształt peleryny, z przodu sznurek lub sznurki do mocowania, a potem wedle potrzeb i uznania przymocowujemy do siatki maskujący "farsz".

Zostało jeszcze maskowanie karabinu. Są 3 opcje: pomalowanie repliki "na goło". Jak wygląda można zobaczyć na moim zdjęciu z Tour de Mokry Ług. Karabin już nie wyróżnia się jak "czarny kij", ale nadal jego kształt nie jest rozbity. Opcja druga to oklejenie repliki materiałową taśmą klejącą (najlepiej tak, aby nadal dało się ją rozkładać), zamaskowanie taśmą malarską elementów ruchowych i szkieł lunety, a dopiero po tym malowanie farbami maskującymi. Dzięki teksturze taśmy karabin wygląda bardziej "miękko" (trudno jest mi dobrać lepsze słowo: najróżniejsze nierówności taśmy zaburzają "twardy", kanciasty kształt karabinu). Można też owinąć replikę materiałem, dzięki czemu dobrze ją maskujemy i "włochaty kij" już się tak nie odznacza w terenie. Możliwe jest pewne połączenie drugiej i trzeciej opcji. Czyli dosyć ścisłe owinięcie karabinu tam gdzie jest to możliwe postrzępionym materiałem, najlepiej lnianym lub jutowym, przytrzymywanym na miejscu przez sznurek, gumę, czy też materiałową taśmę klejącą, uzupełniającą paski materiału w miejscach w których nie da się ich owinąć. W razie potrzeby do takiej "bazy" można dodawać dodatkowe maskowanie. Czy to w postaci pasków materiału, czy ściętej zieleni. Tak samo można zamaskować również inne "przyrządy", np. lornetkę, czy monokular do prowadzenia obserwacji.

Ale wszystkie te rękodzieła mało dadzą jeśli się nie ćwiczy. Trzeba więc ćwiczyć, zgrywać się, testować, poznawać swój "fach.
Polski podręcznik strzelca SWD
http://magxxx.files.wordpress.com/2011/01/sztuka_celnego_strzelania.pdf
Niemiecki film szkoleniowy z II Wojny Światowej. Z angielskim powojennym lektorem i napisami. Na tym samym kanale są kolejne części.

środa, 5 marca 2014

Prywatne postrzeganie konfliktów

Nie będę pisał o tym co uważam o obecnej sytuacji na Krymie, bo po pierwsze moja opinia średnio by kogokolwiek obchodziła, a po drugie: po prostu nie chcę prorokować bo nie wiem jak rozwinie się ta sytuacja. Możliwe są wszelkie scenariusze i to na dodatek nie dziś, nie jutro, a może za miesiąc, lub później: wystarczy sobie przypomnieć ile czasu minęło między zamachem w Sarajewie, a rzeczywistym początkiem działań wojennych w 1914. Wiele rzeczy może się jeszcze wydarzyć i sytuacja może się obrócić dookoła jeszcze kilkukrotnie. Napiszę o czymś innym. Starając się być na bieżąco z obecnym kryzysem, czytając różne źródła, pomyślałem o tym, jak "docierały do mnie" kolejne konflikty, które działy się w latach 90-tych i w XXI wieku. Od razu odpowiem czemu tyle zdjęć? Bo osobiście bardzo często odbieram historię "wizualnie": wrażenie robią na mnie właśnie "ikoniczne" obrazy jakiegoś wydarzenia, nie tylko teraźniejszego, ale i przeszłego. Najpewniej po prostu jestem wzrokowcem.
Oczywiście rzeczą niemożliwą jest, abym pamiętał "Pustynną Burzę". Ale już wojna na Bałkanach jakoś przewija się pojedynczymi obrazami przez głowę. Przede wszystkim wzmiankami o Tadeuszu Mazowieckim, działającym jako specjalny wysłannik ONZ.
.
Co prawda mając 5 lat, oglądałem w telewizji przede wszystkim Teleranek, Wieczorynkę i Kapitana Tsubasę (chociaż zastanawiam się czy tą kultową japońską kreskówkę nie puszczano jednak nieco później, gdy już chodziłem do pierwszych klas podstawówki), ale być może pojedyncze obraz z wiadomości telewizyjnych zostały gdzieś w głowie. Albo równie dobrze są pozostałością z późniejszych już, "historycznych/dokumentalnych" programów telewizyjnych.

Czeczenia zawsze była "gdzieś tam", miejscem permanentnego konfliktu, który od czasu do czasu pojawiał się w mediach. Chociaż wkroczenie Basajewa do Dagestanu, zamachy na bloki mieszkalne w Rosji, a potem II wojnę czeczeńską pamiętam już dosyć dobrze: "pierwsza wojna Putina" była przedstawiona w mediach jako przeciwieństwo wcześniejszego konfliktu. "Rosjanie weszli, zajęli, i tyle było po Czeczenii."
Gdy teraz czytam i oglądam materiały dotyczące konfliktu w Czeczenii, łapię się na tym, jak "postapokaliptycznie" on wygląda, jak gdyby wrogie frakcje wydzierały sobie to, co jeszcze zostało po wielkim kataklizmie. Ruiny Groznego, brudni i zaniedbani żołnierze i partyzanci obu stron, najróżniejsze kombinacje mundurowe i sprzętowe, cywile próbujący jakoś to wszystko przetrwać. Chociaż, jeśli uznać upadek ZSRR za "apokalipsę" dla społeczeństwa radzieckiego, to tak, był to "konflikt postapokaliptyczny".

Ponieważ w 1999 r. byłem małym, militarnym technonerdem z podstawówki, bardziej zainteresował mnie inny konflikt. Interwencję NATO w Kosowie śledziłem zarówno w telewizji, jak i gazetach. Oczywiście w gazetach interesowały mnie bardziej zdjęcia i jak to się obecnie określa "infografiki", niż długie, dogłębne analizy, ale do dziś pamiętam niektóre artykuły: o zbombardowanej fabryce Jugo i problemach gospodarczych Jugosławii Miloszewicia, o jugosłowiańskich podziemnych lotniskach itp.
Najpierw masowe ucieczki Albańczyków, później potężne i nowoczesne uderzenie lotnictwa państw NATO:
Nowoczesne myśliwce, bombowce przelatujące pół świata, rakiety cruise i samoloty stealth (w tym jeden z F-117, który został zestrzelony. Pamiętam rozważania w gazetach jak Serbom się to udało). Trudno żeby taka kombinacja nie wywoływała opadu szczęki u małego chłopaka sklejającego modele.

A po zakończeniu kampanii powietrznej wkroczenie wojsk lądowych do Kosowa.
Dodając tak przy okazji: patrząc na posiadane przeze mnie brytyjskie oporządzenie, jeśli miałbym się zająć na poważnie rekonstrukcją, to zapewne rekonstruowałby właśnie oddziały brytyjskie wchodzące w skład KFOR, lub atakujące Irak w 2003 r.
Ale jeszcze nie przechodzimy do 2003 r. W międzyczasie miało miejsce jeszcze kilka konfliktów. W 1999 r. działo się dużo, a oprócz Kosowa i Czeczenii, zapamiętałem jeszcze zamieszki na Timorze Wschodnim, wkroczenie tam wojsk ONZ i początek drogi do niepodległości tego kraju.

11 września 2001 r... Nadal w podstawówce, przyklejony do telewizora, a wkrótce później, w momencie inwazji na Afganistan, oprócz śledzenia telewizyjnych i prasowych informacji, zaczytywałem jeszcze czasopisma dotyczące wojskowości, takie jak "Raport WTO". I Mariusz Max Kolonko, chyba już 12, albo 13 września, stojący na jakimś nowojorskim dachu z racją MRE w ręku mówiący z tym swoim akcentem "Takie posiłki, pozwalają Nejwi Seals na operowanie przez tygodnie na tyłach wroga... Być może już teraz amerykańscy komandosi poszukują Osamy Bin Ladena...". Ten facet od zawsze był pokręcony.
To zdjęcie akurat wymaga podpisu: to ujęcie z rajdu Rangersów w rejonie Kandaharu, podczas inwazji na Afganistan. Pamiętam że w telewizji powtarzano w bardzo często te ujęcia. http://en.wikipedia.org/wiki/Operation_Rhino

Podobnie było w 2003 r. podczas inwazji na Irak. Nadal nie miałem dostępu do internetu, więc wiedzę o działaniach wojennych czerpałem z telewizji, gazet i czasopism branżowych, które zaczytywałem od deski do deski po kilka razy. Z wojną w Iraku wiąże się jeszcze jedna kwestia. Byłem wtedy w I klasie gimanzjum i na tablicy na korytarzu wisiała jakaś gazetka "unijna". Na moje szczęście umieszczona na niej mapa Europy National Geographic sięgała do Iraku, więc często podczas przerw sprawdzałem na niej miasta o których mówiono w telewizji: Basra, Nasirija, Nadżaf, Karbala, Bagdad... Jak bym nie miał własnego atlasu szkolnego, prawda? A miałem. Nawet więcej niż jeden, bo odziedziczyłem świetny atlas dla liceum wydany przez PPWK w latach 70-tych.

Prawdę mówiąc, zarówno Irak i Afganistan, mimo cyklicznych "nawrotów zainteresowania" mediów, po prostu były. Wojna toczyła się gdzieś tam, na obrzeżach cywilizowanego świata. Aż nie chce się wierzyć że tak na prawdę od 13 lat toczy się wojna w której uczestniczy również Polska. Dla niektórych żołnierzy, zwłaszcza młodych Amerykanów i Brytyjczyków (zaciągających się często w wieku 18 lat, bezpośrednio po szkole średniej) opuszczających wkrótce Afganistan, 11 września 2001 r. jest równie dalekim wspomnieniem jak dla mnie wojna w Bośni.

Kolejnym kryzysem, który przedarł się na pierwsze strony gazet, a telewizje krzyczały "wojna!", była wojna w Gruzji w 2008 r. Byłem wtedy maturzystą, szykującym się do rozpoczęcia studiów. Miałem wtedy dostęp do internetu, do telewizji satelitarnej. Było więc mniej oglądania polskich telewizji, a więcej CNN, BBC i zaglądania od czas na Russia Today. Oprócz tego, głównym elementem moich militarnych zainteresowań było wtedy nadal lotnictwo, więc regularnie odwiedzany był np. wątek informacyjny na forum miłośników symulatorów lotniczych.


W przypadku Libii było bardzo podobnie, do grona źródeł informacji dołączył YouTube. A syryjską wojnę domową, kolejny konflikt "dziejący się gdzieś tam na uboczu", mógłbym aż określić jako wojnę jutubową/liveleakową, ponieważ obie strony konfliktu wypuszczają po prostu masy filmów umieszczanych na wspomnianych serwisach. I chyba zwłaszcza opozycja wypuszcza je "jak leci", bo równie gigantyczna jest ilość filmów wypuszczonych przez syryjskich bojowników, w których wychodzą po prostu na idiotów. Z czego później bierze się internetowe określenie "snackbar" na niezbyt rozgarniętego bojownika krzyczącego w kółko "Allah Akbar", oraz takie kompilacje:

A jak to wygląda obecnie, w trakcie kryzysu krymskiego? Przede wszystkim mocno na znaczeniu u mnie straciła telewizja, której prawie nie oglądam: to znaczy nie siadam celowo przed telewizorem, jeśli już oglądam jakiś serwis informacyjny, to najpewniej dla tego że przechodząc np. do kuchni zauważyłem że "coś się dzieje w telewizorze". Internet, przede wszystkim internet. BBC, ciekawostki na rusmilu (forum rekonstruktorów współczesnych jednostek rosyjskich), wątek na Militaryphotos.net. Przyznam że zawiodłem się na Facebooku. A przynajmniej poziomie dyskusji. Mało konkretów, dużo gadania o dupie maryni i werbalnego, nic nie niosącego "wsparcia". Tak samo np. forum Historycy.org. W temacie o wydarzeniach brylują trolle. Zarówno prorosyjskie, jak i podwórkowi geopolitycy, których wypowiedzi prawie nie da się przeczytać. Za to dzięki obecnemu kryzysowi poznaję medium jakim jest Twitter. Zwłaszcza stale aktualizowane okienko na stronie BBC pozwala śledzić sytuację wydarzenie po wydarzeniu. Kilkukrotnie zajrzałem też na inne profile twitterowe. Przy czym o ile podoba mi się stała aktualizacja i to że w większości tych profili były przede wszystkim wydarzenia, a nie dyskusje, to nadal w Twitterze bardzo denerwuje mnie lakoniczność informacji na poziomie SMSów, oraz wszechobecne "hasztagi" szatkujące tekst. Rozumiem że to sposób na szybkie klasyfikowanie informacji, potrzebne przy szybkim pisaniu, na którym oparty jest Twitter, ale na czemu nie mogą one być np. autoukrywane?

środa, 18 grudnia 2013

Wtorkowy wypad na wschód

Na początku grudnia, bezpośrednio po egzaminie magisterskim uznałem że czas najwyższy wybrać się do lasu na cały dzień, nieco pomaszerować, porobić zdjęć, sprawdzić nieco sprzętu. Spakowałem się na to wyjście jeszcze przed "Ksawerym", ale zła pogoda, oraz różne sprawy zabierające czas spowodowały że wybrałem się w teren dopiero wczoraj. Tak, rozumiem że stwierdzenie "powstrzymywała mnie zła pogoda" może świadczyć o jakiejś "miękkości", ale wolałem poczekać na lepszą pogodę i skorzystać z wyjścia, sprawdzić pewne koncepcje, niż moknąć przez całą trasę, zeźlić się na świat i wrócić do domu z zamokniętymi ubraniami i sprzętem, które musiałbym długo suszyć, żeby nie przegniły.
Ale: przedwczoraj, będąc na przekazaniu Betlejemskiego Światła Pokoju w Warszawie uznałem że po pierwsze pogoda jest wyśmienita, być może ostatnia taka w tym roku, a na wtorek nie mam zaplanowanych żadnych ważnych zajęć, więc jeśli również tego dnia dobra, wyżowa pogoda się utrzyma: ruszam w trasę. I jak postanowiłem tak zrobiłem. Co prawda po poniedziałkowych wojażach wstałem dosyć późno, więc pierwotna koncepcja ok. 12 godzin w terenie się rozmyła, ale zebrałem już dawno spakowany sprzęt, zrobiłem mu zdjęcia żeby opisać co ze sobą biorę i ruszyłem w las.
Czyli co zabrałem ze sobą? Na początek ubrania:
Idąc od górnego lewego rogu, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Brytyjskie spodnie lightweight w kamuflażu DPM, jako bielizna brytyjska koszulka z coolmaxu, bluza Norgie, a jako warstwa zewnętrzna: kangurka Buffalo. Tym razem nie brałem ze sobą smocka z trzech powodów: nie zamierzałem czołgać się jak w przypadku wypadów airsoftowych, część rzeczy które zwykle noszę w kieszeniach smocka  trafiło w nieco inne miejsce, a po trzecie ponieważ temperatura miała oscylować w okolicach 0 *C, a ja nie zamierzałem nie siedzieć w miejscu, tylko maszerować, nie potrzebowałem grubej warstwy izolacyjnej pod postacią polaru: uznałem że Norgie i "miśkowa" podszewka Buffalo w zupełności wystarczą. Zaś do ochrony przez ewentualnymi porwistymi wiatrami, deszczem, czy też śniegiem miałem ze sobą brytyjską kurtkę "goreteksową". Prognoza pogody nie zapowiadała nic takiego na wtorek, ale jeszcze raz, przed pokazaniem kolejnego zdjęcia przypomnę: rzeczy na wyjście pakowałem półtora tygodnia temu, więc mogło być ich nieco za dużo. Ale dzięki temu mogłem zrealizować jeden z celów wyjścia: sprawdzenie/przypomnienie sobie jak chodzi się z pasoszelkami na nieco większe dystanse niż weekendowa strzelanka i na podstawie wniosków poprawienie w nich co nieco, wyregulowanie itp. A więc: pasoszelki PLCE.
Personal Load Carring Equipment Armii Brytyjskiej. Ładownice na magazynki tym razem zapełniłem rzeczami, które normalnie noszę w smocku. Zatem, od lewej strony:
  • Kamizelka odblaskowa i czołówka, na wypadek gdyby noc zastała mnie w lesie i trzeba byłoby np. przekraczać ruchliwą szosę w trakcie powrotu do domu. Do tego samego celu jest czerwona lampka rowerowa w kolejnej ładownicy. Kamizelka została w oporządzeniu ze strzelanki, gdzie służyła jako "znacznik trupa". Przy pakowaniu uznałem "może zostać: pewnie się nie przyda, ale na wszelki wypadek..."
  • W kolejne ładownicy amunicyjnej, oprócz czerwonej lampki jest kompas przywiązany do niej sznurkiem żeby go nie zgubić, paczka chusteczek i zapałki.
  • Ładownica na manierkę z "racją żywnościową": paczką rodzynek, małymi musli, musem jabłkowo-bananowym "Kubuś", paczką "bazy" która została z zupki w proszku. Oprócz tego metalowy kubek i niezbędnik, kuchenka spirytusowa własnego wyrobu z puszki po napoju i butelka z podpałką do grilla jako paliwem do tej kuchenki. Kolejnym z celów wyjścia miało być właśnie sprawdzenie kilku koncepcji dotyczących "MRE samoróbki" i używania kuchenki spirytusowej w terenie.
  • "Utility Pouch" na środku: zwinięta kurtka przeciwdeszczowa.
  • Kolejna ładownica na manierkę, tym razem z... manierką: starą, czasami cieknącą spod korka holenderską manierką, kopią amerykańskich z systemu ALICE. To chyba najdłużej posiadany "szpej" z którego nadal regularnie korzystam, kupiłem ją jadąc na pierwszy obóz w Jerutkach.
  • Butelka Nalgene o pojemności 0,5 litra. Zamierzałem w niej rozrobić w niej mus, lub zupkę z ciepła wodą.
  • Podstawowy zestaw PP: rękawiczki nitrylowe, nieco plastrów, bandaży i gaza: tak na wszelki wypadek.
Oprócz tego leżą tam szalokominiarka WP, nóż, mapa topograficzna 1:50000 moich okolic.
Jeszcze raz przypominam: tam wiem że to dużo jak na wypad który tka na prawdę mogłbym "opędzić" bez żadnego oprządzenia. Jak wspominałem zestaw był zapakowany pod kątem wyjścia "od północy do wieczora" i przeleżał nieco w szafie, więc wystarczyło go przed wyjściem wyciągnąć, nalać wody do Nalgene i manierki i ruszać w drogę.

Na początku trasy PLCE jakoś mi się nie układało: najwidoczniej paski szelek nie miały optymalnej długości i pasoszelki wypadały albo za wysoko, albo za nisko. Co prawda poustawiałem je w trakcie marszu, ale nadal czegoś brakowało. W sprzyjającym miejscu zatrzymałem się więc na króciutki postój i zaciągnąłem mocniej gumę trzymającą ładownice razem, żeby nie rozjeżdżały się po całym obwodzie pasa, tylko ładnie układały z tyłu i po bokach bioder. Oto jak prezentowałem się po poprawkach:
Tak, wiem, powinienem ustawić się bokiem, czy nawet tyłem żeby pokazać jak dobrze złożone PLCE układa się na biodrach, ale wtedy jakoś nie przeszło mi to przez głowę. Po ostatniej poprawce pasoszelki nie sprawiały już kłopotów, a ciężar rozkładał się na biodrach, nie obciążając zbytnio ramion. Przy okazji potwierdziłem swoje dotychczasowe wnioski dotyczące tych pasoszelek: żeby wygodnie je nosić, trzeba nad nimi spędzić nieco czasu składając je i dopasowując, a następnie nie dać komuś je rozregulować.
Pogoda była świetna, około południa promienie słońca przygrzewały jak nie w grudniu. Gdyby pokazać poniższe zdjęcie bez opisu, ktokolwiek stwierdziłby że zostało zrobione w połowie grudnia?

Oprócz tego dwie ciekawostki z tej części trasy:
Bluza... od tak sobie wisząca w lesie. Zastanawiam się jak długo może tam wisieć? Obstawiam że więcej niż rok, ale trudno mi być pewnym.

Oraz ruiny.

Ruiny piwniczki, czyli jedyne pozostałości po zabudowaniach: podobno dworskich.

Jak zwykle na wyjściu w teren staram się zbierać "próbki kolorystyczne" do pracy nad wzorami kamuflażu. W przypadku opracowywania wersji jesiennej jest o tyle trudno, że nawet bardzo bliskie sobie miejsca mogą bardzo różnić się barwami: lasy liściaste bywają tak brązowe że aż "pomarańczowe", podczas gdy bory sosnowe niewiele różnią się barwą od tego co możemy zobaczyć latem. Zaś wyschnięte łąki są wyraźnie beżowe.



Wszędzie było widać zarówno tropy jak i różne ślady (np. odchody) saren, łosi, dzików i lisów. W trakcie całego wyjścia udało mi się zobaczyć 5 saren: raz pojedynczą sztukę, a raz stadko 4 osobników. Ślady obecności dzików ryjących w ziemi było widać bardzo często, np. na tej łące:

Część trasy stanowiło przejście wzdłuż brzegów Jeziora Torfowisko niedalego Mistowa, znanego w okolicy również jako "bagno". Wiosną, bodajże rok temu próbowałem obejść je dookoła , tyle że idąc w niskich, letnich butach kompletnie je zamoczyłem, a z braku czasu zdecydowałem się wycofać. Tym razem przynajmniej udało mi się przejść wzdłuż całego jego północnego brzegu.
Widok ku południu: słońce zaczyna chować się za chmurami.
Do listy zwierząt z którymi śladami się spotkałem dołączyły nad Bagnem również bobry. Dosyć ciekawym wrażeniem jest zorientowanie się, że drzewo pod którym się przechodzi jest na wpół obalone przez bobry. Zwłaszcza jeśli ma się jak ja swego rodzaju fobię związaną z wywracającymi się podczas wycinki drzewami.
Chodzi o drzewo po prawej, to pochylone.
W trakcie próby obejścia o którym wspominałem, natknąłem się na łosia. Tym razem, mniej więcej w tym samym miejscu spotkałem stado saren. Oto jak wygląda tamta okolica:

Mam nadzieję że harcerze 23 DH "Czarna Woda" skojarzą to miejsce z nocnej trasy podczas wakacyjnego biwaku:






A to zdjęcie z najdalszego punktu mojej trasy. Widać z niego było wiatrak na Mlęcinie. Następnym razem powinienem zawędrować dalej w kierunku Dobrego


Pomiędzy Rębiskami, a Bagnem można trafić na "nie-aż-tak-często" spotykaną w naszych okolicach świerczynę:
W której zdecydowałem się na krótki postój na posiłek. Rozłożyłem się pod jednym ze świerków, żeby nie siedzieć na widoku i zabrałem się za przygotowywanie sobie jedzenia.
Wydaje mi się że po pewnych przygotowaniach można by było tam nawet zanocować. Ale potrzebne byłoby coś, co izolowałoby od wilgotnej ziemi. Ja, żeby usiąść nałamałem nieco suchych gałązek świerkowych. I zanotowałem sobie w myślach kolejny gadżet na ewentualną listę zakupów: rosyjski "poddupnik", czyli matę do siedzenia z paskiem do noszenia jej cały czas na sobie, również z oporządzeniem. Ale to tylko luźny pomysł, pewnie nie skończy się niczym konkretnym. Jak widać, kuchenkę spirytusową ustawiłem przy dwóch kawałkach zbutwiałej brzozy, które miałem nadzieję nie zajmą się od płomieni z kuchenki.
Z bliska wyglądało to tak:
A tak po wszystkim:
Jak można zauważyć kuchenka zostawiła ślad na kawałku brzozy, ale liście na ziemi nie zajęły się ogniem. Kolejny wniosek z wyjścia: wymyślić jakiś lekki, składany stojak pod kubek. Myślę np. nad 4 szpilkami od namiotu. Woda się nie zagotowała, ale była gorąca: wlałem po prostu za mało paliwa do kuchenki. Ale ponieważ nie zamierzałem parzyć herbaty, wystarczyła gorąca. Część użyłem do "posiłku", a w większości rozpuściłem "bazę" z zupki w proszku.
Jakiego posiłki? Mieszaniny musli Fitella, musu "Kubuś" i odrobiny gorącej wody "dla temperatury. Wszystko to zmieszane w opakowaniu od Fitelli. Wyszło niezłe, mimo że wyglądało, jak wyglądało.
Zdjęcie zostało "zinstagramowane" przez dodanie kilku filtrów w programie graficznym.
Główny problem był taki, że płatków po prostu było dosyć mało. Mowa w końcu o jedzeniu dietetycznym, z nalepką "polecane przez Elite Model Look" na opakowaniu". Trudno więc najeść się jedzeniem dla modelek, które zabrałem przede wszystkim z racji rozmiarów paczki. Gdyby gdzieś były dostępne paczki "na jeden posiłek" innych, zwykłych płatków, wybierałby je, a nie Fitellę. Za to mus będzie pewnie jeszcze gościł moich kieszeniach  bo nie dość że smaczny, to jeszcze można go używać na kilka sposobów.
Gdy nieco podjadłem, ruszyłem w drogę powrotną, poganiany telefonem z domu z pytaniem o której mam zamiar wracać.
W trakcie drogi powrotnej miałem okazję pozachwycać się zachodzącym słońcem.
Powyższy widok prawie automatycznie wywołał nucenie tego:
Muszę przyznać że siedziało mi to w głowie przez całkiem spory kawałek drogi do Stanisławowa. Zwłaszcza że widoki stawały się coraz lepsze, między innymi dla tego że starając się się skrócić drogę przeciąłem na ukos co najmniej kilka pól i łąk.

Do Stanisławowa wracałem już po ciemku:

Czas więc na nieco podsumować. Na początek długość trasy i czas w którym ją przeszedłem. Ponieważ przez większość drogi mapa stanowiła raczej zabezpieczenie i szedłem "na pamięć", kojarząc okolicę, długość trasy sprawdziłem dopiero dziś i porównałem z czasami które zanotowałem sobie w terenie. Łącznie przeszedłem ok. 19,5 km i zajęło mi to 3 godziny w jedną i 1 godzinę 50 minut w drugą. Czemu "do" zajęło mi dłużej? Przede wszystkim z racji przedzierania się wzdłuż Torfowiska/Bagna i ponieważ z powrotem przyspieszyłem tempa. Jednak uśredniając wychodzi mi ok. 4 km/h. Czyli dosyć średnio, a nawet słabo jeśli chodzi o odległość i tempo marszu. Przy następnej okazji przydałoby się przyspieszyć o ok. 1 km/h. Głównym celem, przynajmniej na tą chwilę jest przejście 100 km w ciągu jednej doby na wiosnę. Na pewno muszę zorganizować sobie jakąś dłuższą trasę zimą. Może z większym obciążeniem, np. pełnym oporządzeniem + plecakiem? Na ok. 30-35 km? Ciekawie by było...
Jednak, kolejne wnioski. O PLCE już pisałem. Ubiór też się spisał, zwłaszcza Buffalo. Nie było mi ani za zimno, ani za gorąco. Gdy w drodze powrotnej poczułem że zaczynam się pocić na plecach, wystarczyło rozsunąć suwaki pod pachami i od razu było lepiej. Buty: stare, zjechane "desanty" to już od dawna "dobre małżeństwo" z moimi stopami. Stopy dopasowały się do butów, a buty do stóp. Ale podeszwy są już w niezbyt dobrym stanie, przechodząc przez podmokłą łąkę poczułem że wilgoć dostaje się do środka przez szew. Chyba czas pomyśleć o jakiś nowych, nieco lepszych butach. Z jedzeniem: tak jak pisałem, jestem chyba na dobrej drodze. Chociaż tak dla porównania można by było dorwać gdzieś po okazyjnej cenie prawdziwe MRE dla porównania. Jeśli chodzi o kondycję marszową: nie jest źle, ale dobrze byłoby nad nią pracować. W końcu pomysł wyjścia narodził się gdy uznałem że zasiedziałem się i dawno nie byłem w terenie.
I jeszcze jedno: ruszyłem w teren z zamiarem przemyślenia kilku rzeczy, w związku ze zmieniającą się mnie sytuacją. Na razie mam dwa wnioski. Pierwszy jest taki, że przede mną długa praca nad budową autorytetu. Zaś drugi to to, że samotny marsz nie jest aż taką dobrą medytacją jak niektórym mogłoby się wydawać. Trudno było mi się skupić na problemie do przemyślenia, bo najpierw rozpraszało mnie nieułożone PLCE, a potem pilnowanie trasy, obserwowanie otoczenia itp.