Zaczęło się od tego:
Znaczy się: oczywiście że zaczęło od przeczytania książki w gimnazjum, ale będę pisał o filmie, najnowszej ekranizacji. Z resztą trailer wrzuciłem nawet na swoją swoją facebookową tablicę z dopiskiem "Kręcą Kamienie na szaniec i ja nic o tym nie wiem?" O ostatniej homoaferze też nie będę pisał, bo nie ma co pisać o takich dziwnych wymysłach i nadinterpretacjach.
Im bliżej było do premiery, w kilku rozmowach usłyszałem opinie, że film może wyjść słabo. Przywoływano między innymi "uhipsterzenie" głównych bohaterów. Przy czym tego zarzutu nie traktowałbym jako jakiegoś kardynalnego. Bo gdyby się w to wgłębić, "Rudy", "Alek" i "Zośka" pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin i uczyli się w jednym z najlepszych warszawskich liceów. Współcześnie taka sytuacja społeczna to wręcz idealny zaczyn pod pączkowanie hipsterstwa. Oczywiście, mieli (przynajmniej nieco) inne ideały i priorytety niż współczesna "bananowa varshafka", ale nie byli też jakimiś nerdo-mnichami, siedzącymi tylko nad książkami i samodoskonaleniem. Przejdźmy jednak od tych rozważań w nieco innym kierunku. Przedwczoraj obejrzałem film. W kinie, co mi, w wielu dziedzinach skończonemu skąpcowi bardzo rzadko zdarza. I się zawiodłem. Po prostu mocno się zawiodłem. Przez cały seans roznosiła mnie energia, kręciłem się w fotelu, tyle że początkowa energia związana z niepewnością tego jak zostanie przedstawiona ta pomnikowa, wręcz mitologiczna historia, szybko przerodziła się w niecierpliwość, kiedy się to skończy. Mam wobec filmu dwa główne zarzuty. Pierwszy jest taki, że można go nazwać najwyżej "fabułą na motywach książki", a nie jej ekranizacją. Drugi odnosi się do samej konstrukcji filmu: średnio mu wychodzi dążenie do tego, aby widz utożsamiał się z bohaterami. I niestety wracamy do punktu pierwszego: bo wrzuca nas na głęboką wodę bez wyjaśnień i nie korzysta z materiału dostępnego w książce, aby rozbudować postacie bohaterów. Właśnie, bohaterowie. Gdzie jest kurna "Alek"?! Więcej kwestii i czasu na ekranie mają "Słoń", robiący za comic relief i "Wesoły". Przez pół filmu musiałem zastanawiać się "który to w ogóle Alek?". W Kamieniach na szaniec...
I właśnie, rzucanie na głęboką wodę. Na początku filmu, mały sabotaż już trwa, co chwila są rzucane kwestie w rodzaju "dajcie nam broń, chcemy walczyć". Jak rozumiem całe przesłanie filmu opiera się na pytaniach: czy walczyć, o co walczyć, jak walczyć? Jeśli tak, to czemu mały sabotaż nie został wykorzystany jako wprowadzenie właśnie akcji prowadzonych w ramach "Wawra"? Przecież w książce opisanych jest kilka takich zdarzeń, które pozwoliłyby widzowi poznać i polubić głównych bohaterów. Marsz na wschód we wrześniu 1939 r. na sam początek, jako wyrwanie z pokojowej egzystencji. Mały sabotaż przedstawiony jako akcje, a nie bezplanowe ganianie po mieście. Akcje w których kształtuje się charakter i pytania. No i w których można wyraźnie zaznaczyć charaktery: narwanego Alka samorzutnie ściągającego tablicę z pomnika Kopernika, czy też uciekającego z łapanki. Delikatnego Rudego rywalizującego z Alkiem, chcąc mu dorównać, ściągając flagi z Zachęty, czy też malując kotwicę na cokole pomnika Lotnika. Powściągliwy Zośka hamujący ich w tych zapędach. Albo scena ślubowania. Według mnie lepszy przekaz i ładunek emocjonalny miałaby właśnie scena z książki, z podłogą usianą ściągniętymi niemieckimi flagami, w ciemnym pomieszczeniu w którym nieco światła (koniecznie z ujęciem na twarze w połowie oświetlone, w połowie w głębokim cieniu) daje spirytusowa lampka/"znicz", za którym rozwieszona jest polska flaga, niż te ganianki po lesie zafundowane nam w filmie.
Ale o czym pisać, jeśli nawet scena akcji pod Arsenałem na tyle nie miała wystarczającego ładunku emocjonalnego, że w jej trakcie na widowni dało się usłyszeć głupie uwagi, mimo że wcześniej było raczej cicho?
O czym pisać, jeśli niezbyt popisali się również aktorzy, a najlepsze kreacje według mnie to postaci gestapowców? No, jeszcze aktor grający Rudego jeszcze sprawił się w kategoriach "ok, może być". Ale to jak napisano i zagrano Zośkę, to dla mnie porażka, jedna z największych kładących ten film. Zamiast, może i zamkniętego w sobie, ale jednak odnajdującego się w grupie przyjaciół inteligenta, dowódcy, planisty, otrzymujemy kogoś, kto w trakcie filmu staje się coraz bardziej obrażony na cały świat. Na tyle że trafniejszą nazwą dla filmu, zamiast "Kamieni na szaniec", byłyby "Przygody mrocznego Zośki". Wielka szkoda że pominięto akcję ataku na więźniarkę w Celestynowie. Zamiast siedzenia w łazience z rewolwerem w ręku, można by pokazać zatracenie się w pracy (wiem, rozumiem, było to nieco inaczej przedstawione w książce, ale takie, drobne fabularne ustępstwa wobec materiału oryginalnego jeszcze przechodzą, czasami całkiem nieźle, w przeciwieństwie do otwierania książki na losowej stronie i brania z tekstu kilku zdań.), zacięcie, niepogodzenie się z losem. A potem: niepokój tuż przed akcją, i zimną krew oraz inicjatywę w jej trakcie, zwłaszcza jeśli odpowiednio wspomni się o stojący prawie tuż obok pociągu pełnym niemieckich żołnierzy. Plus, taka scena spowodowałaby że "Nasze matki, nasi ojcowie" leżałyby, kwiczały, smarkały, płakały i robiły pod siebie. Mówiąc szczerze niezbyt obchodziła mnie afera związana z tym serialem: każda społeczność musi radzić sobie ze swoimi demonami i tworzyć mitologię samodzielnie, niektóre radzą sobie w tym lepiej, inne gorzej, ale jestem ciekaw reakcji opinii publicznej gdyby Celestynów znalazłby się jednak w filmie. No i być może do kieszeni producentów kiedyś wpadłoby nieco euro za emisję w Niemczech...
O tym jak spieprzona została akcja w Sieczychach już nie będę wspominał, ponieważ również ona wpisuje się w "mrocznego Zośkę", rodem z jakiegoś "Zmierzchu", a nie "Kamieni na szaniec".
Dla porównania. Książkę przeczytałem w ciągu kilku godzin dzisiejszego przedpołudnia. Co prawda to małe, kieszonkowe wydanie z 1982 r., a więc jeszcze PRL-owskie, zapewne skrócone, co być może symboliczne, a pewnie wynikające jedynie z rozmiaru, stojące na półce tuż obok "Księcia" Machiavellego, ale jednak: czytając książkę Kamińskiego, odczuwam podobny "niepokój ducha", jak podczas czytania, czy też oglądania materiałów dotyczących Powstania Warszawskiego, czy wybuchu I wojny światowej: żal za straconym, zniszczonym. Nawet jeśli najnowszy film może wydawać się efekciarski (dla mnie taki nie był, mógłby być jeszcze bardziej efekciarski, bardziej "akcji", nawet będąc wierniejszy książce), to radzę przeczytać książkę. Albo obejrzeć "Akcję pod Arsenałem, dostępną w całości na YouTube:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz