Od czasu mojego ostatniego posta z profilami śmigłowców: wtedy Caracalami do polskiej armii nadal nie trafiły nowe śmigłowce. I nie za bardzo wiadomo kiedy trafią. Oczywiście nadal toczy się gra i wystawianie na targach zbrojeniowych. Ale ponieważ poruszamy się w sferze fantazji, puśćmy jej wodze i pójdźmy na całego: co by było gdyby Wojsko Polskie otrzymało Black Hawki? I to nie już, ale gdzieś, w jakiejś innej linii czasu, w jakiejś fantazyjnej, innej Polsce już w latach 80-tych? Nie wnikając w jakiejś głębsze podłoże historyczno-polityczne: ot, Sikorsky S-70 w polskich barwach. I na dodatek jako podstawowy śmigłowiec lekki, pełniący podobną rolę jaką w rzeczywistości pełni obecnie W-3 Sokół:
Na początek egzemplarz testowy w dwubarwnym malowaniu:
Malowanie w schemacie "Meduza", inspirowane kolorami rzeczywistych Mi-2 i Mi-8 w latach 80-tych i 90-tych. Przy czym nazwa "meduza" pierwotnie odnosiła się do kryptonimu farb używanych do malowania statków powietrznych polskim lotnictwie wojskowym.
Malowanie pustynne, z "pełnokolorową" szachownicą, ale już innymi oznaczeniami o zmniejszonej widoczności:
I jednolite malowanie wzorowane na obecnie używanym w Lotnictwie Wojsk Lądowych. Z pewną modyfikacją: z oznaczeniami o ograniczonej widoczności, w tym szachownicą malowaną barwami maskującymi zamiast jaskrawego czerwonego i białego. Jak widać nadal jest to ten sam, łatwo rozpoznawalny kształt i układ, ale nie jest tak jaskrawy jak "pełnobarwny".
I teraz się zaczyna: pobawiłem się z ideą jednolitego lotnictwa służb porządkowych, swego rodzaju "lotnictwa MSW" w którym funkcjonowałyby jednostki lotnicze działające na rzecz różnych służb mundurowych, jednak mające jednolite wsparcie szkoleniowe i logistyczne: wspólną "czapę" zapewniającą wsparcie w działaniu. Chodzi o bardziej kompleksowe, systemowe rozwiązanie zamiast obecnego w którym policja ma kilka swoich statków powietrznych, Straż Graniczna trochę swoich, a TOPR (przyznajmy tu: zewnętrzne stowarzyszenie któremu państwo zleca pewne obowiązki) ma do dyspozycji 1 śmigłowiec. No to zaczynamy. Na początek Policja. Od razu przy tej okazji wytłumaczę system rejestracji: SN: prefiks rejestru statków powietrznych. Wykorzystywany w rzeczywistości, SP oznacza polskie cywilne statki powietrzne, SN: polskie cywilne statki powietrzne w służbie państwowej, wpisane do specjalnego rejestru MSW, rzeczywiste numery rejestracyjne np. śmigłowców policji mają bardzo podobną strukturę, przy czym nie dokładnie opartą na tym samym schemacie. Numer: kolejny numer "obiektu" wykorzystywanego przez daną służbę, X: wiropłat. Samoloty miałyby inną literę. P: w tym przypadku oznacza policję, oznaczenie danej służby. "Okrągła szachownica" to zmodyfikowane oznaczenie wykorzystywane przez Straż Graniczną, w rzeczywistości znajduje się na zielonym tle.
No i kolejny to Straż Graniczna:
Następny schemat o malowanie "ratownicze": przy założeniu że w opisywanej sytuacji lotnictwo służb porządkowych zajmowałoby się również działaniami poszukiwawczo-ratowniczymi w górach i na morzu przy ewentualnym wsparciu lotnictwa marynarki wojennej, tak jak robi to np. w USA Coast Guard (przy czym USCG jest formalnie częścią sił zbrojnych, mimo że podlega Departamentowi Bezpieczeństwa Krajowego). Np. w formie 2 jednostek/kluczy na wybrzeżu i 2 w górach, z czego 1 w Tatrach. I spodziewam się że akurat te maszyny byłyby jednak oparte na konstrukcji Seahawka, a nie Black Hawka, ale cóż, nie robiłem już sobie dodatkowej roboty przy przerabianiu szczegółów:
A skoro powierzyłem już nieistniejącej służbie ratownictwo morskie i górskie, to czemu by nie powierzyć mu również wsparcia lotniczego ratownictwa medycznego? I tak oto do wymyślonej służby zostaje włączony również Lotnicze Pogotowie Ratunkowe, ze zmodyfikowanym malowaniem:
Wspomniałem już że fantazjujemy, nie patrzymy na koszta, to może Państwowej Straży Pożarnej też przydałaby się jednostka śmigłowcowa, chociaż jedna? W rzeczywistości mieli w historii całego 1 Sokoła, to niech mają:
Kogo jeszcze brakuje? Skarbówki? Tu już nie przesadzałem i zdecydowałem się obdarować "jedynym produkowanym w Polsce śmigłowcem" również najlepszego wymyślonego przyjaciela polskiej dyplomacji, czyli San Escobar. Kiedyś wyposażyłem ich Lotnictwo Obrony Terytorialnej w staruśkie Hueye:
Czas najwyższy je czymś zastąpić. I skapnęło również specjalnej jednostce poborców podatkowych "Bilon" Gwardii Fiskalnej Republiki Ludowo-Demokratycznej San Escobar:
Od dłuższego czasu dłubałem powoli mapę althistoryczną żeby utrzymać swoje umiejętności graficzne. Oto i ona z krótkim opisem fabularnym.
Po wojnach burskich powstający Związek Południowej Afryki otrzymuje bardziej federacyjną formę rządów, podobną do tej znanej z Kanady, czy Australii. w 1922 Południowa Rodezja przegłosowuje w referendum swoje dołączenie do ZPA. Przez kolejne lata do tego brytyjskiego dominium dołączają kolejne kolonie: Rodezja Północna, Nyasaland, Beczuana, a w 1955: Namibia. Również w 1955 w wyniku przyjęcia nowej konstytucji, ZPA przekształca się w Federację Południowej Afryki, o rzeczywiście federacyjnej formie rządów. Oprócz kolonii które dołaczyły do ZPA, równoważnymi "stanami" w ramach federacji są również 4 części związku: Kraj Przylądkowy, Natal, Wolne Państwo Orania i Transvaal. Z różnych przyczyn w federacji nie obowiązuje Apartheid, ale w polityce i gospodarce dominuje nadal biała ludność. Na poziomie polityki federacyjnej dominują Union Party i National Party dzięki głosom białej ludności z całej federacji. Ludność czarna i pochodzenia azjatyckiego również częściowo posiada prawo do głosu, ograniczone jednak cenzusem umiejętności czytania i pisania i finansowym, wykluczającym przede wszystkim ludność czarną na obszarach wiejskich. Można taką sytuację porównać do możliwości głosowania w wyborach ludności czarnej w południowych stanach USA do lat 60tych ("Jim Crow law"). Głosy ludności czarnej i "kolorowej" (Azjaci) rozkłada się częściowo pomiędzy ogólnofederacyjne UP i NP, podzielone partie lewicowe i partie regionalne, mające zauważalne znaczenie w poszczególnych częściach składowych federacji, ale nie mogących przebić się na poziom ogólnofederalny.
W zakresie polityki zagranicznej FPA w roku 1962 (taki moment przedstawia mapa) jest nadal częścią wspólnoty brytyjskiej i głównym politycznym, gospodarczym i militarnym sojusznikiem państw zachodnich w Afryce.
Link do źródła/większego rozmiaru: http://jeremak-j.deviantart.com/art/Federation-of-South-Africa-alternate-history-map-687606577
Ponieważ licznik wyświetleń tyka mimo tego że nic nie wrzucam, na odświeżenie grafiki przedstawiające alternatywną amerykańską stację kosmiczną. Na początek kilka założeń co do alternatywnej linii czasu:
Ograniczenie wykorzystania wahadłowców jedynie do misji
niekomercyjnych: eksperymentów w ładowni, wynoszenia sond
międzyplanetarnych i niektórych satelitów naukowych i wojskowych, oraz
późniejsza budowa i obsługa stacji kosmicznej. Lżejsze satelity
komercyjne i część wojskowych byłaby wynoszona przez opracowywaną
równolegle z wahadłowcem rakietę opartą na pojedynczym boosterze na
paliwo stałe. Rakieta ta w założeniu sukcesywnie zastępowałaby używane
wcześniej rakiety serii Titan. Czyli krótko mówiąc: Ares I,
który miał zastąpić wahadłowce jak rakieta załogowa, ale został
skasowany przez administrację Obamy powstaje równolegle z wahadłowcem
pełniącym funkcję nośnika załogowego i pełni funkcję nośnika ładunków.
Tak wyglądałaby rakieta uzupełniająca wahadłowce. Udźwig: mniej więcej taki jak pierwsza wersja z lewej.
Jakie byłyby tego efekty? Częściowo odzyskiwalna (pierwszy człon
identyczny co odzyskiwane na spadochronach boczne boostery na paliwo
stałe wahadłowca) rakieta nośna wynosząca mniejsze ładunki ograniczyłaby
nacisk na ilość lotów. W rzeczywistej pierwszej połowie lat 80-tych
dążono do jak największej ilości lotów aby wynosić jak najwięcej
satelitów komunikacyjnych co miało pozwolić wahadłowcom na osiągnięcie
opłacalności ekonomicznej. Efektem tego była katastrofa Challengera.
Brak katastrofy Challengera, przerywającej amerykański program załogowych lotów kosmicznych. Z bezzałogową rakietą odciążającą wahadłowce ich starty nie byłby tak skumulowane, co być może pozwoliłoby uniknąć zaniedbań przy przygotowaniach do startu które doprowadziły do katastrofy. Dodatkowo odpowiednik awarii (przepalenie uszczelki boostera na paliwo stałe) mógłby nastąpić podczas startu rakiety bezzałogowej. Ewentualne poszukiwanie przyczyn i modyfikacje byłyby wtedy zapewne krótsze i samo zdarzenie nie byłoby aż takim uderzeniem w nastroje społeczeństwa jak katastrofa Challengera.
"Stacja tu i teraz": zamiast wielu ambitnych planów: mniejsza stacja, której konstrukcja byłaby przygotowywana równolegle z wprowadzaniem wahadłowców do użytku. Zamiast projektu dużej i skomplikowanej stacji "Freedom" mniejsza, zbudowana z mniejszej ilości modułów. Raczej "punkt do odwiedzin", przeciwwaga dla radziecki "Salutów" niż pełnoprawna baza orbitalna. Pomysł opiera się na studium SAMSP, opracowywanym przez centrum Marshalla
Przejdźmy więc do samej stacji: Faza I: "Moduł Serwisowy/Power Module"
Moduł wyposażony w panele słoneczne, radiator do wypromieniowania ciepła, żyroskopy i inne wyposażenie obsługowe stacji. W pierwszej misji, ok. 1986-1987 wyniesiony na orbitę, kolejna misja to odwiedziny wahadłowca z laboratorium Spacelab w ładowni. "PM" zapewniając energię słoneczną i dodatkowe urządzenia obsługowe zapewniłby wydłużenie przebywania wahadłowca na orbicie do miesiąca.
Faza II: Łącznik i zewnętrzna paleta
Stacja nadal pozostaje cały czas bezzałogowa, ale zostaje uzupełniona o łącznik, który pozwoli na dołączenie kolejnych modułów i stanowi wewnętrzną przestrzeń ładunkową, oraz zewnętrzną paletę z eksperymentami. Palety byłyby wymieniane w kolejnych lotach i sprowadzane na Ziemię, o ile pozwalałaby na to ładowność wahadłowca.
Faza III: Śluza powietrzna
Moduł ze śluzą powietrzną i zbiornikami gazów użytkowych. Nadal wykorzystanie stacji opierałoby się na 2-4 tygodniowych wizytach wahadłowców z modułami Spacelab w ładowni, zawierającymi wszystkie eksperymenty, a załogi wykorzystywałyby kabinę promu jako przestrzeń mieszkalną, ale śluza na stacji pozwoliłaby na łatwiejsze wyjścia w przestrzeń kosmiczną.
Faza IV: moduł mieszkalny
Dodatkowa przestrzeń mieszkalna, ułatwiająca załogom wahadłowca funkcjonowanie przez trwające nawet miesiąc wizyty: zamiast gnieździć się w kabinie promu, załoga mogłaby wykorzystywać lepiej przystosowaną przestrzeń w module (toaleta, miejsce na codzienną higienę, "aneks kuchenny").
Faza V: laboratoria
Dwa względnie małe laboratoria umożliwiające prace nad większą ilością eksperymentów niż sam moduł Spacelab w ładowni wahadłowca. Dodatkowa przestrzeń pozwalałaby na pozostawianie pomiędzy wizytami eksperymentów mikrograwitacyjnych, których wyniki byłyby zaburzone przez poruszających się po stacji astronautów.
I kształt końcowy, zapewne osiągnięty gdzieś na początku lat 90-tych, co oznacza że w alternatywnej linii czasu funkcjonowałaby praktycznie równolegle z radziecką, a później rosyjską stacją "Mir"
Ostatnimi czasy odświeżałem swoje kartograficzno-graficzne umiejętności w Corelu, czego efektem były 2 mapy: jedna nieco bardziej "alternatywno-geologiczna", druga bardziej "alternatywno-urbanistyczna". Ale zacznijmy od tej drugiej.
Alternatywny
plan warszawskiego metra. Różnice 1 i 2 linii w porównaniu z
rzeczywistością wynikają z tego, że przebieg linii i położenie stacji w
centrum Warszawy przynajmniej częściowo oparłem na przedwojennych
projektach Metra. Można więc ten schemat potraktować jako plan linii
metra w Warszawie nie zniszczonej w 1944, lub zniszczonej w małym
stopniu i odbudowywanej w nieco inny sposób. Przebieg linii na obrzeżach
stworzyłem w oparciu o współczesny układ osiedli. Nie ma co się
oszukiwać: niezależnie od tego jaki ustrój polityczny i ekonomiczny
panowałby w Polsce po 1945 r. to i tak na obrzeżach Warszawy przez lata
powstawałyby jakieś osiedla i blokowiska. Może nieco inne, ale jednak
jakieś: modernizm w architekturze miał też wpływ na budownictwo w PRL, a
modernistyczne blokowiska można znaleźć też w miastach Europy
Zachodniej.
Jakiś czas temu w odmętach internetu brałem udział w dyskusji na temat conlangów, conworldów i innych takich nerdowskich dziwów. Z dyskusji nic nie wynikło, ale pojawił się w niej kilka ciekawych pomysłów. Jeden z nich rozwinąłem w mapę dwóch fikcyjnych wysp na północnym Atlantyku: Reynlandu i Rockall. Ich geneza geologiczna to inne rozchodzenie się brzegów Oceanu Atlantyckiego i większa aktywność wulkaniczna w rejonie rzeczywistej wyspy Rockall. Górzysty archipelag w plejstocenie byłby pokryty czapą lodową, współcześnie tamtejszy klimat byłby zapewne podobny do szkockiego, na pewno cieplejszy i łagodniejszy od islandzkiego. Zapewne przynajmniej niektóre obszary wysp byłby pokryte lasami, w większości iglastymi, być może też mieszanymi. Biorąc pod uwagę ich położenie jako pierwsi mogliby dotrzeć do nich np. Piktowie. Stałe osadnictwo mogłoby pojawić się na nich z dwóch stron: Wikingowie z Wysp Owczych i Islandii, oraz Iroszkoci. We wczesnym średniowieczu mogłyby stanowić arenę walk pomiędzy tymi grupami. Ostatecznie Rockall został na mapie przedstawiony jako cześć Szkocji, zajęta przez Szkotów w średniowieczu, w tym samy okresie co Szetlandy i Orkady, a Reynland jako niepodległe państwo nordyckie. Zapewne w okresie nowożytnym "Jarzębinlandia" (tak tłumaczy się Reynland z islandzkiego) tak jak Islandia stanowiłby terytorium zamorskie/część Danii. Dodatkowe terytorium zamorskie, o gospodarce "sensownych rozmiarów" mogłoby wpłynąć na proces uzależniania się Islandii, Grenlandii i Wysp Owczych. Być może po II wojnie światowej wszystkie te wyspy i Reynland ogłosiłby niepodległość i stworzyłyby np. federację, zostawiając Danię bez terytoriów zamorskich? A może odwrotnie, wszystkie te obszary utrzymałyby powiązania z Danią i np. Islandia i Reynland uzyskałyby niepodległość, ale utrzymałyby powiązania z Danią? Np. w zakresie ceł, przepływu ludności i obronności? A co do obronności: zapewne zarówno podczas II wojny światowej, jak i zimnej wojny Reynland i Rockall stanowiłby ważny punkt kontrolujący Północny Atlantyk jako baza dla lotnictwa i okrętów do 1945 zwalczającego niemieckie U-boty, a później: śledzące radzieckie okręty podwodne. W związku z tym Reynland podobnie jak Islandia należałby do NATO. A może, w wyniku innego rozkładu i wykorzystania łowisk oraz innych powiązać gospodarczych z Danią, Unia Europejska obejmowałaby również Wyspy Owcze, Reynland, Islandię i Grenlandię?
Pomysł na ten scenariusz przyszedł mi do głowy po obejrzeniu w kinie najnowszego "Mad Maxa", czyli jakiś czas temu. A może nawet w trakcie filmu: pustynia, samochody, wyniszczająca wojna... Bingo! Mad Max wymieszany z "aloha snackbar". I tak od tamtego czasu co i raz dłubałem przy mapach. Tak więc scenariusz. A przy okazji: nieco muzyki dla nastroju:
Punkt zmiany w porównaniu do naszej linii czasu to Chomeini utrzymujący po rewolucji irańskiej tamtejszy program atomowy, zapoczątkowany przez szacha.
Większa zmiana ma miejsce w 1980 r.: Saddam Hussein nie atakuje Iranu. Stosunki między tymi krajami nadal są wrogie, ale nie następuje wyniszczająca oba kraje wieloletnia wojny, zarówno Iran, jak i Irak kontynuują swoje programy atomowe. Oprócz tego Izrael z różnych przyczyn nie jest w stanie powstrzymać tych programów za pomocą "jednego, niszczącego uderzenia", takiego jakim był nalot na reaktor Osirak w rzeczywistości. W drugiej połowie lat 80-tych z Iranu zaczynają wyciekać informacje, że może się on znajdować na prostej drodze bo budowy bomby atomowej. Żeby zrównoważyć to zagrożenie, Arabia Saudyjska zwiększa finansowanie pakistańskiego programu atomowego: tamtejsze bomby mają w przyszłości trafić również do saudyjskich arsenałów.
1989: z powodu braku wojny z Iranem, Irak nie jest obciążony gigantycznymi pożyczkami z innych krajów Zatoki Perskiej, a jego gospodarka nadal prosperuje. Wraz ze zmianami politycznymi w Europie Wschodniej, Hussein decyduje się na powierzchowne zmiany: wprowadza naftową wersję "chińskiego modelu kapitalizmu": otwiera iracką gospodarkę na zachód, za gigantyczne łapówki szerszy dostęp do irackiej ropy uzyskują koncerny z USA i Europy Zachodniej.
Pierwsza połowa lat 90-tych: dodatkowy zastrzyk radzieckiej myśli technicznej, która wypłynęła na "otwarty rynek" po rozpadzie ZSRR przyspiesza programy atomowe krajów Zatoki Perskiej. Wkrótce na Bliskim Wschodzie mamy już nie 1, a 4 mocarstwa atomowe: Izrael, Irak, Iran i Arabię Saudyjską. O ile izraelski arsenał jest zróżnicowany, obejmujący zarówno ładunki taktyczne, o mocy kilkudziesięciu kiloton, jak i rakiety balistyczne z głowicami o mocy kilku megaton, tak arsenały państw muzułmańskich są "prymitywniejsze" i przedstawiają się w następujący sposób:
Iran: ok. 30-50 głowic o mocy 10-30 kT. Większość przenoszona przez samoloty F-4 Phantom, część jako głowice rakiet balistycznych średniego zasięgu (lokalne wersje rozwojowe radzieckich "Scudów", budowane w oparciu o technologię północnokoreańską)
Irak: ok. 20-40 głowic o mocy 10-30 kT. Przenoszone w większości przez rakiety balistyczne średniego zasięgu (radzieckie "Scudy" i lokalne wersje rozwojowe), oraz samoloty Tu-22 i Su-24. W zachodniej i południowo wschodniej części kraju wybudowano 2 kompleksy silosów dla rakiet balistycznych.
Arabia Saudyjska: ok. 40 bomb o mocy 50 kT. Większość jako głowice pozyskanych z Chin rakiet balistycznych DF-3A. Oprócz tego do przenoszenia bomb jądrowych przystosowano saudyjskie samoloty "Tornado".
Oprócz tego Irak i Syria nadal rozwijały swoje arsenały broni chemicznej.
1999:
Pogłębianie współpracy syryjsko-irańskiej, problemy gospodarcze, oraz przekonanie, że zachód, zaangażowany na Bałkanach nie będzie interweniował, skłaniają Husseina do ruchu przeciw Syrii. Dodatkowo utwierdza go w tym pomoc finansowa krajów Zatoki Perskiej.
17 sierpnia: armia iracka uderza na Syrię. Pierwsze jest skuteczne: wiele oddziałów syryjskich zostaje rozbitych, Irakijczcy wchodzą w głąb syryjskiego terytorium.
21 sierpnia: impas na froncie. Po stronie syryjskiej walczą tak na prawdę jedynie nieliczne, improwizowane oddziały skupione wokół niektórych dowódców, reszta oddziałów lądowych poszła w rozsypkę. Jednak oddziały irackie trapią problemy logistyczne: kolumny pancerne stoją w wielokilometrowych korkach: zużyły zapasy paliwa i amunicji sprzed inwazji, a kolumny z zaopatrzeniem nie są w stanie dotrzeć na pierwszą linię, ponieważ oś ataku stanowiło kilka autostrad biegnących przez pustynię. Hussein obawia się że jego oddziały, unieruchomione na pustyni stanowią łatwy cel dla syryjskiego lotnictwa, a syryjskie oddziały lądowe wycofały się, aby przygotować kontrofensywę. Tymczasem Assad boi się że po uzupełnieniu zapasów, Irakijczycy będą mieli otwartą drogę aż do Damaszku. Wieczorem obie strony przeprowadzają zmasowane uderzenia lotnicze z wykorzystaniem broni chemicznej.
22 sierpnia:
rano do Damaszku, Bagdadu, oraz zachodnich serwisów informacyjnych docierają informacje o stratach wywołanych przez broń chemiczną. Iran, obawiając się upadku Syrii, stawia wszystko na jedną kartę. O 11:30 do Bagdadu dociera jednoznaczne ultimatum: armia iracka opuści terytorium Syrii w ciągu 48 godzin, albo zostanie użyta przeciw niej broń atomowa. Kontrolowany wyciek ultimatum (być może nawet ze strony irańskiej, liczącej że doprowadzi to do jakiejś formy mediacji z udziałem mocarstw) uruchamia gorączkowe negocjacje na wszystkich szczeblach: spotkania amerykańsko-rosyjskie, ale też dyplomatów izraelskich z egipskimi i tureckimi.
18:00: saudyjskie lotnictwo atakują bronią konwencjonalną port w Bandar Abbas (Iran). uderzenie miało na celu uniemożliwienie Irańczykom wprowadzenie blokady cieśniny łączącej Zatokę Perską z Morzem Arabskim, oraz pokaz siły. Arabia Saudyjska grozi Iranowi kontruderzeniem w razie użycia broni atomowej.
23 sierpnia
3:00: irańskie lotnictwo atakuje bronią konwencjonalną irackie lotniska
3:30: Arabia Saudyjska wystrzeliwuje swoje rakiety balistyczne z głowicami atomowymi przeciw Iranowi. ok. 4 rakiety zostają oprócz tego wystrzelone w kierunku głównych izraelskich miast.
Ok. 3:30-4:00: wymiana atomowych ciosów. Iran atakuje cele w Iraku i nad Zatoką Perską, oraz siły irackie w Syrii, Irak cele w Syrii, Iranie, oraz Izrael, Arabia Saudyjska: w Iranie.
Izrael, dzięki wielostronnym i gorączkowym mediacjom nie decyduje się na pełnoskalową "Opcję Samsona", czyli atak przeciwko wszystkim celom w zasięgu swoich środków przenoszenia. Rakiety "Jerycho" niszczą główne miasta w Arabii Saudyjskiej, oraz stolice innych państw Półwyspu Arabskiego. Nie zaatakowane zostają Egipt, Turcja i Liban. Mimo zestrzelenia kilku irackich i saudyjskich rakiet przez "Patrioty", kilkunastokilotonowe głowice eksplodują nad lotniskiem w Tel-Avivie i Beer-Szewą.
W wyniku wymiany ciosów zniszczone zostają główne miasta regionu. W tym stolice, a wraz z nimi: władze zaatakowanych państw. Załamuje się system dystrybucji żywności, organy bezpieczeństwa. Miliony ofiar uderzeń nuklearnych to dopiero początek. Mimo że uniknięto ogólnoświatowej wojny nuklearnej, to Bliski Wschód osuwa się w anarchię, głód, epidemie i walki każdego z każdym.
Na szok związany z utratą znacznej części złóż ropy naftowej, oraz gigantyczną falą uchodźców świat odpowiedział mobilizacją swoich sił zbrojnych i w stylu kolonialnym: bardziej liczyła się kontrola nad ropą, niż pomoc ofiarom wojny. Armie i marynarki wojenne wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, częściowo na wyścigi, częściowo współpracując stworzyły bezpieczne strefy wzdłuż szlaków żeglugowych, oraz wokół tych instalacji wydobywczych nad Zatoką Perską, które nie zostały zniszczone podczas wojny. 15 lat później te "bezpieczne strefy" nadal są de facto pod wojskową okupacją, formalnie jako "Terytoria Powiernicze ONZ". Turcja odgrodziła się od fali migracji dzięki historycznemu kompromisowi: wsparła siły kurdyjskie w Syrii i Iraku. W zamian za spokój na swoim terytorium, utrzymuje "Protektorat Rojawy" jako przedmurze odgradzające ją od chaosu. Na syryjskim wybrzeżu, pod rosyjskim parasolem nadal utrzymują się Alawici. Liban po krótkiej wojnie domowej podzielił się na część chrześcijańską, oraz muzułmańską, kontrolowaną przez Hezbollah. Bezpośrednio po wojnie, Izrael, aby ochronić swoje istnienie, po prostu zlikwidował Autonomię Palestyńską i wyrzucił wszystkich Palestyńczyków za Jordan. Stworzyli tam "Państwo Palestyńskie na uchodźstwie", od którego Izraelczycy odgradzają się "strefą bezpieczeństwa" nad Morzem Martwym.
Kontrolę nad saudyjskim wybrzeżem Morza Czerwonego utrzymuje armia egipska. Święte miasta islamu zostały zrujnowane bezpośrednimi trafieniami izraelskich głowic, a egipska kontrola nad regionem ogranicza się jedynie do wybrzeża głównych dróg, atakowanych niekiedy przez grupy z beduinów z głębi pustyni. Tam, poza małymi bandami i grupami utrzymują się jedynie 2 bardziej zorganizowane: fanatyczny Kalifat, który wyrósł na powojennym, apokaliptycznym zamieszaniu religijnym, oraz federacja określana jako "plemiona saudyjskie": pozostałości po Arabii Saudyjskiej.
Wiem, na mapach może być nieco błędów, sam scenariusz jest jaki jest, ale uznałem że czas coś tu wrzucić.
Dziś pojawiają się 4 profile mojego autorstwa fikcyjnego pojazdu gąsienicowego, opartego na konstrukcji szwedzkiego czołgu bezwieżowego Strv-103. Opis i "tło historyczne" specjalnie ma luki, żeby nie rozwodzić się nad różnymi aspektami ewentualnej historii alternatywnej w której mógłby być osadzony ten pojazd.
Wraz z wprowadzeniem do służby pierwszego na świecie masowo wykorzystywanego bojowego wozu piechoty: BMP-1, zdecydowano się na stworzenie własnego pojazdu tego typu. Przy jego projektowaniu położono nacisk na ochronę desantu, oraz manewrowość, częściowo kosztem uzbrojenia. Duży nacisk położono na ochronę przez bronią masowego rażenia: atomową, biologiczną i chemiczną. W celu zmniejszenia możliwości przenikania opadu radioaktywnego i środków bojowych do wnętrza pojazdu zrezygnowano z portów umożliwiających wykorzystanie broni osobistej desantu bez opuszczania pojazdu. Manewrowość i ochronę pancerną pojazdu uzyskano dzięki zastosowaniu wydłużonego kadłuba szwedzkiego Strv-103. Pierwotny zespół napędowy składający się z małego diesla i turbiny gazowej zastąpiono większym, płaskim, dieslem o dużej mocy. Ponieważ pojazd miał współdziałać z czołgami zrezygnowano z możliwości pływania na rzecz lepszego opancerzenia. Pojazd miał, zależnie od okoliczności pokonywać przeszkody wodne po dnie, lub z wykorzystaniem środków przeprawowych. Przekraczanie rzek po dnie umożliwiały przewożone z zewnątrz pojazdu przewody dostarczające powietrze i odprowadzające spaliny, podobne do tych wykorzystywanych w czołgach (niewidoczne na grafikach), oraz usztywniane kołnierze przewożone z lewej strony, zakładane na górne włazy, umożliwiające szybkie opuszczenie pojazdu przez pasażerów w razie konieczności. Widoczny jest również umieszczony pod przednią, dolną płytą składany lemiesz do samookopywania.
TG-6 (Transporter Gąsienicowy)
Transporter opancerzony, pierwotny wariant pojazdu, wywodzący się jeszcze z projektu następcy małych gąsienicowych transporterów opancerzonych TG-5 i lekkich czołgów CL-5. Załoga składa się z kierowcy, dowódcy i 8 żołnierzy desantu. W związku z opracowaniem wariantu bojowego wozu piechoty, wariant bezwieżowy był wykorzystywany przede wszystkim jako baza pod wersje specjalistyczne: wóz dowódenia, opancerzony ambulans, samobieżny moździerz 120 mm. Bez stałego uzbrojenia, możliwość zamontowania obrotnicy dla ukm-u na włazie dowódcy. Widoczny na grafice pojazdy, należał do serii prototypowej i był testowany w wersji pojazdu ewakuacji medycznej ("pancerny ambulans") w terenie tropikalnym w roku 1970. Również wtedy otrzymał 2 barwny kamuflaż "Ameba".
BTG-6 (Bojowy Transporter Gąsienicowy)
Podstawowym wyróżnikiem wersji bwp (bojowy wóz piechoty) była jednoosobowa wieżyczka z działkiem 23 mm. W przeciwieństwie do BMP-1 zdecydowania się na broń zoptymalizowaną bardziej przeciw piechocie i nieopancerzonym pojazdom, niż czołgom. Te miały być zwalczane przez własne czołgi i wyrzutnie rakiet przeciwpancernych. Załoga składała się z 2 osób: kierowcy i dowódcy w wieżyczce. Dodatkowo dowódca 7-osobowego desantu mógł zajmować miejsce za kierowcą, wyposażone we własne peryskopy obserwacyjne i dostęp do systemu łączności, pełniąc w trakcie jazdy funkcję dowódcy pojazdu, jednak było to utrudnione, ponieważ siedział bokiem do kierunku jazdy. Oprócz działka, pojazd przewoził 3 rakiety przeciwpancerne 9K111 "Fagot", wystrzeliwane z zewnętrznej wyrzutni umieszczonej na wieży (niewidoczna na grafice). System kierowania pociskami stanowił część systemu celowniczego wieżyczki, dzięki czemu celowniczy-dowódca pojazdu nie musiał się z niej wychylać podczas strzelania. Jednak kolejna rakieta w kontenerze startowym musiała zostać umieszczona ręcznie na wyrzutni. Z racji małej objętości wieżyczki, robiło to zwykle jeden z żołnierzy desantu przez górny właz. Ogółem pojazd uchodził za dosyć ciasny z racji kubatury kadłuba, mimo tego że np. żołnierze siedzieli wzdłuż ścian, zwróceni twarzami do siebie, w przeciwieństwie np. do BMP-1, gdzie siedziska były umieszczone na środku przedziału, z plecami ku sobie, a pomiędzy nimi znajdował się zbiornik paliwa.
BGR-6 (Bojowy, Gąsienicowy, Rozpoznawczy)
Bojowy wóz rozpoznawczy, przeznaczony dla pododdziałów rozpoznawczych jednostek pancernych i zmechanizowanych. Od wersji bwp różni się przede wszystkim dwuosobową wieżą, w której umieszczono takie samo, 23 mm działko automatyczne. Załoga od 3 do 8 osób. Z przodu, podobnie jak w transporterze opancerzonym znajdują się 2 stanowiska z osobnymi włazami: kierowcy, oraz dodatkowe miejsce dla operatora radiostacji, lub dowódcy pododziału. Dowódca wozu, oraz celowniczy znajdują się w obrotowej wieży, zaś w zmniejszonym przedziale desantowym może przebywać do 4 żołnierzy. Wozy w wersji BWR dysponowały nieco zmienionym układem wyrzutni przeciwpancernej i przewoziły na niej zwykle pocisk 9M113 "Konkurs" o większym zasięgu niż "Metys", jednak oba typy pocisku mogą być wystrzeliwane z tych samych wyrzutni. Przedstawiony na grafice pojazd pomalowany jest w improwizowany kamuflaż zimowy z rozpuszczonego wapna. Dodatkowe pasy namalowano wykorzystując błoto i czarną farbę na bazie sadzy. Taki kamuflaż jest bardzo nietrwały, jednak może go szybko przygotować sama załoga pojazdu. Dodatkowo na przedniej części pojazdu i wieży rozciągnięta jest biała siatka maskująca.
WPP-6 (Wóz Przeciwpancerny)
Nosiciel przeciwpancernych pocisków kierowanych, modyfikacja wariantu BWR. Początkowo rozważano 2 warianty rakietowego niszczyciela czołgów. Pierwszy, oparty na wersji TO miał być wyposażony w wysuwaną, pojedynczą wyrzutnię. Zdecydowano się jednak na drugi, w którym na zmodyfikowanej wieży wozu BGR-6 umieszczono mieszczącą 2 kontenery z rakietami "Konkurs" zamkniętą wyrzutnię. Decyzja ta była uargumentowana tym, że działające na wysuniętych pozycjach niszczyciele czołgów powinny być trudne do odróżnienia od wozów rozpoznawczych. Dodatkowo, działko umożliwiało walkę z nieopancerzonymi pojazdami przeciwnika. Pojazd zwykle przewoził 3 rakiety gotowe do strzału: 2 w wyrzutni umożliwiającej przeładowanie zasobników, oraz 1 kontener umieszczony na zewnętrznej szynie po drugiej stronie wieży. Duży nacisk przy projektowaniu położono na to, aby wyrzutnia umożliwiała przeładowanie i wystrzeliwanie pocisków bez konieczności opuszczania pojazdu przez członka załogi i wystawiania się na czynniki zewnętrzne w razie użycia przez przeciwnika broni chemicznej lub atomowej. Dlatego też wyrzutnia stanowi rodzaj "śluzy", do której z wnętrza wozu ma dostęp celowniczy. Może on wymieniać puste zasobniki na nowe. 3 rakieta stanowi wtedy środek samoobrony podczas wycofywania się na nowe pozycje i przeładowywania wyrzutni. Zapas rakiet znajdował się na stelażach umieszczonych w tyle pojazdu zamiast miejsc desantu. Zachowano jednak oddzielne stanowisko dla potencjalnego radiooperatora.
Pokazany na grafice pojazd pomalowany jest w "zielony" trójbarwny kamuflaż z przełomu lat 70-tych i 80-tych, oraz dodatkowo zamaskowany miejscową roślinnością.
W historii alternatywnej "Królestwo Kongresowe", które już pojawiało się na moim blogu, nieszczęsny mr. R. przeforsował swego czasu uzbrojenie Wojska Polskiego czasu I wojny światowej w półautomatyczne karabiny Mondragona. Chciał więcej, w tym kompletnie ahistoryczne rkm-y, ale udało się go przedyskutować w innych kwestiach. Jednak te nieszczęsne Mondragony pozostały. Gdy o wiele później czytałem co nieco o tym karabinie, aby trochę lepiej go poznać, im bardziej zagłębiałem się w jego historię i konstrukcję, tym bardziej łapałem się za głowę. Przecież ten karabin nie nadawał się dla żadnej normalnej armii tamtego okresu. Nie wspominając nawet o ówczesnych poglądach na temat marnowania amunicji przez żołnierzy, to sama konstrukcja z racji swojego skomplikowania i podatności na awarie wywołane przez zanieczyszczenia typowe dla pola bitwy (a co dopiero błotnistych okopów I wojny światowej) była jedną wielką katastrofą. Tylko czekającą, aby żołnierze znienawidzili go bardziej niż Amerykanie pierwsze serie M-16. Z resztą zamek Mondragona z racji jego skomplikowania bywa porównywany do zamka wspomnianego M-16.
Mondragon: zwracają uwagę otwory w zamku.
Dla
porównania radziecki SWT: jeden z pierwszych rzeczywiście masowo
produkowanchchy i wykorzystywanych karabinów samopowtarzalnych. Różnica rzuca się w oczy nawet bez rozbierania karabinu: w SWT zamek nie jest bezpośrednio wystawiony na czynniki zewnętrzne, a rączka przeładowania stanowi element osłony zamka.
Czemu piszę o tym tu? Po pierwsze żeby nieco rozruszać to zaspałe miejsce. Po drugie, żeby nieco poprawić "KK", bez wnoszenia gigantycznych zmian. Po trzecie, na historykach.org mr. R. pewnie zacząłby bronić swojego pomysłu, który jest dosyć typowy dla niego: znaleźć jakąś dopiero co wynalezioną nowinkę, która wejdzie do powszechnego użytku dopiero kilkadziesiąt lat później i wprowadzić ją do takiegoż powszechnego użytku w alternatywnej linii czasu bezpośrednio po wynalezieniu. Na przykład faks. W 2 dekadzie XX wieku...
Więc uprzedzam - tekst który zaraz przeczytacie to historia alternatywna, pisana przez osobę która nigdy nie strzelała z prawdziwego karabinu.
W 1892 r. Wojsko Polskie rozpoczęło poszukiwania następcy swoich dotychczasowego uzbrojenia piechoty, które wraz z pojawieniem się nowych karabinów powtarzalnych: francuskiego Lebela, i przede wszystkim niemieckiego Mausera Gw. 1898 stała się wyraźnie przestarzała. Głównym kandydatem i najbardziej prawdopodobnym wyborem był przyjęty rok wcześniej na uzbrojenie przez armię carską karabin Mosin-Nagant wraz z pociskiem 7,62x54mm R. Drugim, nieoczekiwanym kandydatem został samopowtarzalny karabin skonstruowany przez meksykańskiego oficera Mondragona, który w tym czasie negocjował zarówno ze szwajcarskim SIGiem, jak i radomską fabryką broni możliwość produkcji broni jego pomysłu. Karabin Meksykanina został odrzucony jako kompletnie nie przystający do potrzeb pola walki, nieprzystosowany do współczesnej amunicji (prezentowana wojsku wersja wykorzystywała niestandardowy i sprawiający sporo kłopotów szwajcarski nabój 5,2x68mm), oraz podatny na uszkodzenia i zacięcia. Zwłaszcza że polscy wojskowi mogli zapoznać się jedynie z 2 prototypowymi egzemplarzami, pośpiesznie dostosowanymi do szwajcarskich naboi. Jak było do przewidzenia, w wyniku konkursu na stan WP został przyjęty karabin Mosina pod oznaczeniem "Karabin wzór 1893", a wraz z nim, jako standardowy: nabój 7,62 z wystającą kryzą. Jednocześnie uruchomiono w Polsce produkcję zarówno karabinów wz.1893, jak i amunicji, którą później wykorzystywano również w karabinach maszynowych systemu Maxima.
Nie był to jednak koniec historii karabinu Mondragona w Polsce. Inżynier z radomskiej fabryki, który prowadził negocjacje z meksykańskim konstruktorem zauroczył się możliwościami i potencjałem tego karabinu i całkowicie poświęcił dążeniu do jego udoskonalenia. Zyskał do tego okazję, ponieważ mimo dobrych opinii meksykańskiej armii o dostarczonych przez Szwajcarów 50 egzemplarzach serii próbnej, wynik polskiego konkursu skłonił SIG do ograniczenia wydatków na prawdopodobnie nieperspektywiczny projekt. Mondragon, pozbawiony środków na przystosowywanie swojego karabinu do bardziej rozpowszechnionych naboi podjął współpracę z radomskim inżynierem.
Efekt prac zaprezentowano polskim wojskowym w 1907 r. Był to w pełni działający, samopowtarzalny karabin na nabój 7,62 mm. Mimo oczywistej zalety jaką była szybkostrzelność w porównaniu z Mosinem, testy wykazały wady konstrukcji:
-względnie niską celność
-za ścisłe spasowanie części. Mimo że teoretycznie stanowił to zaletę broni, zbytnie skomplikowanie mechanizmów, oraz ścisłe spasowanie utrudniały rozkładanie i czyszczenie karabinu, oraz dobieranie części zamiennych.
-zanieczyszczenia łatwo dostawały się do wnętrza zamka i powodowały zacięcia.
Dodatkowe testy na Nowym Pomorzu wykazały znaczną wrażliwość mechanizmu na wilgoć: w wilgotnym terenie problem zanieczyszczeń na tyle się potęgował, że Mondragony praktycznie nie nadawały się do użytku. Konkluzja wojskowych brzmiała że WP chętnie przyjmie na uzbrojenie karabin znacząc zwiększający siłę ognia piechoty, ale na pewno nie w obecnej postaci. Broń musiała zostać uproszczona i dostosowana do wykorzystania i czyszczenia przez żołnierzy z poboru.
Pierwszym krokiem w modyfikacjach było zwiększenie tolerancji części i uproszczenie bloku gazowego. Próby poprawionego karabinu w 1908 r. przyniosły decyzję o zakupie próbnej partii karabinów samopowtarzalnych.
Rzeczywisty samopowtarzalny karabin Mondragona z 1908 r.
Oprócz tego podjęto również inne decyzje:
-Do zakończenia poprawek i testów kontynuowana będzie produkcja karabinów wz.1893, a nowe karabiny muszą zostać przystosowane do produkcji na tej samej linii fabrycznej.
-układ gazowy zostanie usunięty dla uproszczenia konstrukcji: Mondragon ma stać się karabinem powtarzalnym z zamkiem dwutaktowym. Równocześnie znacznemu uproszczeniu miała ulec rączka przeładowania (m.in. usunięcie przełącznika odcinającego układ gazowy), oraz "szyna po której się poruszała). Pozostawiona zostanie jednak możliwość przywrócenia układu gazowego w przyszłości.
-Mechanizm zamka miał ulec kolejnemu uproszczeniu. Wśród zmian zmniejszających jego skomplikowanie i poprawiających płynność przeładowania, znalazł się wymóg zmniejszenia ilości rygli: do 3 na końcu zamka i 2 z przodu, podczas gdy dotychczas było ich odpowiednio 4 i 3. Uważano że przy konieczności ręcznego przeładowania po każdym strzale, zamek nie musi posiadać aż tylu rygli.
-Magazynek miał liczyć 10 naboi, ale miał być zamontowany na stałe i zasilany od góry z łódek amunicyjnych. Wynikało to z chęci zachowania dotychczasowych ładownic i łódek, przystosowanych do 5-nabojowego magazynku Mosina.
Tak zmodyfikowany "karabin wz. 1910" był podstawową bronią oddziałów pierwszoliniowych Wojska Polskiego w momencie wybuchu wojny światowej w 1920 r. Jednak ponieważ w magazynach mobilizacyjnych nadal znajdowała się znaczna ilość karabinów Mosina, produkowanych do 1913 r. to z nimi wyruszyło na front wiele oddziałów rezerwowych, oraz służb tyłowych. Przejście do walk okopowych, zwłaszcza jesienią i zimą 1920 r. przyniosło skargi na niezawodność Mondragonów: problemów z zacięciami nie udało się wyeliminować mimo kolejnych modyfikacji przed 1910 rokiem. Podjęto wtedy decyzję o ograniczeniu produkcji tych karabinów, na rzecz powrotu do prostszych Mosinów, które dodatkowo produkowano również na potrzeby Rosji. Produkcji Mondragonów nie wygaszono całkowicie, a jedynie przeniesiono z Radomia do znacznie mniejszego zakładu w Gdańsku. Wznowiono również produkcję bloków gazowych, dzięki czemu część karabinów ponownie stała się bronią samopowtarzalną. Wykorzystywano je przede wszystkim w lotnictwie, oraz oddziałach szturmowych.
Wiosną 1922 r. w momencie zawieszenia broni z Niemcami i początku interwencji w Rosji, większość polskiej piechoty i oddziałów tyłowych była wyposażona w karabiny Mosina. Mondragony wykorzystywano m.in. w piechocie górskiej, gdzie wykorzystywała je część podoficerów, oraz członków obsługi broni zespołowych, np. dział okopowych i karabinów maszynowych, traktując je jako środek samoobrony. Szersze rozpowszechnienie nie nastąpiło z powodu problemów z niezawodnością karabinów zimą. Głównym użytkownikiem były jednak przede wszystkim oddziały strzelców konnych, zwłaszcza w "strategicznych korpusach kawalerii", gdzie długość karabinu nie była uważana za taki problem jak w innych pułkach kawalerii gdzie preferowano karabinki. Oprócz tego "korpusy strategiczne" rzadziej niż "zwykła kawaleria" obsadzały okopy pierwszej linii, zwykle wykorzystywano je jako rezerwę w trakcie większych operacji, lub wydzielone oddziały interwencyjne niż środek statycznej obrony. Oznaczało to że żołnierze w korpusach "Północ", "Południe" i "Zachód" mieli po prostu więcej czasu na konserwację swoich karabinów i rzadziej stykały się one z błotem i wodą.
W trakcie interwencji w Rosji nadal produkowano jedynie ograniczoną liczbę karabinów Mondragona: fabryka w Gdańsku, w przeciwieństwie do radomskiej stopniowo przestawiała się na produkcję na potrzeby cywilne, a oprócz tego w radomskie Mosiny wyposażano również oddziały "białych" Rosjan. Jednak na bazie doświadczeń wojennych, karabiny wz. 1910 miały zostać po zakończeniu działań wojennych i demobilizacji gruntownie zmodernizowane. Oprócz przystosowania do działania w trudnych warunkach, miały ponownie stać się karabinami samopowtarzalnymi zasilanymi z wymiennych magazynków. Jednak do czasu zakończenia prac nad nową wersją Mondragonów, WP miało korzystać z wojennych zapasów karabinów Mosin.
Wiem, że nie powinienem, ale za najlepszymi tradycjami internetowego trollingu, po prostu muszę to zrobić.
Otóż w poprzednim poście zadałem pytanie, czemu polskie dyskusje na temat historii alternatywnej prowadzą do scenariuszy aż tak pozytywnych dla Polski. Wtedy próbowałem na ten temat filozofować, mój starszy imiennik prawdopodobnie zainspirowany tym tekstem napisał swoje dwa, które spotkały się ze względnie szerokim oddźwiękiem. Tyle że odpowiedź jest bardzo prosta czemu tak się dzieje. Przez pewną kategorię dyskutantów, których niestety się z tych dyskusji nie ruguje i którzy często zasiedlają mniej wyspecjalizowane miejsca w sieci, np. portale polityczne z elementami historii. A oto i cytat z głównego przedstawiciela tejże grupy:
Osobiście uważam że to nie społeczeństwo jest tak zakompleksione (a nawet jeśli, to w końcu, w naszej historii przydałoby się nieco pokory w wydaniu zbiorowym), a autor powyższego cytatu jest nadmiernym optymistom, z zasobem stałych tematów, które przedstawia tło dla tej złotej myśli. To właśnie taka postawa prowadzi do "realchiefozy", czyli tego co na Alternatehistory.com przedstawia się jako "Wank", czyli scenariusz alternatywny który jest tak optymistyczny, że klasyfikuje się już jak porno. Tyle że są różne rodzaje porno. Podczas gdy niektóre scenariusze na AH.com są na tyle wyrafinowane, że dobrze się je czyta z literackiego punktu widzenia, to... istnieją też i scenariusze równie słabe co... Nie, nie będę tego pisał.
Tylko niestety "realchiefoza" to próba traktowania "wanku", tak, jakby to był realistyczny, dobrze opracowany scenariusz podparty źródłami. I nie ważne że prawdopodobieństwo, czy pewne elementy "równowagi szczęścia" są naginane. Nie ważne, czy też nieprawdziwe są obiekcje innych dyskutantów, również nowych, o świeżym spojrzeniu. To wszystko jest spisek przeciw Polsce, nawet jeśli akurat ta Polska tak na prawdę nie istnieje.
Cóż, miałem zamiar stworzyć taką grafikę już dawno temu (tyle że bez tekstu) i wkleić ją pod tekstem naszego myśliciela w momencie gdyby poruszył któryś ze zilustrowanych tematów. Ale cóż, pozwolę sobie jedynie przedstawić porównanie:
Tak wygląda dyskusja "zainfekowana": http://www.historycy.org/index.php?showtopic=96396&pid=1203649&st=915&#entry1203649
A tak powinna wyglądać porządna dyskusja alter-historyczna: http://www.historycy.org/index.php?showtopic=9039&st=2265
Post tej jest pisany dosyć spontanicznie i najprawdopodobniej nie zostanie nawet sprawdzony pod względem składni i innych błędów (A powinien. To jeden z moich największych błędów: często zaniedbuję autoredakcję swoich tekstów, w których następnie pojawiają się różne potworki).
Czym jest historia alternatywna nie będę się rozpisywał. A jeśli ktoś kompletnie nie wie: chodzi o rozważania w rodzaju "co by było gdyby". Rozważania te mogą być różne, prowadzone w najróżniejszy sposób. Mogą być zarówno podstawą do fabuły powieści, jak i podstawą do pewnej analizy.
Nie będę się rozpisywał o polskich powieściach z gatunku historii alternatywnej, bo nie o tym głównie chcę napisać. Może poza pewnym spostrzeżeniem, że gatunek ten w Polsce zdominowały osoby o raczej prawicowych poglądach. W takim czy innym odcieniu, ale jednak tą "klasyczną AH" piszą u nas akurat takie osoby. O innych, różnych rodzajach fantastyki "z elementami" nie będę się wypowiadał, bo po prostu straciłem rozeznanie w nowościach wydawniczych.
No i mamy najróżniejsze rozważania i dyskusje internetowe. Tu, zwłaszcza te luźniejsze również toczą się najczęściej na portalach które określiłbym jako politycznie wyraziste.
Ale jest też pewna grupka uważająca, że zajmuje się "poważną historią alternatywną". Taką z punktem zmiany biegu dziejów, z dążeniem do analizy różnych opcji, z opieraniem się na źródłach i próbami uwzględniania czynnika losowego. Powstała ona na forum Historycy.org i stworzyła kilka gigantycznych tematów, w tym "Królestwo Kongresowe" który już pojawiał się w moich wpisach. No właśnie. Cechą charakterystyczną tej grupy było właśnie konstruowanie ogromnych wątków które w pewnym momencie stawały się swego rodzaju "uniwersami", takimi jak te związane np. z cyklami powieściowymi. Pojawiały się różne szczegóły i szczególiki, tworzące obraz tego alternatywnego świata. Jednak pozostaje jeszcze jedna ciekawa kwestia. Otóż tak wyszło że te "wątki-giganty" przedstawiały rzeczywistość lepszą dla Polski niż ta, która się wydarzyła. Pytanie czemu? Czy był to efekt zbiorowej terapii polskiej historii, dążenie do tego, aby dowiedzieć się co by było gdyby Polska funkcjonowała jak kraje zachodnioeuropejskie, "dostała szansę", czy była "normalnym krajem"? Być może przebijało się to podskórnie, mniej lub bardziej nieświadomie w jakiś sposób w trakcie tworzenia tych rzeczywistości. A może wynika to po prostu z takiego, a nie innego doboru punktów rozbieżności i to właśnie te nt. możliwego lepszego przebiegu dziejów były bardziej atrakcyjne dla dyskutantów właśnie z wymienionych już powodów. A może był to efekt światopoglądu jakiś użytkowników z tej grupy, którzy świadomie dążyli żeby "dopakować" alternatywną Polskę. Jest jeszcze inna możliwość. Może ten przesadny optymizm wynika z takiego, a nie innego, lokalnego postrzegania historii powszechnej. Osoba interesująca się historią, a mieszkająca w Polce raczej jest w stanie więcej powiedzieć o historii Polski, niż Francji, Hiszpanii, czy Wielkiej Brytanii i tym samym łatwiej jej jest znaleźć argumenty na poparcie wersji pozytywniejszej dla Polski, po po prostu zna ewentualne "asy w rękawie" właśnie polskie, a nie np. austriackie.
A jak jest "na zachodzie"? Istnieje swego rodzaju gigant, czyli forum Alternatehistory.com, można powiedzieć że globalne, na którym toczona jest ogromna ilość dyskusji i prezentowane jest wiele najróżniejszych, prowadzonych na różny sposób linii czasu. Wg. mnie jest też pewna ważna różnica pomiędzy działami "alternatywnymi" na Historykach, a forum AH.com. Otóż, to że działy te są częścią forum ogólnohistorycznego, dążącego do rzetelnego przedstawiania faktów historycznych, w działach alternatywnych dopuszczalne są jedynie dyskusje. Oczywiście "wątki giganty" zawierają elementy fabularne, ale pozostają one nadal częścią dyskusji. Za to na AH.com dopuszczalne są nie tylko dyskusje, ale również autorskiej, często bardzo fabularne linie czasu. Dana osoba po prostu przedstawia swoją wizję alternatywnej rzeczywistości wokół której może toczyć się dyskusja. Poza tym są tam elementy które nie mają prawa bytu na Historykach. Po pierwsze wszelkiego rodzaju "trivia" althistoryczna: mapy, grafiki, dyskusje nt. obecności HA w popkulturze, o książkach. Po drugie, nie ma problemu z obecnością "political fiction", czyli wszelkiego rodzaju dyskusji i twórczości dziejących się obecnie, bez "dwudziestoletniego zakresu bezpieczeństwa). Po trzecie, po zarejestrowaniu się, ma się dostęp do działów:
Z literaturą osadzoną w alternatywnej rzeczywistości, tworzoną przez użytkowników: mniej lub bardziej poważnymi i prawdopodobnymi powieściami w odcinkach, opowiadaniami itp.
Dotyczącego "future history", czyli przyszłości, od bliskiej futurologii, aż po granice "space opery".
Oraz istniej dział dotyczący "Alien Space Bats". Czyli rozważań "kompletnie od czapy". W nich uchodzi wszystko, nie ma konieczności trzymania się prawdopodobieństwa. Magia, przenosiny w czasie, fantastyczne kontynenty, inwazja robali z kosmosu w trakcie I Wojny światowej i czołgi uzbrojone w piły łańcuchowe? Spokojnie, nie ma problemu, akurat w tym dziale rządzi "Rule od Cool".
No właśnie. Z jednej strony traktuję AH.com jako "Mekkę historii alternatywnej", a z drugiej, jest we mnie pewna rozbieżność. Jeśli na Historykach staramy się poważnie podchodzić do historii alternatywnej, to czemu zawsze wychodzi nam wynik pozytywny dla Polski? Nie piszę tu już o skrajnościach w których osoba uważa stagnację (czyli brak rozwoju) za porażkę i "działanie na niekorzyść alternatywnej Polski", podczas inni starają się mu wytłumaczyć że jest najbardziej prawdopodobna opcja, a i tak Polska dobrze na tym wychodzi. Być może wynika to właśnie z takiego szantażu emocjonalnego. A może jest to po prostu brak zagranicznej perspektywy i efekt małego, dosyć hermetycznego "światka", który właśnie po prostu lepiej zna te rodzime "asy w rękawie" o których już wspominałem.
Teraz wyobraźmy sobie, czy mógłby powstać polski odpowiednik AH.com. Z możliwością tworzenia własnych autorskich linii czasu i szerszymi możliwościami dyskusji niż obecnie na Historykach. Z jednej strony nie wiem kto byłby w stanie taki serwis/forum stworzyć. Mam idee, tak? Ale nie mam czasu żeby nad nim siedzieć (zamiast tego wpisu powinienem pisać moją nieszczęsną pracę magisterską). Nie wiem czy miałbym odpowiedni zapał i wiedzę historyczną, żeby moderować takie forum. Poza tym, po prostu nie mam umiejętności informatycznych, żeby je postawić i nim administrować. A fanpage, czy grupa na Facebooku, z racji jego konstrukcji nie jest najlepszymi miejscem na taką inicjatywę. Kwestia kolejna, przypuścimy że jednak znalazł się ktoś z umiejętnościami i chęciami, żeby ruszyć taki portal. Ale. Jeśli piszemy o forum, to tak na prawdę tworzą je użytkownicy, dyskutując i publikując swoją twórczość. I ogarniają mnie wątpliwości, czy w ogóle jest w Polsce wystarczająco dużo osób interesujących się historią alternatywną żeby takie forum żyło i generowało ciekawy, oraz realistyczny "kontent". Zaraz za tym, czai się kolejne niebezpieczeństwo. Że przez brak tych rozważnych i dobrze piszących użytkowników forum szybko stałoby się miejscem "gimbusiarstwa, brzozomanii i innych politycznych przepychanek". Po prostu zostałoby opanowane przez osoby nawet nie mające takich wątpliwości co ja: niedouczonych gimnazjalistów i studentów zadających infantylne pytania i prezentujących tematy w których Polska w 10 lat podbija całą Eurazję, twórców teorii spiskowych i zacietrzewionych zwolenników skrajnych opcji politycznych, głoszących tylko "swoją i najswojszą prawdę", z którymi nie da się dyskutować, podczas gdy osoby szczerze interesujące się historią nie zaglądałby tam i nie dzieliły się swoją wiedzą, bo "historia alternatywna to nie historia". Szczerze, to sam miałbym problemy z tworzeniem składnej, obszernej i ciekawej autorskiej linii czasu, dodatkowo opartej na rzetelnych źródłach. Przede wszystkim z racji lenistwa. A może jednak by spróbować? Tyle że nie poświęcę dla tego swojej magisterki, która i taki idzie mi jak krew z nosa, nie mam doświadczenia w tworzeniu forów internetowych, wydaje mi się też że klasyczne fora stają mogą odchodzić do lamusa wraz ze zmianami struktury internetu: dominacji wielkich serwisów w stylu TouTube i Facebook i wzrostu znaczenia filmu i obrazu w porównaniu z tekstem. No i przede wszystkim kwestia tego, czy takie forum nie przepadłoby po jakimś czasie z powodu łącznie 20 zarejestrowanych użytkowników i przewagi wątków o Smoleńsku, Magdalence i Mędrcach Syjonu., a więc stojących w kompletnej opozycji do idei takiego forum. Może po prostu nie da się tworzyć porządnych linii czasu w hermetycznym środowisku i trzeba się przenieść i udzielać na AH.com. Tylko ten język, chciałoby się podyskutować po polsku...
Rzecz o której piszę miała miejsce aż 2 tygodnie temu, ale z powodu mojej dosyć leniwej natury i przygotowań do zlotu, które zajmowały mi czas, nie znalazłem go wtedy na tyle, żeby napisać chociaż krótką wzmiankę. O co chodzi? Otóż zostałem opublikowany! Ale może wytłumaczę na spokojnie, bez wykrzykników.
Otóż swego czasu napisałem swoją pracę licencjacką, na temat alternatwynych granic politycznych na Bliskim Wschodzie po 1918 roku. Polegało to mniej więcej na przejrzeniu momentów w historii Bliskiego Wschodu w którym mogła się ona potoczyć inaczej, przede wszystkim po zakończeniu I Wojny światowej, a następnie przedstawienie najbardziej realistycznej wersji, oraz przede wszystkim: przedstawienie jej na mapie. W końcu praca była pisana na geografii, a nie historii. Oczywiście, jak to w porządnej publikacji naukowej znalazł się tam rozdział teoretyczny, w którym napisałem na czym polega porządna historia alternatywna/kontrfaktyczna, czyli taka z odpowiednio dobrany PoD (również czym jest PoD) i jakich zasad powinno się trzymać, żeby nie popaść przy tym w fantastykę z podróżami w czasie i różnymi "nation-wank". Przyznam że do tego podrozdziału przydało mi się doświadczenie z dyskusji w działach historii alternatywnej na historycy.org. A następnie te rozważania czym jest historia alternatywna i czym powinna być, przeniosłem na geografię, opisując coś, co można określać jako "geografia kontrfaktyczna". Czyli rozważania geograficzne opierające się na pytaniu "co by było gdyby", z zachowaniem zasad tworzenia porządnej HA. A ponieważ mój promotor, dr. hab. Marcin Solarz w następnym roku, rok temu organizował Konferencję Młodych Badaczy, która odbywa się w moim instytucie, zaproponował mi, żebym przerobił rozdział teoretyczny pracy na artykuł który mógłbym przedstawić na tej konferencji, oraz dodał do niego mapy. No i go przedstawiłem:
Może i wyglądam na łapczywego na wodę, ale po prostu przedstawiałem swój tekst tak energicznie, że przekroczyłem przeznaczony na to czas...
Artykuły przedstawione na konferencji miały znaleźć się w zbiorczym opracowaniu i w końcu się znalazły. Właśnie dla tego piszę: 2 tygodnie temu dostałem egzemplarz autorski książki, w której znalazł się mój artykuł: po ponad roku poprawek i innych kwestii związanych z przygotowaniem i wydaniem książki, w końcu zostałem opublikowany. Nie gdzieś tam w internecie, ale w najprawdziwszej, papierowej książce. Może i jest to niszowa publikacja naukowa, ale co tam, oto i ona:
Okładka
Fragment spisu treści. Jak to niektórzy mówią: jest lans...
Przykład map, jakie znalazły się w artykule.
Plus kolorowe, anglojęzyczne wersje dwóch z map z pracy i artykułu:
Bliski Wschód w wersji: Co by było gdyby korespondencja Hussein-McMachon doszła do skutku, ale sytuacja po wojnie byłaby "płynna".
"Wielka Syria" powstała w wyniku kompromisu między Feisalem, a Francuzami: swoiste przeniesienie "mandatu irackiego" na Syrię: Przez pierwsze lata po wojnie Syria będąca mandatem francuskim (i brytyjskim w Transjordanii), ale po ich upływie stopniowo usamodzielniająca się, przy zachowaniu kontroli francuskiej na wybrzeżem lewantyńskim.
Uznałem że będę co jakiś czas wrzucał fragmenty alternatywnej historii "Królestwo Kongresowe", o której jakiś czas temu już pisałem: http://jeremak.blogspot.com/2012/12/krolestwo-kongresowe.html Przede wszystkim swoje teksty i opracowania, wzbogacane, dla atrakcyjności zdjęciami, być może grafikami, fotomontażami i mapami. Uznałem że do nie moich tekstów będę jedynie linkował i być może dodawał jakieś "obrazki". Tak z czystej przyzwoitości, żeby nie podpisywać się pod czymś co kompletnie nie jest mojego autorstwa. Zacznijmy więc od wybuchu wielkiej wojny. Sam tekst bez grafik można znaleźć w tym temacie: http://www.historycy.org/index.php?showtopic=71090&hl=
Czerwiec 1918: Albania od czasu
uzyskania niepodległości na Kongresie Poczdamskim nie mogła pochwalić
się stabilną sytuacją polityczną: walki klanowe, kolejne przewroty, na
przemian zasiadanie na tronie kolejnych przywódców i ogłaszanie
republiki. To Albania nazywana jest w tej linii czasu "Chorym człowiekiem Europy",
bo Turcja jest niejako "utrzymywana w śpiączce". I na dodatek, tak na
prawdę nikt nie miał pomysłu co z tym górzystym krajem zrobić. Po
Kongresie Londyńskim na tronie albańskim zasiadł młody książę Leopold
Ferdynand Habsburg, syn Ferdynanda, byłego Wielkiego Księcia Toskanii.
Leopold Ferdynand Habsburg
Jednak nie zdobył poparcia i w 1908 nastąpił przewrót republikański po
którym władca wyjechał z kraju. A ponieważ miał opinię alkoholika i
kobieciarza, trwoniącego pieniądze, Austro-Węgry nie zareagowały na
zmianę rządów, zwłaszcza że nowy premier zagwarantował ochronę interesów
austriackich w Albanii. Jednak struktura władzy, oparta o kliki i klany
pękła po 10 latach: nastąpił kolejny zamach stanu. W lipcu, na
podstawie tajnego porozumienia pomiędzy Włochami, a Grecją, krajami
które od dawna ostrzyły sobie zęby na Albanię, rzekomo w celu
„zaprowadzenia porządku”, do kraju wkraczają od południa wojska greckie,
a na wybrzeżu lądują żołnierze włoscy. Wg. porozumienia Grecja miała
włączyć w swoje granice rejony miast Korçë, Tepelenë i Gjirokastër, zaś
reszta kraju miała się stać włoskim protektoratem. Przez półtora
miesiąca, kiedy to nastąpił zamach stanu, oraz interwencja
włosko-grecka, Federacja Naddunajska nie mogła zareagować, ponieważ
musiała sobie poradzić z innym kryzysem, rozpoczętym dosłownie tydzień
przed przewrotem w Albanii, w Czarnogórze. W czasie wizyty króla
Mikołaja I w Rosji, jeden z wyższych dowódców wojskowych, nacjonalista o
poglądach pansłowiańskich i antyaustriackich, wynikłych z jego
kontaktów z rosyjskimi wojskowymi, oraz skrajnymi kręgami chorwackimi,
wkracza na czele części wojska do stolicy.
Mikołaj I, król Czarnogóry. W tej historii alternatywnej również teść cara Rosji, Mikołaja II.
Następca tronu ucieka do
Serbii, nad Dunajem następuje konsternacja. Czarnogóra jest podzielona:
mimo że pod kontrolą puczystów znajduje się jedynie Cetynia i jej
okolice, to administracja jest sparaliżowana. Wiedeń mocno naciska na
„rząd” cetyński i przygotowuje siły chorwackie do ewentualnej
interwencji. Niezależnie szykuje się do niej również Serbia, przy cichym
przyzwoleniu Federacji. W Bułgarii zaniepokojenie: Grecy oprócz sił
użytych do zajęcia Albanii skoncentrowali również oddziały (zapewne
osłonowe) na pozycjach w rejonie Salonik, możliwe że w celu ewentualnej
reakcji i zajęcia miasta w razie wybuchu wojny. Co więcej, na ostatnim
spotkaniu bułgarskich i rosyjskich oficerów sztabów generalnych
rozważano scenariusz "co dalej o przejściu przez cieśniny". Wśród opcji
znalazły następujące opcje: przejście Floty Czarnomorskiej do Bejrutu
lub Trypolisu, zajęcie Salonik jako bazy wypadowej, oraz właśnie
bułgarska inwazja na Albanię i przejście części Floty wokół Grecji do
Durres, skąd mogłaby blokować flotę Austro-Węgier w razie jej udziału w
wojnie i organizować wypady na brytyjskie szlaki przez Morze Śródziemne.
Tak więc Bułgarzy rozpoczynają na wieść o niepokojach w Czarnogórze, a
tym bardziej grecko-włoskiej inwazji wstępne przygotowania do wojny,
wietrząc za tą inwazją działania jakiś większych mocarstw i obawiając
się "rozlania" kryzysu czarnogórskiego. Rozwiązanie kryzysu następuje
na przełomie czerwca i lipca: najpierw Czarnogórcy własnymi siłami
zaprowadzają porządek w swoim kraju: oddziały zbrojne z pogranicza z
Serbią, doposażone bronią z serbskich magazynów, zajmują stolicę. Razem z
nimi wracają rząd, następca tronu, a wkrótce potem z Rosji wraca
również król Mikołaj I. Federacja Naddunajska przenosi swoją uwagę na
Albanię: siły zgrupowane w Bośni pozostają na swoich pozycjach, flota
wychodzi w morze. Wiedeń przedstawia Włochom i Grecji ultimatów w
sprawie ich wycofania się z Albanii. Uzyskuje również poparcie Wielkiej
Brytanii, dzięki której naciskowi Grecja wycofuje się jako pierwsza, co
uspokaja władze bułgarskie, które odwołują mobilizację. Włochy,
pozostawione same, nie mogące liczyć na wsparcie żadnego z mocarstw
również wyprowadza swoje oddziały z Albanii, której rządy przejmuje
ponownie wojskowa klika, działająca w oparciu o część z największych
klanów.
Żołnierze greccy na południu Albanii, lato 1918.
Grudzień 1919: na Krecie, Dodekanezie i Rodos wybuchają
powstania. Ich powodem jest ograniczenie autonomii miejscowej
administracji na Rodos i Dodekanezie, kontrolowanych pośrednio przez
Kemala Paszę, a na Krecie, podporządkowanej rządowi stambulskiemu, chęć
wykorzystania sytuacji. Jednak Grecja, pozostająca nadal w kryzysie
parlamentarnym, będącym efektem awantury albańskiej nie jest w stanie
realnie pomóc powstańcom. O ile Kreteńczycy, pod wodzą pro-francuskiego
Eleutheriosa Venizelosa (któremu kompletnie nie po drodze z
pro-brytyjskimi i pro-niemieckimi Atenami), radzą sobie na tyle dobrze,
że wkrótce resztki sił tureckich zostają okrążone w Iraklionie, to na
Dodekanezie i Rodos, w wyniku szybkiej i zdecydowanej akcji wojsk Kemala
powstanie upada.
Styczeń 1920: po zwycięstwie na Rodos, widząc
jak rząd w Stambule chwieje się po nieudanej próbie zaprowadzenia
porządku na Krecie, Kemal Pasza nakazuje dowódcy garnizonu i bazy
marynarki w Smyrnie przygotowanie środków wystarczających do
przerzucenia i zaopatrywania ewentualnych sił Kemala na Kretę. Dowódca
bazy odmawia, tłumacząc się że podlega jedynie rozkazom ze Stambułu.
Rozpoczyna się lądowa blokada Smyrny (dziś. Izmir). W odpowiedzi rząd
sułtański próbuje zmienić na własną rękę dowódcę korpusu faktycznie
podległego Kemalowi (a jedynie teoretycznie rządowi) i stacjonującego
najbliżej cieśnin, mając nadzieję że tym samym zmieni stosunek sił na
swoją korzyść. Dowódca odmawia i samowolnie rozpoczyna na swoim obszarze
mobilizację do poziomu wojennego. Stambuł stoi w obliczu jawnego buntu
jednego z wyższych dowódców wojskowych. To kompletnie inna sytuacja niż
do tej pory, ponieważ nawet Kemal Pasza "formalnie" uznawał władzę
sułtana i w pewnym stopniu jego rozkazom, jednocześnie zachowując
praktyczną niezależność.
Mustafa Kemal Pasza, wiosna 1920.
Początek marca 1920: Rząd stambulski
mobilizuje swoje oddziały w europejskiej części imperium i rozpoczyna
negocjacje z mocarstwami nt. ewentualnej zgody na ich przerzut przez
cieśniny do Azji Mniejszej. Rokowania jednak przedłużają się, a siły
skoncentrowane w Tracji nadal czekają. W tym samym czasie trwają już
pierwsze walki o miasto Bursa i nad rzeką Sakkaria, siły Kemala zajmują
blokowaną do tej pory Smyrnę, jednak z generalnym uderzeniem Kemal czeka
na koniec zimy w górach Anatolii, aby można było rozpocząć
mobilizację.
19 marca: W Ankarze Kemal Pasza powołuje Wielkie
Zgromadzenie Narodowe i w jego imieniu ogłasza oficjalnie generalną
mobilizację na kontrolowanych przez siebie terenach.
2 kwietnia:
Rozpoczyna się ofensywa kemalistów w kierunku Stambułu. Rząd sułtański,
bez porozumienia z mocarstwami rozpoczyna mobilizację oddziałów milicji w
strefie zdemilitaryzowanej i część z nich rzuca na front. Panika w
dowództwach brytyjskiego i rosyjskiego kontyngentu w strefie, oraz w
ministerstwach spraw zagranicznych tych krajów, gorączkowe dyskusje:
„Czy interweniować? Czy strona sułtańska pogwałciła ustalenia
traktatowe?, Co mają robić oddziały w Stambule, jak zachować się wobec
kemalistów, którzy wkraczają do strefy zdemilitaryzowanej i nadal
nacierają?” Dowódca zmobilizowanej przez rząd stambulski milicji na
półwyspie Dardanele przechodzi na stronę Kemala: jego siły rozbrajają
słabą brytyjską obsadę fortów na brzegu cieśniny i same obsadzają te
fortyfikacje: Cieśnina Dardanele znajduje się de facto pod kontrolą
buntowników.
16 kwietnia: Całe azjatyckie wybrzeże strefy cieśnin znajduje się w rękach kemalistów.
17
kwietnia: W Stambule wybucha powstanie: zwolennicy Kemala zajmują
większość miasta i przedstawiają ultimatum de facto okrążonym
kontyngentom brytyjskiemu i rosyjskiemu: mają się ewakuować ze strefy
cieśnin w ciągu 50 godzin. Jeśli to zrobią, zapewnione zostanie im
bezpieczeństwo wyjścia, a nowy rząd Turcji zagwarantuje nienaruszalność
cieśnin na zasadach określonych w Traktacie Poczdamskim. Brytyjski
dowódca, w porozumieniu z dyplomatami będącymi w mieście (lecz bez
wiedzy Londynu), którzy prowadzili nieoficjalne rozmowy z
przedstawicielami Kemala, wycofuje się ze Stambułu i maszeruje w stronę z
Dedegac (dzisiejsze Alexandorupolis), skąd ma nadzieję zostać
ewakuowany wraz ze swoim kontyngentem. Zaś dowódca rosyjski odmawia
wycofania się, wysyła radiogram o sytuacji do Rosji i szykuje się do
obrony pałacu Tokapi, gdzie do tej pory znajdowały się urzędy i koszary
międzynarodowego zarządu strefy cieśnin (oraz dowództwo całości i
garnizon części obu kontyngentów. Sułtan rezydował w pałacu Dolmabahce).
Na terenie szykowanego do obrony kompleksu znajdują się również Sułtan z
rządem, którzy uciekli przed powstańcami, oraz gromadzą się cywile
obawiający się nowej władzy: głównie Ormianie Grecy i Turkmeni. Wraz z
wkroczeniem Kemalistów do Stambułu, zajęli oni również kilka
przebywających akurat w porcie frachtowców bułgarskich, oraz całkowicie
zamknęli cieśniny dla żeglugi "do czasu przywrócenia porządku w portach
cieśnin i Morza Marmara". Oznacza to narastające z każdym dniem straty
dla handlu rosyjskiego i bułgarskiego. Petersburg decyduje się na
interwencję przeciw Kemalowi.
Pałac Topkapi: "ostatni bastion" kontyngentu rosyjskiego w Stambule po powstaniu kemalistów.
19 kwietnia: Kemal Pasza
triumfalnie wkracza do Stambułu. Nadal walki z kontyngentem rosyjskim.
Brytyjczycy ewakuują się z Turcji
22 kwietnia: 51 Dywizja
Piechoty wysadza desant w Synopie, a pierwsze oddziały XXVIII Korpusu
lądują nad Bosforem i wkrótce odblokowują oblężony garnizon. Kemal Pasza
ucieka ze Stambułu do Izmiru. Bułgaria ogłasza mobilizację.
Okręty Floty Czarnomorskiej przechodzą przez Bosfor: w tle Stambuł.
23 kwietnia: Na wieść o desancie rosyjskim, zostaje ogłoszona mobilizacja Royal Navy25 kwietnia pierwsze oddziały wkraczają do Tracji. W toku interwencji, 29
kwietnia Bułgarzy wkraczają do Salonik "W celu zapewnienia bezpiecznego
dostępu bułgarskiego handlu do rynku międzynarodowego". Powszechną
mobilizację ogłasza Serbia, która znajduje się od ok. roku w sporze z
Bułgarią, obawiając się że zostanie zaatakowana. Z racji małego
terytorium, serbski plan wojny z Bułgarią zakładał uderzenie prewencyjne
w kierunku Sofii, mające na celu zdestabilizowanie państwa bułgarskiego
i narzucenie mu swoich warunków pokoju, zanim przybędą Rosjanie.
Bułgarzy wkraczają do Salonik
7
maja: pierwsze oddziały serbskie przekraczają granicę: początek wojny
serbsko-bułgarskiej. Bułgarzy w panice przerzucają siły z Tracji pod
Sofię i do Macedonii, pozostawiając na terytorium tureckim jedynie 2
dywizje. Rosjanie, których korpus już okopał się nad Bosforem i
Dardanelami, decyduje się w celu odciążenia Bułgarów na przerzucenie
Floty Czarnomorskiej do Salonik i innych portów Tracji i wsparcia sił
okupacyjnych. 9 maja przejście na Morze Egejskie jest zakończone i
prowadzone są regularne patrole. Rozpoczyna się mobilizacja w Odesskim,
Kijowskim i Kaukaskim OW: XXVIII Korpus ma związane ręce zadaniami
okupacyjnymi i nie może prowadzić działań ofensywnych przeciw
Kemalistom. Potrzebne są uzupełnienia. 10 maja Wielka Brytania
przedstawia Rosji ultimatum: w ciągu 24 godzin na rozpocząć wycofywanie
Floty Czarnomorskiej z terytorium Turcji. Brak odpowiedzi w tym terminie
będzie oznaczał wojnę
11 maja: Wielka Brytania ogłasza że "W
związku z naruszeniem neutralności cieśnin, oraz okupacją terytorium
Imperium Osmańskiego, chronionego traktatami międzynarodowymi, które
ratyfikowała również Rosja i Wielka Brytania, Wielka Brytania jest
zmuszona wypowiedzieć wojnę Rosji."
HMS "Queen Elizabeth": 8 (w porównaniu do 5 wybudowanych w rzeczywistości) szybkich pancerników tego typu wchodziło w alternatywnym 1920 w skład Medditerean Fleet: głównej
siły Royal Navy, gotującej się od lat do decydującego starcia z czającą
się za cieśninami czarnomorskimi rosyjską Flotą Czarnomorską.
13 maja: Francja, zobowiązana umowami sojuszniczymi z Rosją, wypowiada wojnę Wielkiej Brytanii. Serbowie
nie są w stanie złamać oporu zmotywowanych Bułgarów i utykają, nie
osiągnąwszy założonych celów. Przerzucona koleją z rejonu Salonik (a nie
do Macedonii, oraz o wiele szybciej niż przewidywali to Serbowie) 3
Armia bułgarska gen. Dimitriewa kończy koncentrację na północ od Sofii i
uderza z zaskoczenia na skrzydło wojsk serbskich. 17 maja Bułgarzy
są już w Niszu. Siły serbskie znacznie ucierpiały podczas panicznego
odwrotu, pozostawiając za sobą wiele uzbrojenia, zapasów i jeńców.
Rozbite starają się dotrzeć na północ od Niszu. Zaś siły spod Skopje
prowadzą w miarę zorganizowany odwrót do Kosowa. Również 17 maja,
wieczorem, Federacja Naddunajska stawia Bułgarii ultimatum: w ciągu 24
godzin ma wycofać swoje siły z Serbii. Bułgaria nie odpowiada: 18 maja
Federacja Naddunajska wypowiada wojnę Bułgarii.
Odwrót armii serbskiej po kontrofensywie bułgarskiej.
19 maja: Polska
stawia Federacji Naddunajskiej ultimatum co do wojny z Bułgarią. Kilka
godzin później Rosja wypowiada Federacji wojnę. 20 maja: Z powodu
braku odpowiedzi na ultimatum, Polska wypowiada wojnę Federacji
Naddunajskiej. Niemcy wypowiadają wojnę Polsce i Rosji.