Ruszyłem w piątek 12.02 o 11:00. Kierunek? Wschód. Co prawda mam w domu mapy topograficzne w skali 1:25000 północnej części powiatu mińskiego, ale są one w formacie "rulonu", co raczej utrudnia noszenie ich w kieszeni. Mam też stary telefon komórkowy, więc o GPS i mapie w pamięci smartfona mogłem zapomnieć. Ale za to mam własną pamięć i kompas. Postanowiłem maszerować wedle nich, na wschód do momentu w którym uznam że powrót do domu może skończyć się czołganiem, a potem zawrócić na zachód.
Na początek wrzucam mapę trasy jaką przebyłem. Kolorem czerwonym jest oznaczona trasa "tam", a niebieskim "z powrotem". Zielonymi znacznikami oznaczone są też miejsca wykonania zdjęć.
Zdjęcia 1, 2 i 3: Przejście przez Rządzę koło Woli Polskiej. Ułożenie koryta, progi wodne i ruiny wskazują na znajdujący się tu kiedyś młyn. Zwłaszcza zdjęcie 3. Przy czym w Woli Polskiej nadal znajduje się drewniany budynek dawnego młynu w innym miejscu, bardziej na wschód (http://jakubow.pl/gmina/informacje-o-gminie/zabytki/).
Zdjęcie 4: kapliczka za Wolą Polską, przy wjeździe do lasu drogi prowadzącej w kierunku Wiśniewa. Jak później się okaże, nie będzie to jedyna kapliczka na którą zwróciłem uwagę podczas tej wędrówki. Od razu opiszę kolejną kwestię: dotyczącą przemyśleń. Samotna wędrówka pozwala przemyśleć, pofilozofować sam ze sobą na wiele równych kwestii. Ale tylko w przypadku jeśli ma ona wolniejsze tempo, jesteśmy skupieni na otoczeniu, a nie na "robieniu dystansu". Chociaż podczas tej dyskusji często łapałem się na tym że... nie myślałem. Byłem w stanie podobnym do medytacji, do oczyszczenia głowy z natłoku rzeczy. Zwłaszcza we wcześniejszych godzinach marszu. Po prostu maszerowałem przed siebie.
Zdjęcie 5 i 6: Kolejna kapliczka, tym razem już w Wiśniewie. A dokładniej na jego obrzeżach, koloniach, a nie w samej wsi. Znajduje się tam parafia mariawicka i przypuszczam że kapliczka również została postawiona przez mariawitów.
Zdjęcia 7 i 8: wykonane na drodze polnej przed Wiśniewem. A raczej powyżej Wiśniewa, bo wieś znajduje się w dolinie poniżej tego garbu. Pierwsze jest zrobione w kierunku Mlęcina i Adamowa, jeśli się przyjrzeć, widać na nim wieżę nadawczą telefonii komórkowej (http://btsearch.pl/szukaj.php?mode=std&search=ml%EAcin). Drugie jest skierowane na południe, widać na nim elektrownię wiatrową. Dopiero za Wiśniewem, koło tamtejszego cmentarza zrobiłem sobie pierwszy postój. I przyznam że jeden z moich ogólnych wniosków po tej wędrówce jest taki że nadal uwielbiam musy Leony w torebkach: są dobre i pakowne. No i czemu przez tyle lat rozmijałem się z sucharami bieszczadzkimi?
Zdjęcia 9 i 10 to ujęcie wody między Turkiem i Garczynem Dużym. Podchodząc pustą drogą do tego budynku zastanawiałem się co to za cudo? Remiza strażacka tak za wsią? Punkt skupu mleka też tak daleko od ludzi? Dopiero gdy podszedłem bliżej mogłem odczytać tabliczkę widoczną na kolejnym zdjęciu. I przy okazji odczytać że są tam nawet dyżury operatora: 1 godzina raz w tygodniu.
Zdjęcie 11: nieoznaczone na mapie, wykonane niedaleko ujęcia wody. Już w tamtym rejonie zacząłem zauważać że przeszedłem do nowego regionu fizycznogeograficznego: teren zrobił się tak jakby bardziej pofalowany. Wyszedłem z doliny Wisły, reprezentowanej przez Równinę Wołomińską z jej piaszczystymi wydmami na Nizinę Południowopodlaską.
Zdjęcie 12: farma wiatraków koło Czarnogłowia widziana z Zimnowody. Garczyn Mały i Zimnowoda znajdują się w szerokim obniżeniu: kolejny element różnic geograficznych o których wspominałem przy poprzednim zdjęciu.
Zdjęcie 13: Tropy. Teraz, jeszcze raz zastanawiając się nad nimi i porównując z rysunkami z "Na tropach ludzi i zwierząt" Sopoćko i Grzymałowskiego dochodzę do wniosku że wyglądają na tropy borsucze. Wskazuje na to rozmiar, ułożenie, pazury. Dla porównania: długość wkładki w tych butach to 30 cm, więc rozmiarowo pasuje to do 90 cm długości borsuka. Co oznacza że są jeszcze ciekawsze niż wtedy gdy zrobiłem to zdjęcie: układają się w taki sposób jakby zwierz schodził do wsi. Co prawda borsuki zapadają w sen zimowy, ale z racji ciepłej zimy ten rozbudził się wcześniej.
Zdjęcie 14: Jaworek. Najdalszy punkt do którego dotarłem. Nie wchodziłem do wsi, zdjęcie zrobiłem dokładnie z najdalszego punktu trasy. Potrzebowałem jakiegoś punktu orientacyjnego żeby wiedzieć jak daleko dotarłem. Przypominam, maszerowałem bez mapy, na pamięć w bliższych okolicach i kompas w dalszych. Teraz zastanawiając się nad tą trasą wydaje mi się że gdyby jeszcze raz spróbował ją przejść, w innym układzie czasowym pewnie udało by mi się dotrzeć już po ciemku do Liwu, być może do Węgrowa, co dałoby ok. 50 km trasy. A stamtąd mógłbym np. wrócić do Stanisławowa autobusem.
Po wejściu z powrotem do lasu przysiadłem na kupce ściętego drzewa robiąc sobie krótki postój. Przecież nie cisnąłem już dystansu, wracałem, prawda? I co się okazało? Tuż obok były takie ruiny chatki. Przedstawiają ją zdjęcia 15 i 16. Za każdym razem widząc takie konstrukcje zastanawiam się kto je zbudował. Jeśli miejscowe dzieciaki, to tym samym utrwala się we mnie przekonanie że harcerstwo mogłoby być bardziej popularne, ale nie jest z własnej winy robiąc z siebie coraz bardziej świetlicę, zamiast puszczańskiej przygody którą powinno być.
Wracając znowu "cisnąłem dystans", starając się aby jak najmniej trasy wypadło po zmroku. Co prawda miałem ze sobą czołówkę i kamizelkę odblaskową, ale mimo wszystko. Gdy tylko mogę maszeruję nocą bez światła, a kamizelka odblaskowa chroni mnie przez rozjechaniem przez samochód. Ale nie chroni przed ich oślepiającymi światłami: i tak i tak musiałem kilka razy zatrzymywać się i poczekać aż przejadą dalej, bo nie byłem w stanie maszerować im naprzeciw.
Kolejną kwestią związaną z tempem była głupawka. Nawet maszerując można osiągnąć moment w którym pojawia się coś, co niektórzy określają jako "euforia biegacza". Ciśnie się dystans i głupi komentuje pod nosem mijany krajobraz. Ostatnie zdjęcie 17 przedstawia wieżę nadawczą k. Mlęcina i Adamowa z drugiej strony, po zachodzie Słońca i z bliższej odległości. Ciekawe skąd wzięła się w mapach Google nazwa drogi w pobliżu miejsca zrobienia tego zdjęcia brzmiąca "A kto wie :D"
W ramach podsumowania: z wyliczeń wychodzi że zrobiłem ok. 38,5 km w ciągu 8,5 godziny. Daje to średnią prędkość marszu wynoszącą 4,5 km/h. Nie wybitnie, ale też nie najgorzej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę że praktycznie nie robiłem postojów, a już tym bardziej jakiś większych "posiadówek". A po zakończeniu marszu empirycznie utwierdziłem się w poglądzie że porada "nie siadaj na postoju bo nie wstaniesz" JEST PRAWDZIWA. Zapewniam was. Maszerować można i na "autopilocie". Problemy zaczynają się po dłuższym postoju, czy raczej "posiedzeniu".
Inne wnioski? Więcej wędrówek po wschodniej części powiatu mińskiego. Już podczas grudniowej wędrówki hufcowej przekonałem się że jest tam ciekawy krajobraz. Ta wędrówka utwierdziła mnie w tym poglądzie. I nie, nie będzie zdjęcia szpeju. Pomaszerowałem z "reprezentacyjnym" Grotem, w "Bizoniku" i Windproofach Arctic. W plecaku będę musiał posiedzieć nad regulacją, kurtka założona bezpośrednio na podkoszulkę po raz kolejny się sprawdziła, a spodnie mimo tego że są ze 2 rozmiary za duże coraz bardziej mi się podobają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz