Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zastęp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zastęp. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Szycie proporca: poradnik "jak dla faceta"

Przepraszam szanowne druhny że w tym tekście będę używał form męskich. W końcu ma on na celu wytłumaczenie "jak facetowi" w jaki sposób stworzyć proporzec zastępu lub drużyny. Ale oczywiście wy też możecie skorzystać z tej pomocy.

Więc chcesz żeby twój zastęp, albo drużyna miały proporzec? Przeczytałeś gdzieś że każdy zastęp i drużyna powinny mieć swój, stworzony własnoręcznie, wedle konkretnych, dawno określonych reguł? Może widziałeś gdzieś zdjęcia, albo na żywo drużynę z proporcem i spodobało ci się to na tyle że też byś tak chciał? Marzy ci się maszerowanie w kolumnie z własnym proporcem na czele? Dobrze trafiłeś. Na początek trzeba określić podstawowe wymiary. Kształt? Trójkąt? Rozmiar? Poczekaj, nie będę się rozpisywał, starsi i mądrzejsi ode mnie już to opisali. "Vademecum zastępowego i kurs zastępowych Chytrego Kota", hm. Marek Kudasiewicz "Chytry Kot", Bibliotek Kręgu Płaskiego Węzła, strona 88:
- Ma on kształt trójkąta równoramiennego po podstawie 25 cm, boki po 40 cm. - Na prawej stronie: na tle barw chusty drużyny wyhaftowany lub aplikowany (tj. naszyty np. z filcu) numer drużyny i nazwa zastępu. -Na lewej stronie: na tle koloru zastępu godło
Tyle że już widzę te pytania na "zapytaju": "Ale to jest tylko zastępu! A co z proporcem drużyny?" Spokojnie: Znowu posłużę się tekstem osoby bardziej ode mnie doświadczonej. Którym to tekstem z resztą sam się kierowałem szyjąc proporzec dla swojej drużyny. Proszę bardzo: http://wkreguwodzow.blogspot.com/2015/02/o-proporcu-so-kilka.html
Kształt, zasady, ułożenie stron i elementów. Czego chcieć więcej? Technikaliów. No dobrze, przejdźmy więc do nich.
Na początek przydałoby się ustalić ewentualne zasady dotyczące prawej strony, zarezerwowanej dla "jednostki wyższego rzędu". Czyli drużyny w przypadku proporca zastępu i hufca w przypadku proporca drużyny. I tutaj może pojawić się problem jeśli w twoim środowisku zanikło tworzenie proporców, bo możesz nie mieć łatwo dostępnego przykładu który mógłbyś skopiować. Wtedy trzeba będzie przekopać się przez kroniki, albumy fotograficzne, być może poszperać po jakiś zapomnianych zakamarkach harcówek i pudeł w siedzibie hufca, możliwe że będziesz musiał skontaktować się z seniorami.
Tylko co zrobić jeśli nie udało ci się nic znaleźć? Albo tworzysz proporzec zastępu w drużynie która powstała niedawno i nie ma w niej jeszcze żadnego proporca? Wtedy trzeba stworzyć nową tradycję i samodzielnie zaprojektować stronę "jednostki wyższego rzędu" po konsultacjach z kierującymi nimi osobami (drużynowy, rada drużyny, komendant hufca, komenda hufca).
Po upewnieniu się że niczego nie pominąłeś, można przejść do projektowania proporca. Najlepiej użyć do tego jakiegoś programu do obróbki grafiki wektorowej. Ja użyłem Corel Draw, ale równie dobrze mógłby to być np. darmowy Inkscape. Na podstawie loga drużyny, zaprojektowanego chyba już ponad 10 lat temu przez inną osobę stworzyłem pierwotny projekt proporca:
Logo drużyny
Pierwotny projekt strony drużynowej
Projekt strony hufcowej, razem z rysunkiem na którym się wzorowałem.
Ale podczas projektowania co nieco pokręciłem i już w momencie zszywania pierwszych fragmentów proporca okazało się że "coś jest nie tak" i musiałem zmienić ułożenie elementów na stronie drużynowej żeby układała się ona w miarę czytelny sposób:

Zauważyliście o co chodzi? przecież obie strony muszą się złożyć żeby stworzyć jeden proporzec, więc projektując trzeba ustawić wierzchołki obu stron w dwóch różnych kierunkach. Dla porównania: gdybyśmy chcieli zaprojektować proporzec rysując na papierze kredkami trzeba by było wyciąć z papieru romb, złożyć go wzdłuż krótszej przekątnej i skleić ze sobą środki.
Poprawiona wersja projektu strony drużynowej
Przynajmniej dzięki pomyłce udało mi się osiągnąć to, że gdy proporzec zwisa wierzchołkiem w dół barwy układają się na nim tak samo jak na chuście drużyny. A masz heraldyko!
Takie opracowane jako grafika komputerowa projekty dobrze jest wydrukować, wyciąć, skleić i zobaczyć jak projektują się na żywo, które elementy mogą być zbyt małe żeby dało się je wykonać równie dokładnie co w projekcie, gdzie konieczne będą uproszczenia, a które elementy wyglądają na niekształtnie i trzeba nad nimi dalej popracować. Oprócz tego taką papierową makietę można przynieść na zbiórkę zastępu czy rady drużyny, pokazać innym, przedyskutować jej wygląd i wprowadzić poprawki. Pamiętaj: projektujesz coś na lata, coś co w przyszłości może stać się obiektem np. takiego wydarzenia: http://www.16wdh.pl/a611,Jak-spotkali-si%C4%99-dwaj-zast%C4%99powi-Bobr%C3%B3w
Chciałbyś, co? To się postaraj. Zarówno w projektowaniu, jak i później w wykonaniu. A potem w funkcjonowaniu zastępu/drużyny, bo proporzec to jeszcze nie wszystko.
Mamy już gotowy, rozrysowany projekt. Przydałoby się więc rozpisać jak wykonać poszczególne elementy. Ja wykonałem to w formie czarno-białych, uproszczonych wersji projektu z dodanymi opisami jak wykonać dany element. Oczywiście w trakcie szycie niektóre rzeczy się zmieniały, ale przynajmniej miałem punkt wyjścia i np. wiedziałem jakie materiały kupić.
Jak widać objaśnienia odnosiły się do pierwotnej wersji projektu
Na podstawie tych objaśnień przygotowałem szablony do wycięcia. Dzięki temu mogłem odrysować poszczególne kształty, np lilijkę na tkaninie.
Mamy już zaplanowany układ proporca, wiemy jakich materiałów potrzebujemy, czas więc je kupić. Gdzie? W pasmanterii. To taki sklep z tkaninami, nitkami i innymi tego typu rzeczami jakbyś nie wiedział.
Jakie materiały będą ci potrzebne?
  • materiał w odpowiedniej barwie. Najlepiej jak najmniej rozciągliwy i niezbyt śliski. Chyba że koniecznie chcesz mieć "jedwabny" proporzec. Najlepiej rozejrzeć się za jakąś bawełną, albo bawełną z domieszką tworzyw sztucznych. Ważne żeby nie wyblakła zbyt szybko. Może być taki materiał jak na chusty (możesz nawet kupić kilka chust w odpowiednim kolorze w składnicy), ewentualnie inna bawełna o podobnych właściwościach, może być cienkie płótno bawełniane. Jak kupiłem bawełnę z domieszką tworzyw sztucznych. Jest nieco bardziej połyskliwa niż chusty, delikatnie grubsza, ale niezbyt rozciągliwa.
  • nici: takie zwykłe w szpulkach do szycia, oczywiście w odpowiednich kolorach. Będzie potrzebna do zszywania i ewentualnie drobniejszych haftów.
  • mulina: czyli grubsza nić, coś pośredniego między nicią, a włóczką z której robi się swetry. Będzie potrzeba do haftów. Jeżeli masz problem z kolorami i stojąc w pasmanterii przed całą tablicą z nićmi w różnych kolorach i stojakiem pełnym różnych mulin dostajesz ataku paniki weź ze sobą chustę drużyny i wydrukowany projekt proporca (o ile kolory na wydruku wyszły dobrze) i po prostu  powiedz "poproszę nici w takim kolorze", wskazując na chustę albo wydruk.
  • fizelina: "podkład" na który naprasowuje się tkaninę żeby można było wyciąć z niej odpowiednie kształty na proporcu. O fizelinie napiszę później nieco więcej. Ewentualnie można te same kształty wciąć z kolorowego filcu.
  • ozdobne frędzle. O ile chcesz mieć takie frędzle na swoim proporcu, różnobarwne taśmy z takimi frędzlami też można kupić w w pasmanterii.
Mamy projekt, mamy materiały czas przystąpić do pracy. Ale muszę cię ostrzec: ponieważ nie mam maszyny do szycia, większość swojego proporca uszyłem ręcznie. Tak, ręcznie. A na to potrzeba czasu. Na mój poświęciłem jakieś 2 miesiące pracy. Więc powinieneś zarezerwować sobie dużo wolnego czasu. Więc znajdź coś, co będzie "brzęczało w tle" gdy ty będziesz kręcił igłą. Jakieś seriale, filmy dokumentalne, podcasty i audycje radiowe, audiobooki. Kolejna rzecz jaką musisz sobie zapewnić to dobre oświetlenie. Skupianie się na małych detalach haftu bardzo męczy oczy, nawet przy świetle dziennym, a co dopiero przy jakiejś małej lampce. Czasami wieczorem nie dość że zapalałem światło w pokoju w którym szyłem, to miałem tuż nad głową zapaloną jeszcze dodatkowo lampkę biurową z 40 watową żarówką.
Ponieważ proces szycia był tak na prawdę procesem nauki, zacząłem od prostszej, hufcowej strony.
Pierwszą zmianą w porównaniu z projektem było wyhaftowanie muliną nazwy hufca, a nie tak jak pierwotnie planowałem: wycięcie jej z czarnej tkaniny.
 Wynikało to z problemu z którym zetknąłem się zszywając lilijkę w barwach drużyny. Materiał się "siepał": nitki wychodziły z tkaniny na jej wyciętych krawędziach. Lilijka specjalnie była wycięta większa, żeby można było zawinąć siepiące się krawędzie pod spód i bezproblemowo przyszyć ją do proporca. Jednak lilijka jest zbyt skomplikowanym kształtem żeby można było to zrobić.
Na tym zdjęciu widać moje próby podwijania krawędzi z wykorzystaniem wyciętego z papieru szablonu od którego odrysowałem kształt lilijki.
Na szczęście szybkie wyszukiwanie w internecie i rzut oka na kilka blogów o hobbystycznym rękodziele przyniosły rozwiązanie: fizelina. Tkanina z tworzywa sztucznego wyglądająca jak cienka mieszanina waty i folii na którą naprasowuje się właściwą tkaninę. Pod wpływem ciepła klej zawarty w fizelinie przywiera do tkaniny i utrzymuje jej włókna na miejscu, nawet pomimo wycięcia z niej potrzebnego kształtu. Co więcej: fizelina jest biała i na tyle szorstka że da się po niej rysować np. ołówkiem. Ułatwia to odrysowywanie kształtów. Przykładamy wycięty z papieru szablon, odrysowujemy kształt, wycinamy i przyszywamy.
Jeszcze co do fizeliny. Da się ją kupić spokojnie w pasmanterii, chociaż ja, z racji kwestii czasowych kupiłem ją w... "przemysłowym" GSie. Takie typowy sklep z małego miasteczka ze środkami czystości, narzędziami ogrodowymi, koszulami i podstawowymi przyborami pasmanteryjnymi. Tu też dodatkowa porada jeśli do tej pory nie kupowałeś nic w pasmanterii. Jeśli na pytanie ile tego potrzebujesz odpowiesz "tak mniej więcej jak 1-2 kartki A3" to usłyszysz "ale ja sprzedaję na metry..." I nie, nie metry kwadratowe. Metry bieżące. Czyli bela materiału może mieć szerokość większą niż metr, ale kupując podajesz jakiej długości fragment tego materiału chcesz.
lilijka w barwach drużyny naprasowana na fizelinę
Na zdjęciu widać dziwne zagięcie fizeliny. Wynika to z tego, że naprasowałem na nią już zszytą lilijkę i musiałem potem rozcinać fizelinę pod szwem. Gdyby robił to teraz, pewnie naprasowałbym najpierw oba kolory oddzielnie, a dopiero potem zszył ze sobą. Po wycięciu odpowiedniego kształtu lilijki przyszedł czas na jej naszycie. Prosto: na okrętkę, wokół krawędzi. Chodziło o to, żeby nie odstawała w żadnym miejscu. Najpierw "złapałem" ją w odpowiednim miejscu szpilkami, potem obszyłem rzadkim ściegiem żeby się nie przesuwała, a potem o wiele gęściej, dla wyglądu i pewniejszego umocowania lilijki na proporcu. Ręcznie, ale da się to też zrobić na maszynie, o ile da się na niej ustawić odpowiedni ścieg. Na współczesnych, domowych maszynach do szycia raczej się da. Nie wiem, nie mam.
Lilijka "złapana" szpilkami przed przyszywaniem jej do proporca
Zbliżenie na obszycie lilijki na stronie hufcowej
Gotowa strona hufcowa
Jedna ważna porada dotycząca przyszywania aplikacji: dobrze jest zarówno przed, jak i po przyszyciu wyprasować elementy.
Potem zabrałem się za stronę drużynową i zacząłem od elementów przyszywanych w taki sam sposób. Tyle że z już większym doświadczeniem.
 Na zdjęciu powyżej widać aplikację naprasowaną na fizelinę, wyciętą do odpowiedniego kształtu i "złapaną" w odpowiednim miejscu szpilkami. Widać też gęstość "wstępnego" ściegu utrzymującego aplikację na proporcu w trakcie obszywania jej gęstszym, lepiej wyglądającym ściegiem.
Kolejne zdjęcie, z kolejną naszytą aplikacją. Znowu widać różnicę gęstości między wstępnym, a ostatecznym ściegiem. Można też porównać ostateczny kształt wyciętej "fali" z pierwotnie planowanym. Oczywiście ten na tkaninie był uproszczony w porównaniu z tym na papierze.
Po przyszyciu aplikacji przyszedł czas na wyhaftowanie numeru i nazwy drużyny. W porównaniu z nazwą hufca zrobiłem małą próbę nowego ściegu na zbędnym kawałku tkaniny. Ścieg "w jodełkę" (czy jak on się tam formalnie nazywa) okazał się równy, w miarę dobrze wyglądający, gęsty i jednocześnie prosty w wykonaniu. Muszę przyznać że od teraz oznaczenia stopni na pagonach będę wyszywał właśnie nim: będą równiejsze i lepiej widoczne, a jednocześnie nadal "błękitne na czarnym".
Dwa zdjęcia numeru w trakcie haftowania go białą muliną. Widać kształt ściegu, oraz "szkic" nicią wzdłuż którego haftowałem. Takie zaznaczenie przebiegu cienką nicią wszytą fastrygą (czyli najprostszym, ale jednocześnie bardzo słabym ściegiem) pozwalało mi trzymać kształt w sytuacji w której zaznaczenie kredką, kredą, albo mydłem starłoby się w trakcie haftowania. A zapewniam: ścierało się. Przy takiej pracy palce się pocą, czasami byłem zdziwiony jak bardzo moje palce były mokre mimo tego że nie jest to jakaś ciężka fizycznie, czy stresująca czynność.
Co do zaznaczania mydłem. Większość rzeczy w proporcu rozrysowałem na tkaninie ołówkiem. Da się go zmyć, ale właśnie: zmyć. Polecam mydło: z jednej strony dobrze się trzyma i jest widoczne zarówno na dosyć jasnej, jak i czarnej tkaninie, a z drugiej strony łatwo je usunąć. Czemu wspominam tu o mydle? Bo nazwę drużyny haftowałem bez wcześniejszego szkicu nitką, od razu po rozrysowaniu mydłem. Dlatego zależało mi na tym, żeby rozrysowane napisy trzymały się na tkaninie.

Widać napis zaznaczony mydłem
Większość tych napisów robiłem podobnym ściegiem co numer, tyle że zamiast "jodełki" (>>>>) zrobiłem to swego rodzaju "dachówkami" (////) ułożonymi w jedną stroną. Jeżeli zauważasz różnicę w grubości między DR i resztą, to wynika to z tego że ścieg zmieniłem w trakcie widząc że to jednak nie to.
Po obszyciu i obhaftowaniu obu stron przyszedł czas na połączenie. Nie było to taką prostą sprawą właśnie z racji frędzli które należało wszyć między obie strony proporca. Najpierw ułożyłem obie części odwrotnymi stronami na zewnątrz, potem ułożyłem między nimi taśmę z frędzlami i złapałem to wszystko szpilkami. Potem zszyłem to fastrygą. I poddałem się.
Lewa strona hufcowej części proporca przy łączeniu szpilkami i zszywaniu fastrygą. Widoczny szew wokół lilijki i średnio estetyczne pętle zostające przy haftowaniu napisu. Ale spokojnie: i tak zostają przecież w środku.
 Ale jak to? Nie, spokojnie, nie zrezygnowałem z całego projektu. Po prostu uznałem że lepiej będzie jeśli ostateczne szwy łączące proporzec będą wykonane na maszynie: będą wtedy prostsze i mocniejsze. Jak pomyślałem tak zrobiłem i udałem się w odpowiednie miejsce (JESZCZE RAZ DZIĘKUJĘ BABCIU! No co, nie mam maszyny do szycia w domu).

Po ręcznym zszyciu odwinąłem proporzec na prawą stroną żeby zobaczyć jak będzie wyglądał gotowy. A tak prezentowała się strona drużyny już po zszyciu na maszynie:
Na czym umieścić proporzec? Na drzewcu? Jak wykonać proporzec? Tak jak laskę skautową. Czyli potrzebna nam będzie prosta, długa na ok. 170 cm, o grubości takiej "pod rękę", żeby dało się ją wygodnie trzymać laska np. z leszczyny.  równo okorowana i dobrze wysuszona. Główka może być odpowiednio wyrzeźbiona.  Przyznam że ja poszedłem na łatwiznę: lata temu w harcówce 23-ciej ostała się laska skautowa. Ładna, dobrze okorowana, nie wiadomo czyja przez kilka lat stania w kącie wygięła się w lekki łuk. Gdy musieliśmy opuścić pomieszczenie bo szkole przez 6-latki idące od 1 klasy potrzebna była kolejna sala na zerówkę, laska skautowa trafiła razem z resztą rzeczy z harcówki trafiła na mój strych. Chcąc wykorzystać ten było-nie było element historii drużyny, przeznaczyłem laskę na drzewiec proporca drużyny. Do przymocowania proporca wykorzystałem rzemyki wycięte z trzymanego "na przyda się" kawałka skóry, jeśli dobrze pamiętam: z portfela. Mają długość "na akurat". Równie dobrze można kupić gotowe rzemyki i przyciąć je z zapasem, żeby można było je łatwo zawiązać na drzewcu, można użyć też troków z dobrze wyglądającego sznurka. Co do przymocowania ich do proporca: można je przyszyć, ale równie dobrze można na krawędzi wszyć metalowe krążki, np. takie jakich używa się do robienia kolczug: są dostępne w internecie na kilogramy, a przecież do proporca potrzeba 3, może 4.
Jeśli mamy proporzec, trzeba pomyśleć nad proporcowym/chorążym. Chyba lepiej żeby nie był to bezpośrednio zastępowy, albo drużynowy. Może to być podzastępowy albo przyboczny. Można się też zastanowić nad wyznaczeniem specjalnego chorążego i mianowaniem go rozkazem. Tylko pamiętajmy że jest to funkcja reprezentacyjna. Zarówno pod względem postawy zewnętrznej, znajomości musztry i regulaminu mundurowego, ale też i postawy w słowach i zachowaniu. Proporcowy powinien być godzien tego zaszczytu, swego rodzaju strażnika symbolu honoru drużyny albo zastępu.
A co z wręczeniem? Proporzec w życiu drużyny czy zastępu nie powinien pojawić się "od tak". Powinien być zdobyty, wręczony uroczyście. Jeśli jesteś drużynowym i wiesz że jeden zastęp przygotował sobie proporzec, albo zrobiliście proporzec drużyny: jego wręczenie potraktuj jak organizację przyrzeczenia. Przyrzeczenia całego zastępu albo drużyny. Niech moment otrzymania proporca będzie "obrzędem przejścia" dla otrzymującego ją zastępu, albo drużyny.
A jaki otrzymujemy ostateczny efekt tych wszystkich prac? Dumna ze swojego proporca drużyna:
I chyba jeszcze ważniejsza rzecz: "lans na dzielni". Bo od tego jest właśnie proporzec.
To i poprzednie zdjęcie zrobione na XXVII Rajdzie Mikołajkowym


czwartek, 18 kwietnia 2013

Plemię

O jejku jejku jej, jestę publicystę! Znowu, tyle że tym razem nieco spóźnionym. Z resztą, w temacie o którym będę pisał, też jestem nieco spóźniony. No bo będę pisał o harcerstwie: ostatnio zrobiło się w mediach o nas głośno jak nigdy. Oczywiście z powodu pewnej pani doktor i pewnego projektu ustawy. Chyba nawet skandale obyczajowe, nie były tak głośne, jak obecna sytuacja. Chyba jedyne z czym mogę to porównać, to czy niezawiniony udział harcerstwa w "wojnie o krzyż". No ale czemu napisałem że jestem w harcerstwie opóźniony? Jeśli piszę teksty które podchodzą pod poradniki, to powinienem się znać na temacie, prawda? Cała rzecz w tym, że z moimi 24 latami, powinienem być wedle zasad i reguł związkowych już podharcmistrzem i angażować się na szczeblu co najmniej hufcowy, a najlepiej jeszcze wyżej. Podczas gdy ja, z powodu swojego roztrzepanego charakteru, zaniedbywałem zdobywanie stopni harcerskich. Tak: w harcerstwie stopni nie dostaje się "za wysługę", z automatu, tylko ich zdobywanie jest rzeczą indywidualną. Oczywiście ich wymagania są dopasowane do konkretnych grup wiekowych, ale zdarza się, tak jak w moim przypadku, czasami student zdobywa stopień, który rozpisywał i powinien zdobyć jako gimnazjalista... Obecnie w końcu zacząłem próbę przewodnikowską, po której w końcu zostanę instruktorem (niestety, po 26 roku życia, albo to, albo bycie... seniorem). Poza tym, w ciągu ostatnich kilku lat coraz bardziej moja funkcja jako przybocznego migrowała na pozycję "zastępcy drużynowego", z wcześniej, o wiele mniej zaangażowanej w bezpośrednie kierowanie drużyną. Jednocześnie, coraz bardziej jestem obecny na poziomie hufcowym. Niestety, tym samym częściej jestem świadkiem różnych "opowieści dziwnej treści" wynikających z rozbieżności nt. np. wizji prowadzenia hufca, wizji całej idei harcerskiej, czy problemów z aktualną opieką nad hufcowym sprzętem. Niestety, taka jest rzeczywistość, im więcej odpowiedzialności, tym więcej rozbieżności. Dzięki Bogu za chłopaków, z którymi mogę siedzieć w lesie i przekazywać im swoją wiedzę, jak prosty zastępowy. Oczywiście nie jestem ich zastępowym, tą funkcję pełni Rafał, ale oczywistym jest że z racji wieku i tego, co mogę im przekazać, blisko z nim współpracuję.
I to właśnie kontrast pomiędzy polityką, szalejącą obecnie również u nas, a atmosferą pracy w zastępie skłoniły mnie do przemyśleń. Z jakiej struktury społecznej powinniśmy czerpać wzorce przy pracy na poziomie drużyny, zastępu. Wydawać by się mogło, że pojęcie narodu dobrze oddaje to, co powinniśmy robić. Patriotyzm, praca na rzecz społeczeństwa... Jednak najpierw zadajmy sobie pytanie: co odróżnia jedne narody od drugich? Język i historia. A jak pokazuje XIX wiek, głównym czynnikiem jest właśnie język. Rodzące się narody powstawały właśnie w oparciu o język, powstające państwa narodowe starały się ujednolicić język w swoich granicach, opierając go na dialekcie, stosowanym przez kręgi rządzące. Historia też jest ważnym elementem, ale równie dobrze może nie być ona zbyt długa. No bo w którym momencie zaczyna się historia Słowaków, którzy przez prawie 1000 lat byli częścią państwa węgierskiego? Również religia nie jest aż takim czynnikiem łączącym. Oczywiście może być ważnym elementem identyfikacji, jak w przypadku katolickich Irlandczyków, którzy do w znacznym stopniu mówią teraz po angielsku. Ale są też narody wieloreligijne, jak na przykład Niemcy, podzielone między protestantów i katolików. Również Polacy nigdy nie byli jedynie katolikami. Pewnym odzwierciedleniem narodu mogą być wyższe struktury ZHP. Naród, stara się zdobyć własne państwo, a więc i stworzyć własne struktury urzędowe. Stara się uregulować i sformalizować swoje funkcjonowanie. I my w związku mamy więc struktury, regulaminy, formalności, określone formy. Ale tak jak napisałem: główną cechą różnicującą narody jest język. Czy więc to, co różnicuje "narody", struktury harcerskie jest to jak mówią o idei, nic więcej? Być może, nie mi sądzić.
Ale to nie kwatera główna, chorągiew, czy nawet hufiec, jak niektórym się może zdawać jest podstawową "komórką" w której toczy się życie harcerskie. Są nimi zastępy i drużyny. Ale nie pasuje do nich "metodyka narodowa", są na to za małe. Nie pasuje do nich polityka, będąca dzieckiem społeczeństw narodowych, w formie, w jakiej wykrystalizowały się one w XIX wieku. Nie. Bardziej pasuje do nich struktura klanowa plemienna. Znam członków swojej grupy, dzielę z nimi doświadczenia. Mamy wspólną, często przede wszystkim mówioną historię, w której starsi przekazują ustnie legendy o początkach i chlubnych dziejach grupy. "Wola przywódcy" to nie kartka z rozporządzeniem centrali, ale rzeczywista osoba, egzekwująca swoje przewodnictwo przykładem, doświadczeniem i umiejętnościami. I choćby nie wiele nas różniło od obcych, cały czas istnieje to podświadome rozgraniczenie "My-Oni". Reakcje plemienia nie są wyważone i "polityczne". Są gwałtowne i opierające się na zasadach przyjętych wewnątrz plemienia. Plemię ma swoje "tabu". Istnieją pewne "charam" nie wynikające z regulaminów, a tego, że nasi poprzednicy "dali nam po rękach", które my w swojej nieświadomości wyciągaliśmy po to "tabu".
Plemię. Jeśli naszym celem jest wyrwanie się z brudów i niepowodzeń ukształtowanego w XIX wieku społeczeństwa narodowego, powrót do natury, to czy nie powinniśmy stawać się plemionami, klanami, na wzór Pasztunów z górskich dolin, od tysięcy lat odpierających każdego najeźdźcę, ludów z wielkiego stepu Środkowej Azji, od początków cywilizacji raz po raz opuszczających swoją kolebkę i tworzących wielkie imperia? Zapisujących się na trwałe w dziejach świata, najpierw podbijając, a potem przejmując dorobek podbitych ludów?

sobota, 10 listopada 2012

Co będziemy robić tej nocy Móżdżku?


...To samo co każdej nocy Pinky. Będziemy próbować przyciągnąć nowych chłopaków do drużyny.
Niestety. Próba złapania gimnazjalistów na haczyków "karabinów" ASG na razie się nie udaje. Co z resztą wywołuje u mnie i chłopaków z zastępu pytanie: jeśli nie chcą przyjść się postrzelać, to co może ich zachęcić?". Jeszcze w październiku pojawiłem się w miejscowym gimnazjum i na długiej przerwie pokazałem "gimbazie" swój ekwipunek, dałem dotknąć repliki, rozdawałem ulotki wyjaśniające czym jest airsoft, aby mogli z nich skorzystać w razie pytań rodziców. Na ulotce (którą zamieściłem w poprzednim poście) pojawił się również termin dzisiejszej zbiórki na której mieliśmy pokazać i opowiadać im więcej o naszej działalności. Powtórzyłem całą akcję w ten czwartek: w mundurze harcerskim przeszedłem się po korytarzach, rozdawałem ulotki, harcówka wypełniła się młodzieżą o ciekawskich spojrzeniach. Myślałem sobie wtedy "No, to będzie dobrze". Przygotowałem wczoraj wieczorem cały sprzęt na "pokazówkę", wydałem chłopakom dosyć szczegółowe dyspozycje co mają ze sobą zabrać i na siebie założyć. Wydawałoby się że wszystko jest pod kontrolą.
 Dzisiejszy poranek. No dobra, była mgła, było chłodno, ale nie przesadzajmy, nie w takich warunkach robiło się różne rzeczy. Pakuję plecak do Pandy i ruszam do Ładzynia. Rafał już czekał w umówionym miejscu pod kapliczką, gdzie mieliśmy zebrać "młodych". Krótkie "pakuj rzeczy do samochodu" i czekamy na autobus którym miał przyjechać Łukasz i prawdopodobnie jakaś grupa młodzieży. Niestety, Rafał zauważył że z autobusu wysiadła tylko jedna osoba. No cóż, czekamy na następny autobus. I znowu pusto, nawet się nie zatrzymał. Czemu żaden z młodych chłopaków, który mieli okazję zobaczyć i dotknąć replikę karabinu na przerwie w gimnazjum, nie pofatygował się żeby przyjechać na zbiórkę, na której będzie miał okazję zobaczyć więcej replik, a nawet z nich postrzelać? Mowa przecież o pokoleniu wychowanym od małego na komputerowych strzelankach. Znaczące jest pytanie które zadał mi jeden z gimnazjalistów w czwartek:
-Grał pan w Battlefielda?
-Tak w BF1942.
-?
-Tego pierwszego pierwszego.
No właśnie: dzieciaki w gimnazjum grają teraz w komputerowe superhity, któreś z kolei, trzecie, czwarte czy piąte odsłony gier w które ja zagrywałem się swego czasu: grałem w pierwszego Battlefielda, pierwszego na PCtach Medal of Honor z pamiętną sceną na plaży Omaha wzorowanej na "Szeregowcu Ryanie", grałem w pierwszego Call of Duty, którego wychodzące teraz sequele kosztują tyle co hollywodzkie superprodukcje i lepiej od nich się sprzedają. Co może być według nich bardziej interesującego od przeniesienia tych gier do rzeczywistości? Jest chyba kilka możliwości czemu nikt nie przyjechał. Pierwsza to taka że przestraszyła ich pogoda. Ale przecież mgła i +5 stopni to nie zabójcza pogoda. A na dodatek później zrobiło się na prawdę przyjemnie: mgła opadła, a słońce zaczęło mocniej świecić co przełożyło się na wyższą temperaturę. Druga możliwość że nie puścili ich rodzice. No cóż, rozdawałem ulotki informacyjne specjalnie po to żeby rozwiać ewentualne wątpliwości, nie bez powodu umieściłem na nich swój nr telefonu i adres e-mail. O dziwo nie miałem żadnego odzewu: nawet spamu, czy "prank-call" ze strony tychże gimnazjalistów. Trzecia wersja jest taka że wstydzili się. Wstydzili się posądzenia o bycie ciotą i ostatnią łamagą, z czym kojarzy się współczesnej "gimbazie" bycie harcerzem. A tak nie jest, co m.in. staram się z chłopakami udowadniać.
Czwarta możliwość jest najbardziej denerwująca. Po prostu nie chciało im się. 9 rano to dla nich za wcześnie, obudzili się, otworzyli jedno oko, zobaczyli mgłę i zasunęli kołdrę na głowę żeby wstać o 11tej i spędzić cały dzień przed komputerem. Przyznaję się, sam jestem po prostu leniwy, a na to nakłada się roztrzepanie i zajmowanie się milionem tak na prawdę nie potrzebnych rzeczy, ale nie przesadzajmy. Raz na jakiś czas chyba można nastawić sobie budzik żeby zdążyć na autobus. A choćby wyjść z domu, bo z tego co pamiętam przynajmniej 2 chłopaków którzy deklarowali się że przyjdą było z tamtej wsi. Wystarczyło się ubrać i wyjść z domu...
Czekaliśmy do około 10, podczas gdy na ulotce, nie tylko rozdawanej, ale również wiszącej od ostatniego tygodnia października przed harcówką podana była godzina 9:30, jako moment w którym ruszymy spod kapliczki na miejsce docelowe. Ponieważ mieliśmy czas, zdecydowaliśmy się na wypad w miejsce, które chcieliśmy zobaczyć już dawno: opuszczona jednostka przeciwlotnicza koło Pustelnika, która dawniej wchodziła w skład sytemu broniącego Warszawę przed atakiem powietrznym. Zapakowaliśmy się w trójkę do samochodu i pojechaliśmy do Pustelnika. Pandę zostawiliśmy pod tamtejszym kościołem i ruszyliśmy w kierunku jednostki znajdującej się w lasach na zachód od miejscowości. Muszę dodać że nie mieliśmy ze sobą nawet mapy: dotarliśmy tam korzystając jedynie z kompasu i widoku satelitarnego na okolicę który pamiętałem z dawnego przeglądania geoportalu.
Co prawda pierwsze co napotkaliśmy to ogrodzenie z drutu kolczastego którego dawna chwała już przeminęła i da się je przejść praktycznie wszędzie, a drogę tuż przy nim przebiegła nam para łosi, to pierwsza rzecz której udało mi się zrobić zdjęcie to ta wieżyczka strażnicza. Ciekawostka: jej "noga" to pojemnik w których przechowywane były rakiety przeciwlotnicze. Na szczęście nie mała drabiny, bo pierwszą myślą która przebiegła chłopakom przez głowę to "czy da się na nią wdrapać".
Budka na którą natknęliśmy się zaraz za drugim, wewnętrznym ogrodzeniem była upstrzona napisami typu "wiosna 95", "zima 02", czyli pozostałościami po nieboszczce ZSW. Jak się później okazało na praktycznie wszystkich zabudowaniach były wypisane, lub wydrapane podobne "przesłania" od dawnych poborowych. A za budką zaczynał się labirynt obwałowań stanowisk ogniowych, które miały chronić pojazdy przed bliskimi wybuchami. Na dodatek obwałowania są porośnięte dosyć gęstym lasem. W niektórych z "górek" znajdowały się swego rodzaju schrony: mniejsze lub większe korytarzyki z co najmniej dwoma wejściami.
Nie muszę chyba dopisywać że chłopaki chcieli zajrzeć do każdego z takich "schronów"? Na szczęście Rafał miał ze sobą latarkę. Może i małą, ale przynajmniej jakąś miał, bo pewnie i tak zaglądaliby tam bez latarki.

Znaleźliśmy też garaże dla pojazdów. Reakcja chłopaków gdy zobaczyli je zza górki była tak entuzjastyczna że nie byłem w stanie za nimi nadążyć.

W budynku znajdowały się za równo duże garaże:
Jak i mniejsze pomieszczenia, prawdopodobnie dla załóg pojazdów. Ponieważ były dosyć zawiłe, panowała w nich ciemność, z którą nie radziła sobie nawet mała latarka, więc nie udało nam się dojść co końca
Co ważnie, nigdzie nie zauważyliśmy kulek do ASG, mimo że teren jest wręcz idealny na różne tego typu imprezy, a należy zaznaczyć że podobne obiekty pod Warszawą są regularnie wykorzystywane przez środowisko airsoftowe, czego przykładem są  Otwarte Scenariusze Bojowe grupy FIA. "Dziewiczość" miejsca wynika prawdopodobnie z 2 czynników: po pierwsze pobliskie budynki pokoszarowe są zamieszkane, lub przynajmniej pilnowane. My słyszeliśmy psa i widzieliśmy samochód przy starych komórkach. Inna sprawa czy ten samochód jeździł... Drugim czynnikiem jest, jak wynika z internetowych opowieści, nieprzyjazne nastawienie miejscowego nadleśnictwa i względnie częste pojawianie się w okolicy Straży Leśnej, co dla "dzikich strzelankowców" może się skończyć mandatem.

A ponieważ mieliśmy jeszcze czas, wróciliśmy na swoją zwykła "miejscówkę" na krótką rekreacyjną "wymianę kompozytu".
Cóż, cały dzień można podsumować jedną grafiką: