Oczywiście rzeczą niemożliwą jest, abym pamiętał "Pustynną Burzę". Ale już wojna na Bałkanach jakoś przewija się pojedynczymi obrazami przez głowę. Przede wszystkim wzmiankami o Tadeuszu Mazowieckim, działającym jako specjalny wysłannik ONZ.
Co prawda mając 5 lat, oglądałem w telewizji przede wszystkim Teleranek, Wieczorynkę i Kapitana Tsubasę (chociaż zastanawiam się czy tą kultową japońską kreskówkę nie puszczano jednak nieco później, gdy już chodziłem do pierwszych klas podstawówki), ale być może pojedyncze obraz z wiadomości telewizyjnych zostały gdzieś w głowie. Albo równie dobrze są pozostałością z późniejszych już, "historycznych/dokumentalnych" programów telewizyjnych.
Czeczenia zawsze była "gdzieś tam", miejscem permanentnego konfliktu, który od czasu do czasu pojawiał się w mediach. Chociaż wkroczenie Basajewa do Dagestanu, zamachy na bloki mieszkalne w Rosji, a potem II wojnę czeczeńską pamiętam już dosyć dobrze: "pierwsza wojna Putina" była przedstawiona w mediach jako przeciwieństwo wcześniejszego konfliktu. "Rosjanie weszli, zajęli, i tyle było po Czeczenii."
Gdy teraz czytam i oglądam materiały dotyczące konfliktu w Czeczenii, łapię się na tym, jak "postapokaliptycznie" on wygląda, jak gdyby wrogie frakcje wydzierały sobie to, co jeszcze zostało po wielkim kataklizmie. Ruiny Groznego, brudni i zaniedbani żołnierze i partyzanci obu stron, najróżniejsze kombinacje mundurowe i sprzętowe, cywile próbujący jakoś to wszystko przetrwać. Chociaż, jeśli uznać upadek ZSRR za "apokalipsę" dla społeczeństwa radzieckiego, to tak, był to "konflikt postapokaliptyczny".
Ponieważ w 1999 r. byłem małym, militarnym technonerdem z podstawówki, bardziej zainteresował mnie inny konflikt. Interwencję NATO w Kosowie śledziłem zarówno w telewizji, jak i gazetach. Oczywiście w gazetach interesowały mnie bardziej zdjęcia i jak to się obecnie określa "infografiki", niż długie, dogłębne analizy, ale do dziś pamiętam niektóre artykuły: o zbombardowanej fabryce Jugo i problemach gospodarczych Jugosławii Miloszewicia, o jugosłowiańskich podziemnych lotniskach itp.
Najpierw masowe ucieczki Albańczyków, później potężne i nowoczesne uderzenie lotnictwa państw NATO:
Nowoczesne myśliwce, bombowce przelatujące pół świata, rakiety cruise i samoloty stealth (w tym jeden z F-117, który został zestrzelony. Pamiętam rozważania w gazetach jak Serbom się to udało). Trudno żeby taka kombinacja nie wywoływała opadu szczęki u małego chłopaka sklejającego modele.
A po zakończeniu kampanii powietrznej wkroczenie wojsk lądowych do Kosowa.
Dodając tak przy okazji: patrząc na posiadane przeze mnie brytyjskie oporządzenie, jeśli miałbym się zająć na poważnie rekonstrukcją, to zapewne rekonstruowałby właśnie oddziały brytyjskie wchodzące w skład KFOR, lub atakujące Irak w 2003 r.
Ale jeszcze nie przechodzimy do 2003 r. W międzyczasie miało miejsce jeszcze kilka konfliktów. W 1999 r. działo się dużo, a oprócz Kosowa i Czeczenii, zapamiętałem jeszcze zamieszki na Timorze Wschodnim, wkroczenie tam wojsk ONZ i początek drogi do niepodległości tego kraju.
11 września 2001 r... Nadal w podstawówce, przyklejony do telewizora, a wkrótce później, w momencie inwazji na Afganistan, oprócz śledzenia telewizyjnych i prasowych informacji, zaczytywałem jeszcze czasopisma dotyczące wojskowości, takie jak "Raport WTO". I Mariusz Max Kolonko, chyba już 12, albo 13 września, stojący na jakimś nowojorskim dachu z racją MRE w ręku mówiący z tym swoim akcentem "Takie posiłki, pozwalają Nejwi Seals na operowanie przez tygodnie na tyłach wroga... Być może już teraz amerykańscy komandosi poszukują Osamy Bin Ladena...". Ten facet od zawsze był pokręcony.
Podobnie było w 2003 r. podczas inwazji na Irak. Nadal nie miałem dostępu do internetu, więc wiedzę o działaniach wojennych czerpałem z telewizji, gazet i czasopism branżowych, które zaczytywałem od deski do deski po kilka razy. Z wojną w Iraku wiąże się jeszcze jedna kwestia. Byłem wtedy w I klasie gimanzjum i na tablicy na korytarzu wisiała jakaś gazetka "unijna". Na moje szczęście umieszczona na niej mapa Europy National Geographic sięgała do Iraku, więc często podczas przerw sprawdzałem na niej miasta o których mówiono w telewizji: Basra, Nasirija, Nadżaf, Karbala, Bagdad... Jak bym nie miał własnego atlasu szkolnego, prawda? A miałem. Nawet więcej niż jeden, bo odziedziczyłem świetny atlas dla liceum wydany przez PPWK w latach 70-tych.
Prawdę mówiąc, zarówno Irak i Afganistan, mimo cyklicznych "nawrotów zainteresowania" mediów, po prostu były. Wojna toczyła się gdzieś tam, na obrzeżach cywilizowanego świata. Aż nie chce się wierzyć że tak na prawdę od 13 lat toczy się wojna w której uczestniczy również Polska. Dla niektórych żołnierzy, zwłaszcza młodych Amerykanów i Brytyjczyków (zaciągających się często w wieku 18 lat, bezpośrednio po szkole średniej) opuszczających wkrótce Afganistan, 11 września 2001 r. jest równie dalekim wspomnieniem jak dla mnie wojna w Bośni.
Kolejnym kryzysem, który przedarł się na pierwsze strony gazet, a telewizje krzyczały "wojna!", była wojna w Gruzji w 2008 r. Byłem wtedy maturzystą, szykującym się do rozpoczęcia studiów. Miałem wtedy dostęp do internetu, do telewizji satelitarnej. Było więc mniej oglądania polskich telewizji, a więcej CNN, BBC i zaglądania od czas na Russia Today. Oprócz tego, głównym elementem moich militarnych zainteresowań było wtedy nadal lotnictwo, więc regularnie odwiedzany był np. wątek informacyjny na forum miłośników symulatorów lotniczych.
W przypadku Libii było bardzo podobnie, do grona źródeł informacji dołączył YouTube. A syryjską wojnę domową, kolejny konflikt "dziejący się gdzieś tam na uboczu", mógłbym aż określić jako wojnę jutubową/liveleakową, ponieważ obie strony konfliktu wypuszczają po prostu masy filmów umieszczanych na wspomnianych serwisach. I chyba zwłaszcza opozycja wypuszcza je "jak leci", bo równie gigantyczna jest ilość filmów wypuszczonych przez syryjskich bojowników, w których wychodzą po prostu na idiotów. Z czego później bierze się internetowe określenie "snackbar" na niezbyt rozgarniętego bojownika krzyczącego w kółko "Allah Akbar", oraz takie kompilacje:
A jak to wygląda obecnie, w trakcie kryzysu krymskiego? Przede wszystkim mocno na znaczeniu u mnie straciła telewizja, której prawie nie oglądam: to znaczy nie siadam celowo przed telewizorem, jeśli już oglądam jakiś serwis informacyjny, to najpewniej dla tego że przechodząc np. do kuchni zauważyłem że "coś się dzieje w telewizorze". Internet, przede wszystkim internet. BBC, ciekawostki na rusmilu (forum rekonstruktorów współczesnych jednostek rosyjskich), wątek na Militaryphotos.net. Przyznam że zawiodłem się na Facebooku. A przynajmniej poziomie dyskusji. Mało konkretów, dużo gadania o dupie maryni i werbalnego, nic nie niosącego "wsparcia". Tak samo np. forum Historycy.org. W temacie o wydarzeniach brylują trolle. Zarówno prorosyjskie, jak i podwórkowi geopolitycy, których wypowiedzi prawie nie da się przeczytać. Za to dzięki obecnemu kryzysowi poznaję medium jakim jest Twitter. Zwłaszcza stale aktualizowane okienko na stronie BBC pozwala śledzić sytuację wydarzenie po wydarzeniu. Kilkukrotnie zajrzałem też na inne profile twitterowe. Przy czym o ile podoba mi się stała aktualizacja i to że w większości tych profili były przede wszystkim wydarzenia, a nie dyskusje, to nadal w Twitterze bardzo denerwuje mnie lakoniczność informacji na poziomie SMSów, oraz wszechobecne "hasztagi" szatkujące tekst. Rozumiem że to sposób na szybkie klasyfikowanie informacji, potrzebne przy szybkim pisaniu, na którym oparty jest Twitter, ale na czemu nie mogą one być np. autoukrywane?
.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz