Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

czwartek, 2 stycznia 2014

Poświąteczne wypady

Pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Sylwestrem miałem okazję dwukrotnie wybrać się z chłopakami z zastępu w teren. Nie było to nic wyczynowego, wypady zaliczały się raczej w kategorii "spaceru po lesie" niż wędrówki, mimo tego że zrobiliśmy całkiem "zdrową" ilość kilometrów. Jednak głównymi elementami wypadów było gotowanie w terenie: sprawdzenie kilku metod i dań, oraz zestawu naczyń, który wygrali na tegorocznym rajdzie "Gacek". Uprzedzając: post będzie raczej fotograficzny niż tekstowy.
27 grudnia ruszyliśmy na zachód, w kierunku Retkowa. Tereny są dosyć fajne, a jednocześnie do tej pory praktycznie tam nie zaglądaliśmy.
Bobrza robota na "strumieniu" Góżnik, który w samym Stanisławowie jest nazywany po prostu "kanałem", a w bezpośrednim pobliżu miejscowości pełni funkcję rowu melioracyjnego. Jako ciekawostkę, częściowo potwierdzającą spostrzeżenia mojego imiennika: http://boskawola.blogspot.com/2013/12/bobrza-inwazja.html dodam, że zdjęcie zostało wykonane tuż obok obsługującej Stanisławów oczyszczalni ścieków, która wypuszcza oczyszczoną wodę właśnie do tego cieku wodnego. Możliwe że nawet złapała się po prawej w kadr.
Po drodze natknęliśmy się na taką malowniczą wysepkę na zalanym wyrobisku piachu i nastąpiła decyzja że "rozkładamy się tutaj"
Oni wzięli się za robienie jajecznicy nad ogniskiem, a ja starałem się zagotować herbatę na kuchence spirytusowej, korzystając z 4 gwoździ, które zabrałem jako improwizowany stojak pod kubek.
Podsmażanie cebuli z kiełbasą.
Jak widać, otwarte ognisko ma tą wadę, że trzeba zużyć w nim sporo drewna, żeby uzyskać wystarczająco duży płomień.
Gdy wszyscy najedli się całkiem niezłą jajecznicą, ruszyliśmy w dalszą drogę, "rozpoznając" lasy na zachód od Retkowa.
Całkiem sprawne, znalezione w lesie krzesełko...

Kolejny wypad miał miejsce 30 grudnia. Gotowanie było tym razem zaplanowane jako główny punkt, więc ruszyliśmy do znanego nam punktu w okolicach Ładzynia. Tym razem mieli się pojawić również młodsi harcerze z gimnazjum, ale nie dopisali.
Tym razem testowaliśmy 2 kolejne rzeczy: kuchenkę na paliwo stałe Esbita i "ognisko Dakotów", czyli ognisko palone w dołku, do którego powietrze dociera z drugiego dołka, wykopanego obok pod kątem.
Kuchenka Esbita: płomień nie zachwycał, ale jednocześnie takie są jej założenia.

Na 3 powyższych zdjęciach widać jak pali się takie "ognisko Dakotów". Według mnie jest lepsze niż zwykłe, otwarte ognisko. Ponieważ powietrze dociera do niego od dołu, lepiej się pali, zostawia mnie popiołu i niespalonych węgli, "cug" dodatkowo powoduje że dym nie snuje się po ziemi, a idzie ku górze i jest mniejszy, a więc i trudniej go zauważyć. No i o wiele łatwiej jest postawić nad takim ogniskiem garnek, czy patelnię. Ugotowaliśmy na tym ognisku herbatę i upiekliśmy naleśniki z przygotowanego wcześniej przez Rafała ciasta.
Ponieważ przesiedzieliśmy tam najdogodniejszy autobus do domu, Łukasz postanowił poczekać u Rafała na kolejny, a ja ruszyłem z Ładzynia do Stanisławowa na piechotę. Zajęło mi to około... godziny? Przyznam że już nie pamiętam, ale wróciłem do domu już po ciemku, przy okazji na samym końcu drogi, w "krzakach" na granicy lasu i stanisławowskich zabudowań natykając się na grupkę chłopaczków z podstawówki bawiących się petardami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz