Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 23dh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 23dh. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Szycie proporca: poradnik "jak dla faceta"

Przepraszam szanowne druhny że w tym tekście będę używał form męskich. W końcu ma on na celu wytłumaczenie "jak facetowi" w jaki sposób stworzyć proporzec zastępu lub drużyny. Ale oczywiście wy też możecie skorzystać z tej pomocy.

Więc chcesz żeby twój zastęp, albo drużyna miały proporzec? Przeczytałeś gdzieś że każdy zastęp i drużyna powinny mieć swój, stworzony własnoręcznie, wedle konkretnych, dawno określonych reguł? Może widziałeś gdzieś zdjęcia, albo na żywo drużynę z proporcem i spodobało ci się to na tyle że też byś tak chciał? Marzy ci się maszerowanie w kolumnie z własnym proporcem na czele? Dobrze trafiłeś. Na początek trzeba określić podstawowe wymiary. Kształt? Trójkąt? Rozmiar? Poczekaj, nie będę się rozpisywał, starsi i mądrzejsi ode mnie już to opisali. "Vademecum zastępowego i kurs zastępowych Chytrego Kota", hm. Marek Kudasiewicz "Chytry Kot", Bibliotek Kręgu Płaskiego Węzła, strona 88:
- Ma on kształt trójkąta równoramiennego po podstawie 25 cm, boki po 40 cm. - Na prawej stronie: na tle barw chusty drużyny wyhaftowany lub aplikowany (tj. naszyty np. z filcu) numer drużyny i nazwa zastępu. -Na lewej stronie: na tle koloru zastępu godło
Tyle że już widzę te pytania na "zapytaju": "Ale to jest tylko zastępu! A co z proporcem drużyny?" Spokojnie: Znowu posłużę się tekstem osoby bardziej ode mnie doświadczonej. Którym to tekstem z resztą sam się kierowałem szyjąc proporzec dla swojej drużyny. Proszę bardzo: http://wkreguwodzow.blogspot.com/2015/02/o-proporcu-so-kilka.html
Kształt, zasady, ułożenie stron i elementów. Czego chcieć więcej? Technikaliów. No dobrze, przejdźmy więc do nich.
Na początek przydałoby się ustalić ewentualne zasady dotyczące prawej strony, zarezerwowanej dla "jednostki wyższego rzędu". Czyli drużyny w przypadku proporca zastępu i hufca w przypadku proporca drużyny. I tutaj może pojawić się problem jeśli w twoim środowisku zanikło tworzenie proporców, bo możesz nie mieć łatwo dostępnego przykładu który mógłbyś skopiować. Wtedy trzeba będzie przekopać się przez kroniki, albumy fotograficzne, być może poszperać po jakiś zapomnianych zakamarkach harcówek i pudeł w siedzibie hufca, możliwe że będziesz musiał skontaktować się z seniorami.
Tylko co zrobić jeśli nie udało ci się nic znaleźć? Albo tworzysz proporzec zastępu w drużynie która powstała niedawno i nie ma w niej jeszcze żadnego proporca? Wtedy trzeba stworzyć nową tradycję i samodzielnie zaprojektować stronę "jednostki wyższego rzędu" po konsultacjach z kierującymi nimi osobami (drużynowy, rada drużyny, komendant hufca, komenda hufca).
Po upewnieniu się że niczego nie pominąłeś, można przejść do projektowania proporca. Najlepiej użyć do tego jakiegoś programu do obróbki grafiki wektorowej. Ja użyłem Corel Draw, ale równie dobrze mógłby to być np. darmowy Inkscape. Na podstawie loga drużyny, zaprojektowanego chyba już ponad 10 lat temu przez inną osobę stworzyłem pierwotny projekt proporca:
Logo drużyny
Pierwotny projekt strony drużynowej
Projekt strony hufcowej, razem z rysunkiem na którym się wzorowałem.
Ale podczas projektowania co nieco pokręciłem i już w momencie zszywania pierwszych fragmentów proporca okazało się że "coś jest nie tak" i musiałem zmienić ułożenie elementów na stronie drużynowej żeby układała się ona w miarę czytelny sposób:

Zauważyliście o co chodzi? przecież obie strony muszą się złożyć żeby stworzyć jeden proporzec, więc projektując trzeba ustawić wierzchołki obu stron w dwóch różnych kierunkach. Dla porównania: gdybyśmy chcieli zaprojektować proporzec rysując na papierze kredkami trzeba by było wyciąć z papieru romb, złożyć go wzdłuż krótszej przekątnej i skleić ze sobą środki.
Poprawiona wersja projektu strony drużynowej
Przynajmniej dzięki pomyłce udało mi się osiągnąć to, że gdy proporzec zwisa wierzchołkiem w dół barwy układają się na nim tak samo jak na chuście drużyny. A masz heraldyko!
Takie opracowane jako grafika komputerowa projekty dobrze jest wydrukować, wyciąć, skleić i zobaczyć jak projektują się na żywo, które elementy mogą być zbyt małe żeby dało się je wykonać równie dokładnie co w projekcie, gdzie konieczne będą uproszczenia, a które elementy wyglądają na niekształtnie i trzeba nad nimi dalej popracować. Oprócz tego taką papierową makietę można przynieść na zbiórkę zastępu czy rady drużyny, pokazać innym, przedyskutować jej wygląd i wprowadzić poprawki. Pamiętaj: projektujesz coś na lata, coś co w przyszłości może stać się obiektem np. takiego wydarzenia: http://www.16wdh.pl/a611,Jak-spotkali-si%C4%99-dwaj-zast%C4%99powi-Bobr%C3%B3w
Chciałbyś, co? To się postaraj. Zarówno w projektowaniu, jak i później w wykonaniu. A potem w funkcjonowaniu zastępu/drużyny, bo proporzec to jeszcze nie wszystko.
Mamy już gotowy, rozrysowany projekt. Przydałoby się więc rozpisać jak wykonać poszczególne elementy. Ja wykonałem to w formie czarno-białych, uproszczonych wersji projektu z dodanymi opisami jak wykonać dany element. Oczywiście w trakcie szycie niektóre rzeczy się zmieniały, ale przynajmniej miałem punkt wyjścia i np. wiedziałem jakie materiały kupić.
Jak widać objaśnienia odnosiły się do pierwotnej wersji projektu
Na podstawie tych objaśnień przygotowałem szablony do wycięcia. Dzięki temu mogłem odrysować poszczególne kształty, np lilijkę na tkaninie.
Mamy już zaplanowany układ proporca, wiemy jakich materiałów potrzebujemy, czas więc je kupić. Gdzie? W pasmanterii. To taki sklep z tkaninami, nitkami i innymi tego typu rzeczami jakbyś nie wiedział.
Jakie materiały będą ci potrzebne?
  • materiał w odpowiedniej barwie. Najlepiej jak najmniej rozciągliwy i niezbyt śliski. Chyba że koniecznie chcesz mieć "jedwabny" proporzec. Najlepiej rozejrzeć się za jakąś bawełną, albo bawełną z domieszką tworzyw sztucznych. Ważne żeby nie wyblakła zbyt szybko. Może być taki materiał jak na chusty (możesz nawet kupić kilka chust w odpowiednim kolorze w składnicy), ewentualnie inna bawełna o podobnych właściwościach, może być cienkie płótno bawełniane. Jak kupiłem bawełnę z domieszką tworzyw sztucznych. Jest nieco bardziej połyskliwa niż chusty, delikatnie grubsza, ale niezbyt rozciągliwa.
  • nici: takie zwykłe w szpulkach do szycia, oczywiście w odpowiednich kolorach. Będzie potrzebna do zszywania i ewentualnie drobniejszych haftów.
  • mulina: czyli grubsza nić, coś pośredniego między nicią, a włóczką z której robi się swetry. Będzie potrzeba do haftów. Jeżeli masz problem z kolorami i stojąc w pasmanterii przed całą tablicą z nićmi w różnych kolorach i stojakiem pełnym różnych mulin dostajesz ataku paniki weź ze sobą chustę drużyny i wydrukowany projekt proporca (o ile kolory na wydruku wyszły dobrze) i po prostu  powiedz "poproszę nici w takim kolorze", wskazując na chustę albo wydruk.
  • fizelina: "podkład" na który naprasowuje się tkaninę żeby można było wyciąć z niej odpowiednie kształty na proporcu. O fizelinie napiszę później nieco więcej. Ewentualnie można te same kształty wciąć z kolorowego filcu.
  • ozdobne frędzle. O ile chcesz mieć takie frędzle na swoim proporcu, różnobarwne taśmy z takimi frędzlami też można kupić w w pasmanterii.
Mamy projekt, mamy materiały czas przystąpić do pracy. Ale muszę cię ostrzec: ponieważ nie mam maszyny do szycia, większość swojego proporca uszyłem ręcznie. Tak, ręcznie. A na to potrzeba czasu. Na mój poświęciłem jakieś 2 miesiące pracy. Więc powinieneś zarezerwować sobie dużo wolnego czasu. Więc znajdź coś, co będzie "brzęczało w tle" gdy ty będziesz kręcił igłą. Jakieś seriale, filmy dokumentalne, podcasty i audycje radiowe, audiobooki. Kolejna rzecz jaką musisz sobie zapewnić to dobre oświetlenie. Skupianie się na małych detalach haftu bardzo męczy oczy, nawet przy świetle dziennym, a co dopiero przy jakiejś małej lampce. Czasami wieczorem nie dość że zapalałem światło w pokoju w którym szyłem, to miałem tuż nad głową zapaloną jeszcze dodatkowo lampkę biurową z 40 watową żarówką.
Ponieważ proces szycia był tak na prawdę procesem nauki, zacząłem od prostszej, hufcowej strony.
Pierwszą zmianą w porównaniu z projektem było wyhaftowanie muliną nazwy hufca, a nie tak jak pierwotnie planowałem: wycięcie jej z czarnej tkaniny.
 Wynikało to z problemu z którym zetknąłem się zszywając lilijkę w barwach drużyny. Materiał się "siepał": nitki wychodziły z tkaniny na jej wyciętych krawędziach. Lilijka specjalnie była wycięta większa, żeby można było zawinąć siepiące się krawędzie pod spód i bezproblemowo przyszyć ją do proporca. Jednak lilijka jest zbyt skomplikowanym kształtem żeby można było to zrobić.
Na tym zdjęciu widać moje próby podwijania krawędzi z wykorzystaniem wyciętego z papieru szablonu od którego odrysowałem kształt lilijki.
Na szczęście szybkie wyszukiwanie w internecie i rzut oka na kilka blogów o hobbystycznym rękodziele przyniosły rozwiązanie: fizelina. Tkanina z tworzywa sztucznego wyglądająca jak cienka mieszanina waty i folii na którą naprasowuje się właściwą tkaninę. Pod wpływem ciepła klej zawarty w fizelinie przywiera do tkaniny i utrzymuje jej włókna na miejscu, nawet pomimo wycięcia z niej potrzebnego kształtu. Co więcej: fizelina jest biała i na tyle szorstka że da się po niej rysować np. ołówkiem. Ułatwia to odrysowywanie kształtów. Przykładamy wycięty z papieru szablon, odrysowujemy kształt, wycinamy i przyszywamy.
Jeszcze co do fizeliny. Da się ją kupić spokojnie w pasmanterii, chociaż ja, z racji kwestii czasowych kupiłem ją w... "przemysłowym" GSie. Takie typowy sklep z małego miasteczka ze środkami czystości, narzędziami ogrodowymi, koszulami i podstawowymi przyborami pasmanteryjnymi. Tu też dodatkowa porada jeśli do tej pory nie kupowałeś nic w pasmanterii. Jeśli na pytanie ile tego potrzebujesz odpowiesz "tak mniej więcej jak 1-2 kartki A3" to usłyszysz "ale ja sprzedaję na metry..." I nie, nie metry kwadratowe. Metry bieżące. Czyli bela materiału może mieć szerokość większą niż metr, ale kupując podajesz jakiej długości fragment tego materiału chcesz.
lilijka w barwach drużyny naprasowana na fizelinę
Na zdjęciu widać dziwne zagięcie fizeliny. Wynika to z tego, że naprasowałem na nią już zszytą lilijkę i musiałem potem rozcinać fizelinę pod szwem. Gdyby robił to teraz, pewnie naprasowałbym najpierw oba kolory oddzielnie, a dopiero potem zszył ze sobą. Po wycięciu odpowiedniego kształtu lilijki przyszedł czas na jej naszycie. Prosto: na okrętkę, wokół krawędzi. Chodziło o to, żeby nie odstawała w żadnym miejscu. Najpierw "złapałem" ją w odpowiednim miejscu szpilkami, potem obszyłem rzadkim ściegiem żeby się nie przesuwała, a potem o wiele gęściej, dla wyglądu i pewniejszego umocowania lilijki na proporcu. Ręcznie, ale da się to też zrobić na maszynie, o ile da się na niej ustawić odpowiedni ścieg. Na współczesnych, domowych maszynach do szycia raczej się da. Nie wiem, nie mam.
Lilijka "złapana" szpilkami przed przyszywaniem jej do proporca
Zbliżenie na obszycie lilijki na stronie hufcowej
Gotowa strona hufcowa
Jedna ważna porada dotycząca przyszywania aplikacji: dobrze jest zarówno przed, jak i po przyszyciu wyprasować elementy.
Potem zabrałem się za stronę drużynową i zacząłem od elementów przyszywanych w taki sam sposób. Tyle że z już większym doświadczeniem.
 Na zdjęciu powyżej widać aplikację naprasowaną na fizelinę, wyciętą do odpowiedniego kształtu i "złapaną" w odpowiednim miejscu szpilkami. Widać też gęstość "wstępnego" ściegu utrzymującego aplikację na proporcu w trakcie obszywania jej gęstszym, lepiej wyglądającym ściegiem.
Kolejne zdjęcie, z kolejną naszytą aplikacją. Znowu widać różnicę gęstości między wstępnym, a ostatecznym ściegiem. Można też porównać ostateczny kształt wyciętej "fali" z pierwotnie planowanym. Oczywiście ten na tkaninie był uproszczony w porównaniu z tym na papierze.
Po przyszyciu aplikacji przyszedł czas na wyhaftowanie numeru i nazwy drużyny. W porównaniu z nazwą hufca zrobiłem małą próbę nowego ściegu na zbędnym kawałku tkaniny. Ścieg "w jodełkę" (czy jak on się tam formalnie nazywa) okazał się równy, w miarę dobrze wyglądający, gęsty i jednocześnie prosty w wykonaniu. Muszę przyznać że od teraz oznaczenia stopni na pagonach będę wyszywał właśnie nim: będą równiejsze i lepiej widoczne, a jednocześnie nadal "błękitne na czarnym".
Dwa zdjęcia numeru w trakcie haftowania go białą muliną. Widać kształt ściegu, oraz "szkic" nicią wzdłuż którego haftowałem. Takie zaznaczenie przebiegu cienką nicią wszytą fastrygą (czyli najprostszym, ale jednocześnie bardzo słabym ściegiem) pozwalało mi trzymać kształt w sytuacji w której zaznaczenie kredką, kredą, albo mydłem starłoby się w trakcie haftowania. A zapewniam: ścierało się. Przy takiej pracy palce się pocą, czasami byłem zdziwiony jak bardzo moje palce były mokre mimo tego że nie jest to jakaś ciężka fizycznie, czy stresująca czynność.
Co do zaznaczania mydłem. Większość rzeczy w proporcu rozrysowałem na tkaninie ołówkiem. Da się go zmyć, ale właśnie: zmyć. Polecam mydło: z jednej strony dobrze się trzyma i jest widoczne zarówno na dosyć jasnej, jak i czarnej tkaninie, a z drugiej strony łatwo je usunąć. Czemu wspominam tu o mydle? Bo nazwę drużyny haftowałem bez wcześniejszego szkicu nitką, od razu po rozrysowaniu mydłem. Dlatego zależało mi na tym, żeby rozrysowane napisy trzymały się na tkaninie.

Widać napis zaznaczony mydłem
Większość tych napisów robiłem podobnym ściegiem co numer, tyle że zamiast "jodełki" (>>>>) zrobiłem to swego rodzaju "dachówkami" (////) ułożonymi w jedną stroną. Jeżeli zauważasz różnicę w grubości między DR i resztą, to wynika to z tego że ścieg zmieniłem w trakcie widząc że to jednak nie to.
Po obszyciu i obhaftowaniu obu stron przyszedł czas na połączenie. Nie było to taką prostą sprawą właśnie z racji frędzli które należało wszyć między obie strony proporca. Najpierw ułożyłem obie części odwrotnymi stronami na zewnątrz, potem ułożyłem między nimi taśmę z frędzlami i złapałem to wszystko szpilkami. Potem zszyłem to fastrygą. I poddałem się.
Lewa strona hufcowej części proporca przy łączeniu szpilkami i zszywaniu fastrygą. Widoczny szew wokół lilijki i średnio estetyczne pętle zostające przy haftowaniu napisu. Ale spokojnie: i tak zostają przecież w środku.
 Ale jak to? Nie, spokojnie, nie zrezygnowałem z całego projektu. Po prostu uznałem że lepiej będzie jeśli ostateczne szwy łączące proporzec będą wykonane na maszynie: będą wtedy prostsze i mocniejsze. Jak pomyślałem tak zrobiłem i udałem się w odpowiednie miejsce (JESZCZE RAZ DZIĘKUJĘ BABCIU! No co, nie mam maszyny do szycia w domu).

Po ręcznym zszyciu odwinąłem proporzec na prawą stroną żeby zobaczyć jak będzie wyglądał gotowy. A tak prezentowała się strona drużyny już po zszyciu na maszynie:
Na czym umieścić proporzec? Na drzewcu? Jak wykonać proporzec? Tak jak laskę skautową. Czyli potrzebna nam będzie prosta, długa na ok. 170 cm, o grubości takiej "pod rękę", żeby dało się ją wygodnie trzymać laska np. z leszczyny.  równo okorowana i dobrze wysuszona. Główka może być odpowiednio wyrzeźbiona.  Przyznam że ja poszedłem na łatwiznę: lata temu w harcówce 23-ciej ostała się laska skautowa. Ładna, dobrze okorowana, nie wiadomo czyja przez kilka lat stania w kącie wygięła się w lekki łuk. Gdy musieliśmy opuścić pomieszczenie bo szkole przez 6-latki idące od 1 klasy potrzebna była kolejna sala na zerówkę, laska skautowa trafiła razem z resztą rzeczy z harcówki trafiła na mój strych. Chcąc wykorzystać ten było-nie było element historii drużyny, przeznaczyłem laskę na drzewiec proporca drużyny. Do przymocowania proporca wykorzystałem rzemyki wycięte z trzymanego "na przyda się" kawałka skóry, jeśli dobrze pamiętam: z portfela. Mają długość "na akurat". Równie dobrze można kupić gotowe rzemyki i przyciąć je z zapasem, żeby można było je łatwo zawiązać na drzewcu, można użyć też troków z dobrze wyglądającego sznurka. Co do przymocowania ich do proporca: można je przyszyć, ale równie dobrze można na krawędzi wszyć metalowe krążki, np. takie jakich używa się do robienia kolczug: są dostępne w internecie na kilogramy, a przecież do proporca potrzeba 3, może 4.
Jeśli mamy proporzec, trzeba pomyśleć nad proporcowym/chorążym. Chyba lepiej żeby nie był to bezpośrednio zastępowy, albo drużynowy. Może to być podzastępowy albo przyboczny. Można się też zastanowić nad wyznaczeniem specjalnego chorążego i mianowaniem go rozkazem. Tylko pamiętajmy że jest to funkcja reprezentacyjna. Zarówno pod względem postawy zewnętrznej, znajomości musztry i regulaminu mundurowego, ale też i postawy w słowach i zachowaniu. Proporcowy powinien być godzien tego zaszczytu, swego rodzaju strażnika symbolu honoru drużyny albo zastępu.
A co z wręczeniem? Proporzec w życiu drużyny czy zastępu nie powinien pojawić się "od tak". Powinien być zdobyty, wręczony uroczyście. Jeśli jesteś drużynowym i wiesz że jeden zastęp przygotował sobie proporzec, albo zrobiliście proporzec drużyny: jego wręczenie potraktuj jak organizację przyrzeczenia. Przyrzeczenia całego zastępu albo drużyny. Niech moment otrzymania proporca będzie "obrzędem przejścia" dla otrzymującego ją zastępu, albo drużyny.
A jaki otrzymujemy ostateczny efekt tych wszystkich prac? Dumna ze swojego proporca drużyna:
I chyba jeszcze ważniejsza rzecz: "lans na dzielni". Bo od tego jest właśnie proporzec.
To i poprzednie zdjęcie zrobione na XXVII Rajdzie Mikołajkowym


czwartek, 2 stycznia 2014

Poświąteczne wypady

Pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Sylwestrem miałem okazję dwukrotnie wybrać się z chłopakami z zastępu w teren. Nie było to nic wyczynowego, wypady zaliczały się raczej w kategorii "spaceru po lesie" niż wędrówki, mimo tego że zrobiliśmy całkiem "zdrową" ilość kilometrów. Jednak głównymi elementami wypadów było gotowanie w terenie: sprawdzenie kilku metod i dań, oraz zestawu naczyń, który wygrali na tegorocznym rajdzie "Gacek". Uprzedzając: post będzie raczej fotograficzny niż tekstowy.
27 grudnia ruszyliśmy na zachód, w kierunku Retkowa. Tereny są dosyć fajne, a jednocześnie do tej pory praktycznie tam nie zaglądaliśmy.
Bobrza robota na "strumieniu" Góżnik, który w samym Stanisławowie jest nazywany po prostu "kanałem", a w bezpośrednim pobliżu miejscowości pełni funkcję rowu melioracyjnego. Jako ciekawostkę, częściowo potwierdzającą spostrzeżenia mojego imiennika: http://boskawola.blogspot.com/2013/12/bobrza-inwazja.html dodam, że zdjęcie zostało wykonane tuż obok obsługującej Stanisławów oczyszczalni ścieków, która wypuszcza oczyszczoną wodę właśnie do tego cieku wodnego. Możliwe że nawet złapała się po prawej w kadr.
Po drodze natknęliśmy się na taką malowniczą wysepkę na zalanym wyrobisku piachu i nastąpiła decyzja że "rozkładamy się tutaj"
Oni wzięli się za robienie jajecznicy nad ogniskiem, a ja starałem się zagotować herbatę na kuchence spirytusowej, korzystając z 4 gwoździ, które zabrałem jako improwizowany stojak pod kubek.
Podsmażanie cebuli z kiełbasą.
Jak widać, otwarte ognisko ma tą wadę, że trzeba zużyć w nim sporo drewna, żeby uzyskać wystarczająco duży płomień.
Gdy wszyscy najedli się całkiem niezłą jajecznicą, ruszyliśmy w dalszą drogę, "rozpoznając" lasy na zachód od Retkowa.
Całkiem sprawne, znalezione w lesie krzesełko...

Kolejny wypad miał miejsce 30 grudnia. Gotowanie było tym razem zaplanowane jako główny punkt, więc ruszyliśmy do znanego nam punktu w okolicach Ładzynia. Tym razem mieli się pojawić również młodsi harcerze z gimnazjum, ale nie dopisali.
Tym razem testowaliśmy 2 kolejne rzeczy: kuchenkę na paliwo stałe Esbita i "ognisko Dakotów", czyli ognisko palone w dołku, do którego powietrze dociera z drugiego dołka, wykopanego obok pod kątem.
Kuchenka Esbita: płomień nie zachwycał, ale jednocześnie takie są jej założenia.

Na 3 powyższych zdjęciach widać jak pali się takie "ognisko Dakotów". Według mnie jest lepsze niż zwykłe, otwarte ognisko. Ponieważ powietrze dociera do niego od dołu, lepiej się pali, zostawia mnie popiołu i niespalonych węgli, "cug" dodatkowo powoduje że dym nie snuje się po ziemi, a idzie ku górze i jest mniejszy, a więc i trudniej go zauważyć. No i o wiele łatwiej jest postawić nad takim ogniskiem garnek, czy patelnię. Ugotowaliśmy na tym ognisku herbatę i upiekliśmy naleśniki z przygotowanego wcześniej przez Rafała ciasta.
Ponieważ przesiedzieliśmy tam najdogodniejszy autobus do domu, Łukasz postanowił poczekać u Rafała na kolejny, a ja ruszyłem z Ładzynia do Stanisławowa na piechotę. Zajęło mi to około... godziny? Przyznam że już nie pamiętam, ale wróciłem do domu już po ciemku, przy okazji na samym końcu drogi, w "krzakach" na granicy lasu i stanisławowskich zabudowań natykając się na grupkę chłopaczków z podstawówki bawiących się petardami.


sobota, 30 marca 2013

Forma nr 8

Czyli Форма номер восемь - что имеем, то и носим. A na polski: "Co mamy to nosim". Jest to powiedzonko występujące w armii rosyjskiej, określające uzupełnianie braków w umundurowaniu i oporządzeniu własnymi prywatnymi zakupami i "snikersami", czyli różnymi samoróbkami. Niestety, trzeba wyraźnie powiedzieć: w 23 DH, "forma nr 8" najwyraźniej też obowiązuje. Nie potrafimy wyglądać jednakowo. Może niektórzy stwierdzą że "Ale po co to nam, jeśli dobrze się bawimy".
Tyle że espirit de corps nie tworzy się jedną decyzją. On się kształtuje, a potem trzeba go kultywować. Grupa zawsze potrzebuje zewnętrznych oznak odrębności. Trzeba mieć potwierdzenie że się w niej jest, trzeba z tego powodu odczuwać dumę. Inaczej dobra zabawa kiedyś się kończy, zaczynają się takie czy inne problemy i nie ma czegoś co nadal cementowałoby tą grupę, co wcześniej wytworzyłoby poczucie solidarności i grupa zaczyna się kruszyć. Każdy idzie w swoją stronę bo "już nie jest fajnie". A jak nie jest fajnie, to można swobodnie odejść, przecież nic już nas tu nie trzyma. A mimo wielokrotnie pojawiającego się w regulaminie ZHP stwierdzenia "jednolite dla całej drużyny", co jest u nas?

 Beret: "nie, nie będę nosić". "Czemu?" "A bo nie lubię, niewygodny". Ale gdy jakiś cudem na głowę trafi dobrze ułożony beret, nagle pojawia się "Ale on się układa..." Nie on się układa, tylko został tak uformowany. Materiał z którego są szyte berety właśnie jest taki a nie inny, żeby można było go ukształtować. Ale jeśli nic się nie robi w tym kierunku, to potem beret jest "niewygodny". Beret trzeba formować. Moczyć, zwijać, "prasować" (ale nie żelazkiem, tylko pod czymś ciężkim), Trzymać zwinięty, a przede wszystkim nosić i układać go na głowie. Do tego trzeba czasu, to nie czapka wełniana, tylko nakrycie głowy które trzeba dopasować pod siebie. Właśnie, jeszcze jedno: nosić! Jak można przyzwyczaić się do beretu i go ułożyć, jeśli się go nigdy nie zabiera ze sobą. Poza tym stwierdzenia "Zmieńmy na rogatywki, rogatywki są fajne...". Ale jak już pisałem i będę pewnie jeszcze parę razy powtarzał: w 23 berety są od początku, nie można nagle zmieniać kursu o 180 stopni i stwierdzać "od teraz nosimy rogatywki". Poza tym... "będą fajne" do czasu aż ktoś spróbuje swoją uprać i zniszczy tym samym daszek. No i rogatywkę też trzeba odpowiednio zakładać i nosić. To nie basebolówka, rogatywki nie zakłada się "od tak". Nie wiem, być może to syndrom współczesności, że ludzie nie są przyzwyczajeni do nakryć głowy, podczas gdy jeszcze kilkadziesiąt lat temu bez kapelusza, czapki, czy chustki nie wychodziło się z domu.

Spodnie: Oliwkowe! Ile razy trzeba powtarzać że do munduru nie nosi się dżinsów, "bawełniaków", czy jakiś dziwnych "drescamo". Długie oliwkowe spodnie. Nie czarne "bo ktoś wygląda w czarnych fajnie". Nie w kamuflażu "bo tak łatwiej". Oliwkowe nosiło się w drużynie od pierwszych mundurów, pamiętam że razem z pierwszą koszulą mundurową dostałem też za szerokie w pasie bojówki. To że szybko z nich wyrosłem i przez pewien moment nosiłem sztruksy, to nie znaczy że teraz jest jakieś wytłumaczenie. Bo szybko kupiłem sobie kolejne bojówki, które zresztą mam w szafie do dziś. I nie po to zostały kupione brytyjskie oliwkowe "lightweighty", żeby teraz nagminnie ich zapominać. Z mundurem kwestia jest prosta. Wystarczy wybić sobie z głowy stwierdzenie że "dziś to tak na luźno to nie założę... tego..." Nie. Należy sobie wyrobić zwyczaj że jeśli zakłada się mundur, to zakłada się pełny, całość: koszula mundurowa, "oficjalny" dół i bierze się ze sobą beret. Tylko tyle i aż tyle. I wtedy nie ma problemów że "a bo ja nie wiedziałem, a bo ja zapomniałem".
Z resztą tak samo jest ze spódnicami. nie wiem, być może wynika to ze współczesnych "standardów" ubioru że dziewczyny nie chcą chodzić w spódnicach, tak jak są problemy z nakryciem głowy. Być może. Ale po coś macie te spódnice, prawda? Nie są po to żeby leżały w szafie, tylko po to żeby je nosić. A jak jest zimno to od czego są grube rajstopy. A jeśli już ktoś nie może kompletnie przełknąć myśli o noszeniu spódnicy, to może sobie sprawić oliwkowe bojówki. Będzie jednakowo z chłopakami, a taka kombinacja już była stosowana w naszej drużynie. Ale nie dżinsy! Na dodatek bez żadnego paska.

Przejdę teraz płynnie do butów. Tu kwestia jest trochę szersza, bo wiąże się również z "granicą cholewka-nogawka", od której to kwestii wywodzi się cały pomysł tego postu. To, że w przypadku chłopaków jako "wyjściowe" najlepsze byłyby buty z wysoką cholewką nie podlega chyba dyskusji, prawda? Nie rozpatruję teraz sytuacji w której lepsze od nich byłyby pantofle, ale przy większości "imprez zewnętrznych" zakłada się jednak wysokie buty. No tak, ale tu pojawia się problem jakie? Czy ograniczyć się jedynie do tych z czarnej skóry licowej (gładkiej), tak, żeby można było je wypastować na wysoki połysk? Czy może dopuszczać też "pustynniaki", albo inne, np. z brązowego nubuuku ("zamszu"). Osobiście stoję na pozycji że mimo wszystko: czarna skóra licowa i porządne pastowanie. Tyle że buty są tak na prawdę najdroższą rzeczą którą możemy mieć na sobie nosząc mundur. Niestety, tej prawdy nie da się obejść: porządne buty kosztują po kilkaset złotych. A znalezienie takich porządnych, dopasowanych do stopy (a nie dopasowujące stopę do siebie "desanty"), jeszcze z czarnej skóry licowej, nowych (bo używane buty to zawsze ruletka, zwłaszcza w przypadku skórzanych) jest po prostu trudne. I co tu zrobić w tym przypadku? Sam się zastanawiam. Ale jedno wiem na pewno. Takie buty powinny być czyste, zadbane i o ile to możliwe: porządnie wypastowane. Idąc wyżej natykamy się na kolejny problem. Czy przy wysokich butach wsadzać nogawkę w cholewkę, zawijać ja na cholewce, czy może zostawiać luźno. Pewnie większość osób, która robiłaby to pierwszy raz, włożyłaby nogawkę do buta: "Żeby się nie brudziła, nie obcierała, bo to fajniej wygląda". Tylko że później zaczynają się problemy: źle włożona nogawka może uciskać przy mocna zasznurowanym bucie, poza tym nie chroni przed wpadnięciem czegoś do buta: najwyżej ten kamyk ugrzęźnie wyżej, a nie spadnie na sam dół. Ale i tak i tak będzie nas uwierał. Osobiście skłaniam się ku drugiemu, "brytyjskiemu" sposobowi. Wykorzystując albo specjalne gumki z haczykami, albo gumki do włosów, albo sznurki do ściągania na końcu nogawek (po coś przecież tam są), zawijamy nogawkę na bucie. Tak jak w podanym linku. Na pytanie "a to cię nie uciska" odpowiadam nie, bo gumka spoczywa na sztywnej cholewce, a nie na nodze. Dzięki takiemu ułożeniu nogawek, chronimy się przed wpadnięciem czegoś do buta: spodnie nie są wtedy "szyną" po którą, między fałdami do buta może wpadać co chce. Czy to różne "paprochy", czy to woda. Oczywiście, nogawka może się brudzić i nie zatrzyma przelewającej się od góry kałuży. Ale coś tam zatrzyma. No i wg. mnie w tym przypadku dosyć większość względnie szerokich nogawek "bojówek" po prostu lepiej układa się na bucie. W końcu mają po coś te ściągacze, a nie są "marchewami" z "narciarą" czyli gumą do przekładania pod piętą.
Jeszcze jedna, wg. mnie niedorzeczna kwestia. Noszenie wywijek na butach w przypadku długich spodni. Po co, no pytam się po co? Przecież ten kawałek wełnianego materiału, jeśli nogawka i tak jest wsadzona w but, to i tak nie spełnia jakiegokolwiek celu ochronnego, jedynie wygląda. Do czasu, aż ubrudzi się w błocie i kurzu. Kompletnie nie rozumiem tego "stylu". Być może w jakiś sposób wywodzi się on z czasów gdy do niższych butów noszono płócienne, lub brezentowe owijacze (uwaga: "Opinacze" z okresu PRLu działały na podobnej zasadzie, tyle że "owijacz" był połączony z butem i skórzany), zastępujące wysoką cholewkę. Tyle że obecnie wysoka cholewka jest standardem i nie ma co jeszcze tam dokładać tego kawałka wełny. A raczej akrylu. Rozumiem konieczność noszenia wywijek przy spódnicy, czy krótkich spodenkach. Ma się wtedy na nogach getry i niskie buty. I wtedy wywijka spełnia swoje zadanie jako "uszczelnienie" tego niskiego buta, żeby nie wpadały do niego różne śmieci. Tyle że zauważmy że przy getrach wysokie buty wyglądają po prostu komiczne i powinno się nosić jakieś lżejsze, ale nadal kryte obuwie.
Czyli w skrócie: wywijki do getrów i trampek tak, bo spełniają jakąś rolę. Ale nie do wysokich butów o wojskowym pochodzeniu i długich spodni.

"Góra". Czyli ubiór wierzchni, zakładany na mundur. Zostawię kwestię czarnych bluz, lub polarów, skupię się na kurtkach. W zamierzchłych czasach były w drużynie kangurki. Czarne, jednakowe, ale niezbyt wygodnie i nieoddychające. Ale od tamtego czasu zostało, że "góra" powinna być czarna, właśnie żeby wyglądać jednakowo. A może tylko ja się tym przejmuję, bo zazwyczaj wyglądamy jak stado papug w różnokolorowych kurtkach przeciwdeszczowych i płaszczykach? Nie wiem. Nie wiem, być może wynika to z nadzoru rodziców nad zakupami, może wynika to z tego że ma się jednak tą jedną kurtkę w jakimś kolorze i nie chce się kupować drugiej tylko na okazje harcerskie. Może wynika to z tego że po prostu nie ma tanich czarnych, pasujących kurtek, a wspomnienie niezbyt przyjaznej ergonomii tamtych dawnych kangurek nadal gdzieś tkwi? No to może, jeśli praktycznie nikt nie jest w stanie znaleźć sobie czegoś czarnego, tylko przychodzi w a to różowej, czerwonej, albo błękitnej kurtce, skończmy z tą czarną fikcją. Złóżmy się po 50 zł. od osoby i kupmy sobie wspólnie dwa rodzaje kurtek, w których będziemy chodzić na różne "imprezy zewnętrzne". Chłopakom smocki, w których po ściągnięciu i podwinięciu dołu, zwinięciu kaptura na plecach i wyłożeniu chusty przynajmniej nie wygląda się jak "dziecko pułku", albo poborowy który uciekł z koszar, jak w polskiej "Panterze", a jednocześnie przydadzą się do lasu i na wyjazdy. A dziewczynom: ciemnogranatowe kurtki membranowe RAFu.
Fajny płaszczyk, nie? Na dodatek z membraną, więc chroni od wiatru i deszczu. I ma odpinaną podpinkę, wiec można ją założyć również w chłodniejsze dni, zamiast "filcowego" płaszczyka. Przy czym z deszczem jest jeden problem dostępne na rynku nie mają kapturów, mimo możliwości ich podpięcia.

Cóż, być może niektórzy potraktują ten tekst jako kolejne narzekania gadżeciarza, na dodatek mającego świra na punkcie musztry. Ale zrozumcie że mnie krew zalewa, w sytuacjach typu: "No, to zakładamy berety. Wszyscy mają?" I w tym momencie ujawnia się jedna, albo dwie biedne duszyczki, które oczywiście tego beretu nie mają. Albo nie mają oliwkowych spodni. Albo spódnicy. Albo wywijek. Albo przyszła na jakieś obchody w różowej kurtce, podczas gdy trzeba wystawić wartę i dosłownie nie ma dwóch jednakowo wyglądających osób żeby je postawić przed tym pomnikiem. A później, mimo że sami nie są skłonni do ujednolicenia swojego wyglądu, robią na wyjeździe gdzieś dalej maślane oczy, bo zobaczyli porządnie, jednakowo wyglądającą i zachowującą się drużynę, a zaraz potem chcą wywracać zwyczaje mundurowe u siebie, "Bo ... tak wygląda..." Nie. Żeby dobrze wyglądać nie kopiuje się bezkrytycznie czyiś tradycji. Ustala się, pielęgnuje i rozwija swoje.

wtorek, 5 marca 2013

Fotoimpresja z XX ZZM

Wczoraj napisałem krótkie podziękowania za obecność, a dzisiaj, z wykorzystaniem zdjęć zrobionych przez Anetę Sasim, zlotowego nadwornego fotografa spróbuję pokazać co nieco co się na zlocie działo.

Dla uczestników zlot zaczął się o 18:00 w Mińsku Mazowieckim, gdzie zebrali się w siedzibie Hufca i skąd odjechali podstawionym autokarem do Pustelnika. Cóż, musieliśmy zapewnić autokar, bo z połączeniami PKSowymi między Pustelnikiem, a Mińskiem jest gorzej niż słabo. Tu już na miejscu w Pustelniku, meldujący swoją obecność u Patrycji:

Rafał ze zgrzewką Pepsi (przydała się, oj przydała) i teczką z "bardzo ważnymi dokumentami". Przy tej okazji chciałbym podziękować towarzystwu ubezpieczeniowemu "Warta":

gdyby ktoś się pytał: "W jakich warunkach wy tam śpicie na tych harcerskich wyjazdach?" Oto odpowiedź:


W ramach zadania przedzlotowego, patrole miały przygotować smerfowe ciasto. Oto jedno z nich:





Pisanie pierwszego rozkazu i w międzyczasie zajmowanie się jakąś inną kwestią na moim małym "mostku kapitańskim":

Kolejne zdjęcie pokazujące warunki zakwaterowania. Na pierwszym planie dziewczyny z 9 DH, a w tle: phm. Kamil Makos, któremu udało się znaleźć czas żeby zajrzeć do nas na chwilę. Przy okazji: gratuluję urodzonego wczoraj syna.




Kolejnym zadaniem do zrobienia przed zlotem było uszycie przez patrol wizerunku konkretnego smerfa. Przepraszam, że nie pamiętam czyj był ten konkretny, ale oto i on:




Wejście do sali zajmowanej przez organizatorów: 23 DH. Ja miałem na biurku kartkę "Master of Disaster"...





Gosia, moja zastępczyni do spraw programowych: tu z gitarą, bo pewnie szykowała się do piątkowego kominka:

Pozostała część kadry: Asia, czyli oboźna, osoba odpowiedzialna za porządek i rozkład czasowy zlotu, oraz Łukasz, kwatermistrz, odpowiedzialny za szeroko rozumiany sprzęt i część materialną zlotu:





A tu autorka tych zdjęć, Aneta:




A teraz seria zdjęć z apelu oficjalnie rozpoczynającego zlot. Plecami stoi Anka, drużynowa "Dwa-Trzy":
Uczestnicy:

26 DHMiS:

9 DH:



16 DH:



51 DHMiS:


"Wkrótce..." (tak przy okazji, smerfowe ciasto innego patrolu):




Piątkowy kominek na sali gimnastycznej i przygotowane przez patrole scenki, mające przedstawić w zabawny sposób konkretne postacie ze Smerfów:


Sobotnie śniadanie. Jeszcze nie spodziewają się jaką trasę, w jakim terenie dla nich przygotowałem... (dodać diaboliczny śmiech):



Na punkcie u Anety. Patrole miały za zadanie zbudowanie "domku dla smerfa"/szałasu.






Patrole wróciły z trasy, zjadły obiad, teraz czas na popołudniowe zajęcia w szkole. Mój sztab zbiera uczestników żeby ich przydzielić do konkretnych uczestników:
 


Ja próbujący wprowadzić patrole wędrownicze (wędrownicy to pion wiekowy w ZHP do którego należą osoby starsze niż 16 lat), w realia alternatywnej linii czasu "Królestwo Kongresowe", bo za chwilę wezmą udział w przygotowanej przeze mnie grze strategicznej w tych realiach, wcielając się w przywódców wrogich sojuszy wiosną 1920 roku.
 


Zaś Rafał pokazywał jak wyplatać "bransoletki surwiwalowe", dzięki którym można mieć zawsze ze sobą kilka metrów linki:
 


Zaś Łukasz pokazał kilka efektownych doświadczeń chemicznych. Spokojnie, to przyszły technik-analityk.
Popatrzcie tylko na ten spokój na twarzy:






 A Anka pokazywała inny rodzaj plecionek: "łapacze snów":




Przechodzimy do wieczornego kominka w sobotę: tym razem urodzinowego, bo zlot odbył się dokładnie w 10 rocznicę pierwszej zbiorki 3.03.2003 r. na której powstała przyszła 23 Drużyna Harcerska "Czarna Woda". Na początek ja, "operator sprzętu grającego":



Jak urodziny, to powinien być też i tort, prawda?



Akurat urodziny miała też i inna Ania z naszej drużyny. Zdjęcie zrobione już po "obchodach": nie będę zdradzał jakich, ale spokojnie, nic jej się nie stało.



"To ja tak kiedyś wyglądałem?"



"A tu widzimy te, eee... Skąd się to tu znalazło?"



"Gotowi na wszystko"



Szanowne patrole biorące udział w zlocie: w tym momencie decydowano kto wygrał całą rywalizację:



Apel kończący zlot w niedzielę:



A na zakończenie wspólne zdjęcie. Żeby nie powtarzać się po poprzednim wpisie, tym razem "wszyscy wskazują na komendanta", a ja jednocześnie sadowię się na krzesełku na krawędzi schodów:



Organizatorzy w pełnej krasie, robiący to co powinni robić organizatorzy: gwizdać.

Ja i moi wierni "pomagierzy", Rafał i Łukasz. Przepraszam za wypadającą ze spodni koszulę Łukasza, sytuacja ekstremalna:




"Żegnajcie nam dziś, hiszpańskie dziewczyny..."



Jak to już napisano na fanpage Hufca: "Nie martw się, następny ZZM już za rok". A może to przy innym zdjęciu?

Na sam koniec chciałbym podziękować moim rodzicom za udostępnienie Mastera, którym "latałem" w trakcie zlotu niczym promem kosmicznym (białe z czarnym spodem, nawet się zgadza), oraz uczestnikom którzy zapomnieli zabrać ze sobą pasztet, czy ser: dzięki za to małe uzupełnienie lodówki.