Tyle że espirit de corps nie tworzy się jedną decyzją. On się kształtuje, a potem trzeba go kultywować. Grupa zawsze potrzebuje zewnętrznych oznak odrębności. Trzeba mieć potwierdzenie że się w niej jest, trzeba z tego powodu odczuwać dumę. Inaczej dobra zabawa kiedyś się kończy, zaczynają się takie czy inne problemy i nie ma czegoś co nadal cementowałoby tą grupę, co wcześniej wytworzyłoby poczucie solidarności i grupa zaczyna się kruszyć. Każdy idzie w swoją stronę bo "już nie jest fajnie". A jak nie jest fajnie, to można swobodnie odejść, przecież nic już nas tu nie trzyma. A mimo wielokrotnie pojawiającego się w regulaminie ZHP stwierdzenia "jednolite dla całej drużyny", co jest u nas?
Beret: "nie, nie będę nosić". "Czemu?" "A bo nie lubię, niewygodny". Ale gdy jakiś cudem na głowę trafi dobrze ułożony beret, nagle pojawia się "Ale on się układa..." Nie on się układa, tylko został tak uformowany. Materiał z którego są szyte berety właśnie jest taki a nie inny, żeby można było go ukształtować. Ale jeśli nic się nie robi w tym kierunku, to potem beret jest "niewygodny". Beret trzeba formować. Moczyć, zwijać, "prasować" (ale nie żelazkiem, tylko pod czymś ciężkim), Trzymać zwinięty, a przede wszystkim nosić i układać go na głowie. Do tego trzeba czasu, to nie czapka wełniana, tylko nakrycie głowy które trzeba dopasować pod siebie. Właśnie, jeszcze jedno: nosić! Jak można przyzwyczaić się do beretu i go ułożyć, jeśli się go nigdy nie zabiera ze sobą. Poza tym stwierdzenia "Zmieńmy na rogatywki, rogatywki są fajne...". Ale jak już pisałem i będę pewnie jeszcze parę razy powtarzał: w 23 berety są od początku, nie można nagle zmieniać kursu o 180 stopni i stwierdzać "od teraz nosimy rogatywki". Poza tym... "będą fajne" do czasu aż ktoś spróbuje swoją uprać i zniszczy tym samym daszek. No i rogatywkę też trzeba odpowiednio zakładać i nosić. To nie basebolówka, rogatywki nie zakłada się "od tak". Nie wiem, być może to syndrom współczesności, że ludzie nie są przyzwyczajeni do nakryć głowy, podczas gdy jeszcze kilkadziesiąt lat temu bez kapelusza, czapki, czy chustki nie wychodziło się z domu.
Spodnie: Oliwkowe! Ile razy trzeba powtarzać że do munduru nie nosi się dżinsów, "bawełniaków", czy jakiś dziwnych "drescamo". Długie oliwkowe spodnie. Nie czarne "bo ktoś wygląda w czarnych fajnie". Nie w kamuflażu "bo tak łatwiej". Oliwkowe nosiło się w drużynie od pierwszych mundurów, pamiętam że razem z pierwszą koszulą mundurową dostałem też za szerokie w pasie bojówki. To że szybko z nich wyrosłem i przez pewien moment nosiłem sztruksy, to nie znaczy że teraz jest jakieś wytłumaczenie. Bo szybko kupiłem sobie kolejne bojówki, które zresztą mam w szafie do dziś. I nie po to zostały kupione brytyjskie oliwkowe "lightweighty", żeby teraz nagminnie ich zapominać. Z mundurem kwestia jest prosta. Wystarczy wybić sobie z głowy stwierdzenie że "dziś to tak na luźno to nie założę... tego..." Nie. Należy sobie wyrobić zwyczaj że jeśli zakłada się mundur, to zakłada się pełny, całość: koszula mundurowa, "oficjalny" dół i bierze się ze sobą beret. Tylko tyle i aż tyle. I wtedy nie ma problemów że "a bo ja nie wiedziałem, a bo ja zapomniałem".
Z resztą tak samo jest ze spódnicami. nie wiem, być może wynika to ze współczesnych "standardów" ubioru że dziewczyny nie chcą chodzić w spódnicach, tak jak są problemy z nakryciem głowy. Być może. Ale po coś macie te spódnice, prawda? Nie są po to żeby leżały w szafie, tylko po to żeby je nosić. A jak jest zimno to od czego są grube rajstopy. A jeśli już ktoś nie może kompletnie przełknąć myśli o noszeniu spódnicy, to może sobie sprawić oliwkowe bojówki. Będzie jednakowo z chłopakami, a taka kombinacja już była stosowana w naszej drużynie. Ale nie dżinsy! Na dodatek bez żadnego paska.
Przejdę teraz płynnie do butów. Tu kwestia jest trochę szersza, bo wiąże się również z "granicą cholewka-nogawka", od której to kwestii wywodzi się cały pomysł tego postu. To, że w przypadku chłopaków jako "wyjściowe" najlepsze byłyby buty z wysoką cholewką nie podlega chyba dyskusji, prawda? Nie rozpatruję teraz sytuacji w której lepsze od nich byłyby pantofle, ale przy większości "imprez zewnętrznych" zakłada się jednak wysokie buty. No tak, ale tu pojawia się problem jakie? Czy ograniczyć się jedynie do tych z czarnej skóry licowej (gładkiej), tak, żeby można było je wypastować na wysoki połysk? Czy może dopuszczać też "pustynniaki", albo inne, np. z brązowego nubuuku ("zamszu"). Osobiście stoję na pozycji że mimo wszystko: czarna skóra licowa i porządne pastowanie. Tyle że buty są tak na prawdę najdroższą rzeczą którą możemy mieć na sobie nosząc mundur. Niestety, tej prawdy nie da się obejść: porządne buty kosztują po kilkaset złotych. A znalezienie takich porządnych, dopasowanych do stopy (a nie dopasowujące stopę do siebie "desanty"), jeszcze z czarnej skóry licowej, nowych (bo używane buty to zawsze ruletka, zwłaszcza w przypadku skórzanych) jest po prostu trudne. I co tu zrobić w tym przypadku? Sam się zastanawiam. Ale jedno wiem na pewno. Takie buty powinny być czyste, zadbane i o ile to możliwe: porządnie wypastowane. Idąc wyżej natykamy się na kolejny problem. Czy przy wysokich butach wsadzać nogawkę w cholewkę, zawijać ja na cholewce, czy może zostawiać luźno. Pewnie większość osób, która robiłaby to pierwszy raz, włożyłaby nogawkę do buta: "Żeby się nie brudziła, nie obcierała, bo to fajniej wygląda". Tylko że później zaczynają się problemy: źle włożona nogawka może uciskać przy mocna zasznurowanym bucie, poza tym nie chroni przed wpadnięciem czegoś do buta: najwyżej ten kamyk ugrzęźnie wyżej, a nie spadnie na sam dół. Ale i tak i tak będzie nas uwierał. Osobiście skłaniam się ku drugiemu, "brytyjskiemu" sposobowi. Wykorzystując albo specjalne gumki z haczykami, albo gumki do włosów, albo sznurki do ściągania na końcu nogawek (po coś przecież tam są), zawijamy nogawkę na bucie. Tak jak w podanym linku. Na pytanie "a to cię nie uciska" odpowiadam nie, bo gumka spoczywa na sztywnej cholewce, a nie na nodze. Dzięki takiemu ułożeniu nogawek, chronimy się przed wpadnięciem czegoś do buta: spodnie nie są wtedy "szyną" po którą, między fałdami do buta może wpadać co chce. Czy to różne "paprochy", czy to woda. Oczywiście, nogawka może się brudzić i nie zatrzyma przelewającej się od góry kałuży. Ale coś tam zatrzyma. No i wg. mnie w tym przypadku dosyć większość względnie szerokich nogawek "bojówek" po prostu lepiej układa się na bucie. W końcu mają po coś te ściągacze, a nie są "marchewami" z "narciarą" czyli gumą do przekładania pod piętą.
Jeszcze jedna, wg. mnie niedorzeczna kwestia. Noszenie wywijek na butach w przypadku długich spodni. Po co, no pytam się po co? Przecież ten kawałek wełnianego materiału, jeśli nogawka i tak jest wsadzona w but, to i tak nie spełnia jakiegokolwiek celu ochronnego, jedynie wygląda. Do czasu, aż ubrudzi się w błocie i kurzu. Kompletnie nie rozumiem tego "stylu". Być może w jakiś sposób wywodzi się on z czasów gdy do niższych butów noszono płócienne, lub brezentowe owijacze (uwaga: "Opinacze" z okresu PRLu działały na podobnej zasadzie, tyle że "owijacz" był połączony z butem i skórzany), zastępujące wysoką cholewkę. Tyle że obecnie wysoka cholewka jest standardem i nie ma co jeszcze tam dokładać tego kawałka wełny. A raczej akrylu. Rozumiem konieczność noszenia wywijek przy spódnicy, czy krótkich spodenkach. Ma się wtedy na nogach getry i niskie buty. I wtedy wywijka spełnia swoje zadanie jako "uszczelnienie" tego niskiego buta, żeby nie wpadały do niego różne śmieci. Tyle że zauważmy że przy getrach wysokie buty wyglądają po prostu komiczne i powinno się nosić jakieś lżejsze, ale nadal kryte obuwie.
Czyli w skrócie: wywijki do getrów i trampek tak, bo spełniają jakąś rolę. Ale nie do wysokich butów o wojskowym pochodzeniu i długich spodni.
"Góra". Czyli ubiór wierzchni, zakładany na mundur. Zostawię kwestię czarnych bluz, lub polarów, skupię się na kurtkach. W zamierzchłych czasach były w drużynie kangurki. Czarne, jednakowe, ale niezbyt wygodnie i nieoddychające. Ale od tamtego czasu zostało, że "góra" powinna być czarna, właśnie żeby wyglądać jednakowo. A może tylko ja się tym przejmuję, bo zazwyczaj wyglądamy jak stado papug w różnokolorowych kurtkach przeciwdeszczowych i płaszczykach? Nie wiem. Nie wiem, być może wynika to z nadzoru rodziców nad zakupami, może wynika to z tego że ma się jednak tą jedną kurtkę w jakimś kolorze i nie chce się kupować drugiej tylko na okazje harcerskie. Może wynika to z tego że po prostu nie ma tanich czarnych, pasujących kurtek, a wspomnienie niezbyt przyjaznej ergonomii tamtych dawnych kangurek nadal gdzieś tkwi? No to może, jeśli praktycznie nikt nie jest w stanie znaleźć sobie czegoś czarnego, tylko przychodzi w a to różowej, czerwonej, albo błękitnej kurtce, skończmy z tą czarną fikcją. Złóżmy się po 50 zł. od osoby i kupmy sobie wspólnie dwa rodzaje kurtek, w których będziemy chodzić na różne "imprezy zewnętrzne". Chłopakom smocki, w których po ściągnięciu i podwinięciu dołu, zwinięciu kaptura na plecach i wyłożeniu chusty przynajmniej nie wygląda się jak "dziecko pułku", albo poborowy który uciekł z koszar, jak w polskiej "Panterze", a jednocześnie przydadzą się do lasu i na wyjazdy. A dziewczynom: ciemnogranatowe kurtki membranowe RAFu.
Fajny płaszczyk, nie? Na dodatek z membraną, więc chroni od wiatru i deszczu. I ma odpinaną podpinkę, wiec można ją założyć również w chłodniejsze dni, zamiast "filcowego" płaszczyka. Przy czym z deszczem jest jeden problem dostępne na rynku nie mają kapturów, mimo możliwości ich podpięcia.
Cóż, być może niektórzy potraktują ten tekst jako kolejne narzekania gadżeciarza, na dodatek mającego świra na punkcie musztry. Ale zrozumcie że mnie krew zalewa, w sytuacjach typu: "No, to zakładamy berety. Wszyscy mają?" I w tym momencie ujawnia się jedna, albo dwie biedne duszyczki, które oczywiście tego beretu nie mają. Albo nie mają oliwkowych spodni. Albo spódnicy. Albo wywijek. Albo przyszła na jakieś obchody w różowej kurtce, podczas gdy trzeba wystawić wartę i dosłownie nie ma dwóch jednakowo wyglądających osób żeby je postawić przed tym pomnikiem. A później, mimo że sami nie są skłonni do ujednolicenia swojego wyglądu, robią na wyjeździe gdzieś dalej maślane oczy, bo zobaczyli porządnie, jednakowo wyglądającą i zachowującą się drużynę, a zaraz potem chcą wywracać zwyczaje mundurowe u siebie, "Bo ... tak wygląda..." Nie. Żeby dobrze wyglądać nie kopiuje się bezkrytycznie czyiś tradycji. Ustala się, pielęgnuje i rozwija swoje.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz