Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2012

Operacja "Jezioro Kiwu" cz. 2

Ciąg dalszy mojego średnio udanego, kiedyś napisanego opowiadania:

Batalion aeromobilny przygotowywał się do wylotu na polowym lądowisku, tuż obok drogi biegnącej w kierunku granicy, po której co chwila przejeżdżały kolejne ciężarówki z zaopatrzeniem dla oddziałów już walczących w Ruandzie. Obsługa naziemna kończyła kończyła uzbrajać i tankować śmigłowce, piechota sprawdzała swoją broń i ekwipunek pod siatkami rozciągniętymi między nielicznymi drzewami. Pod jedną z takich siatek maskujących, wokół dowódcy oddziału zgromadzili się oficerowie i piloci, żeby zapoznać się z planem misji. Podpułkownik Mathias Oloja, dowódca batalionu stał pochylony nad stołem i wskazywał palcem na narysowane na mapie linie, objaśniając po kolei ich znaczenie:
-Pamiętajcie że będziemy lecieć nisko, 200 metrów nad ziemią, więc przez cały czas musicie się spodziewać ostrzału z ziemi. Także za naszymi liniami, kolumny rozpoznawcze gnają tak szybko w głąb kraju, że pewnie zostawiają za sobą masy partyzantów nawet ich nie widząc. Dolatujemy do Jeziora Mugusera, potem wzdłuż jego brzegów, nad rzeką Nyabarongo, odbijamy na północ nad tym kompleksem bagien, widzicie? -Stuknął kilka razy palcem w barwną plamę, a piloci, notujący na swoich mapach, jedynie pokiwali głowami.
-Pluton śmigłowców wsparcia wyskakuje wtedy przed główna formację i wznosi się na 300 metrów. Niestety panowie, ale będziecie musieli rozpoznać i uciszyć obronę przeciwlotniczą. najpewniej ckm- i rkm-y na budynkach. -Rozejrzał się wokół po pilotach, zatrzymał wzrok na grupce która miała wykonać to zadanie, ale po sekundzie znowu zajął się mapą:
-I nie zapomnijcie, że całe Kigali położone jest na wzgórzach. Po zwrocie nad bagnami schodzimy na 150 metrów i utrzymujemy tą wysokość. Jeśli nic nie pochrzanicie, wyjdziemy nisko ponad wschodnim krańcem pasa startowego. Teraz uwaga, żeby mi niczego nie pomylić: kompanie A i B lądują przy terminalu, po północnej stronie pasa. tu są zdjęcia z rozpoznania. -Wskazał ręką na kilka leżących w rogu stołu zdjęć. -Pierwsza na zachód, a druga na wschód od budynków. Trzeba je zająć i utrzymać w razie kontrataków z miasta. A, i wszystkie bramy wjazdowe ma teren lotniska mają być obsadzone. Kompania C zajmie resztę budynków. Mogę zdjęcie? -Pomachał ręką nad swoją głową, nadal pochylony nad mapą. Gdy dostał fotografie lotniska do ręki, wskazał na nim dwie grupy budynków położonych po południowej stronie pasa: pierwszy pluton zajmie te, a drugi te budy. Trzeci pluton wyląduje na wschodnim krańcu pasa i zabezpieczy tą bramę, oraz będzie stanowił obwód. I uwaga wszyscy. Po wysadzeniu piechurów, helikoptery startują i wspierają nas ogniem kaemów z powietrza. Jeśli chodzi o paliwo, to na nasz sygnał o zabezpieczeniu lotniska będzie czekać grupa Starków z paliwem, amunicją i co ważniejsze: posiłkami. Tak więc liczę na was.
-Jaaasne... -Odpowiedź pilotów miała ton jakby pośrednim między pobłażliwym potwierdzeniem, a typowym „Tak jest!”
-No to do maszyn. Zbierać ludzi, lecimy.
Pułkownik spojrzał jeszcze raz na rozchodzący się ku swoim maszynom pilotom. Było wśród nich kilku białych. Synowie Niemców, którzy przyjechali do Tanganiki przed, lub tuż po wielkiej wojnie: handlowców, rolników, urzędników, wojskowych, osiadłych na stałe w Afryce. Co ważniejsze, wśród piechurów, w tym podoficerów i oficerów byli sami czarni. Pułkownik Oloja, podczas ostatniej wojny walczył jako szeregowiec na Palau, a potem na wyspach Sakishima, na wschód od Tajwanu. W jego pułku Askari czarni byli co najwyżej sierżantami. Pierwszy czarny porucznik został awansowany dopiero na Sakishimie, bo japońscy snajperzy zabili wtedy ostatniego białego oficera w kompanii. Od samego początku armia Tanganiki borykała się z problemem białych poborowych. Zamiast do piechoty, trafiali zwykle do bardziej technicznych rodzajów wojsk, gdzie łatwiej było ich zmieszać z czarnymi: do lotnictwa, służb radiotechnicznych. Biali oficerowie zdominowali marynarkę wojenną, podczas gdy siły lądowe i powietrzne znajdowały się pod rządami czarnych weteranów Drugiej wojny światowej. I właśnie taki sam obraz przedstawiał batalion aeromobilny dowodzony przez Oloję: czarny dowódca-weteran, czarni oficerowie i żołnierze, i jednie kilku białych pilotów śmigłowców. Z chwilowego zamyślenia rozbudził go coraz większy harmider na lądowisku. Poszczególne drużyny zaczęły wsiadać do odpowiednich śmigłowców, a te jeden po drugim uruchamiały silniki, powodując coraz większy hałas. Jako pierwsze wystartowały lekkie, dwuosobowe Flettnery, przeznaczone do celów obserwacyjnych, ale wyposażone też karabiny maszynowe i wyrzutnie rakiet. Te dwuwirnikowe maszyny były krępe i miały nieproporcjonalnie duże stery kierunku. Przy starcie najpierw podnosiły się na kilka metrów ponad lądowisko, a następnie, zwracając się w zaplanowanym kierunku, formowały w grupę ponad wirnikami „fajek”, jak nazywali żołnierze transportowe Focke-Anchelisy, z racji pękatych kadłubów i wyglądających jak cybuch prostych belek ogonowych. „Pelikany”, bo taką nosiły nazwę fabryczną, również zaczęły startować. Z hukiem wznosiły się w równych szeregach, tak jak stały i ruszały za znajdującymi się w przodzie Flettnerami.
Formacja przemykała ponad wzgórzami pokrytymi na przemian malutkimi polami, i większymi płatami lasów oraz sawanny. W otwartych bocznych drzwiach śmigłowców siedzieli strzelcy karabinów maszynowych. Lotnisko w Kigali znajdowało się na płaskim wzniesieniu, więc helikoptery leciały niewiele powyżej poziomu pasa startowego. Jako pierwsze z doliny biegnącej ku bagnom „wyskoczyły” Flettnery mające rozpoznać i zmiękczyć stanowiska obrońców. Od razu po tym manewrze śmigłowce znalazły się pod ostrzałem: rozszczekały się karabiny maszynowe, ulokowane w kilku miejscach lotniska. Tanganijczycy część ostrzelali w pierwszym podejściu, ale ogień był niezbyt skuteczny. Za to ten z ziemi: bardziej. Jeden z helikopterów został trafiony przez ukryte do dej pory stanowisko poczwórnych cekaemów, które otworzyło ogień gdy przelatywał bezpośrednio nad nim. Nieopancerzony Flettner praktycznie rozpadł się w powietrzu. W radiu rozpętała się istna burza:
-Milan cztery dostał! Flak, średni kaliber!
-Gdzie?! Podaj gdzie stoi! -Śmigłowce uwijały się pod ogniem, nawracały, aby ponownie ostrzelać kolejne cele.
-Widzę go, widzę go! Na prawo od wieży. Milan dwa, atakuję. -Flettner zawrócił prawie w miejscu, tuż ponad ogrodzeniem lotniska w stronę stanowisk cekaemów, którego operator nieskutecznie ostrzeliwał inny śmigłowiec szukający schronienia tuż nad dachami okolicznych domów. Gdy zauważył szarżującą na niego maszynę, strzelec starał się obrócić karabiny w jej kierunku, ale zanim zdążył: Łącznie cztery rakiety trafiły w jego obłożone workami z piaskiem stanowisko, kompletnie je niszcząc. Inny śmigłowiec zawisł ponad pasem startowym, i nie zważając na ogień niszczył za pomocą podwieszonego zasobnika z karabinami maszynowymi kolejne punkty oporu
ZPU-4
-Tu Milan pięć, widzę grupę uzbrojonych osób biegnącą w stronę białego terminala, otwieram ogień. -Seria wybuchów rozkwitła wokół kilku Ruandyjczyków, próbujących schronić się w budynku. Żaden z nich nie dobiegł do drzwi. W prawie tym samym momencie nad lotniskiem pojawiły się trzy kolumny „Pelikanów”. Nadleciały wyżej i o wiele łagodniej niż pierwsza grupa. Pierwszy i drugi pluton wylądowały bez przeszkód: MG-42 w bocznych drzwiach helikopterów skutecznie uciszyły nie zniszczone jeszcze stanowiska wrogich karabinów maszynowych. Focke - Anchelisy siadały na trawie jeden obok drugiego, z otwartych tylnych wrót wyskakiwali na ziemię żołnierze w mundurach maskujących, z Stg-44 w rękach. Prawie natychmiast te dwa plutony uderzyły na hangary i terminal lotniska, osłaniani z powietrza przez śmigłowce, które od razu po opróżnieniu ładowni podrywały się w górę i krążyły nad głowami.
Focke-Anchelis Pelican. W rzeczywistości: Mil Mi-4
Trzeci pluton miał mniej szczęścia: jeden z jego helikopterów został trafiony przez ukryty do tej pory karabin maszynowy. Z silnika buchnął dym, a pilot zameldował:
-Dora sześć, dostałem, silnik się pali, ląduje na autorotacji! -W tle słychać było jakiś krzyk, pilot, trzęsącym się głosem dodał -Mam rannych!
Śmigłowiec podpułkownika Oloji leciał za trafionym. Odskoczył w bok, a podpułkownik, przyklejony do szyby, ze słuchawkami na uszach krzyczał do radia:
-Natychmiast zapewnić mu osłonę, znaleźć tego skurwysyna który go trafił i zniszczyć! Pilot, czekaj w powietrzu, siądziemy przy nim gdy wyląduje!
„Dora 6” awaryjnie wylądowała na łące obok pasa startowego. Pilotowi udało się go sprowadzić pod kątem, więc nie uderzył prosto o ziemię, a raczej łamiąc podwozie zarył nosem o nią i siłą rozpędu przejechał jeszcze kilka metrów, po czym zatrzymał się, pochylony na bok. Prawie natychmiast skoncentrował się na nim ogień Ruandyjczyków. Pułkownik zerwał się ze swojego miejsca i klepnął pilota po ramieniu:
-Lądujemy przy nim! Brama musi zaczekać.
W zestrzelonym śmigłowcu leciała połowa trzeciego plutonu kompanii C. Druga połowa leciała razem z Oloją, więc stali teraz przy oknach, a strzelec erkaemu w rozkroku w otwartych tylnych wrotach, trzymany za szelki przez swojego amunicyjnego siał ogniem po budach stojących przy bramie wjazdowej na lotnisko, gdzie znajdował się jeden z punktów oporu. Śmigłowiec zawisł pół metra nad ziemią, kilkanaście metrów od zestrzelonego. Żołnierze desantu wyskakiwali jeden po drugim przez tylne wrota. Jako pierwszy wyskoczył strzelec z MG-42, który odbiegł kilka kroków w bok i rzucił się na ziemię, żeby zaraz po tym wznowić ostrzał. Reszta drużyny rozbiegła się w luźną tyralierę, osłaniając trzech żołnierzy, którzy pobiegli do wraku. Podpułkownik Oloja wyskoczył ze śmigłowca jako przedostatni. Już na ziemi założył hełm obciągnięty maskującym pokrowcem i z karabinem pod pachą pociągnął za sobą swojego radiooperatora w stronę zestrzelonego helikoptera. Po chwili pobiegła za nimi reszta drużyny. Na szczęście okazało się że w trafionej maszynie co prawda było dziesięciu rannych, łącznie ze złamaniami, ale kilku żołnierzy wszyło z tego bez szwanku i było w stanie walczyć. Pułkownik próbował zorientować się w sytuacji. Z lornetką w jednej ręce i słuchawką w drugiej pokrzykiwał przez radio na dowódców poszczególnych kompanii:
-Anton, Anton, słyszysz mnie?
-Zgłasza się Anton.
-Co się tam u was dzieje, czemu nadal słyszę strzelaninę w twoim sektorze? Gdzie jesteś?
-Dwa hangary zajęte, biję się o terminal, mają tam karabin maszynowy i całe skrzynki granatów, drugi pluton musi go obejść, mam rannych.
-Atakuj! Obchodzić, ale nie tracić czasu, musimy zdobyć lotnisko, zanim śmigłowcom skończy się paliwo. Zrozumiałeś? A druga kompania?
-Weszli do terminalu od innej strony, cały czas walczą o wieżę.
-Łącz z drugą kompanią. Natychmiast. -Pułkownik oddał słuchawkę radiooperatorowi i zaczął przyglądać się przez lornetkę wieży kontroli lotów. Najwidoczniej ściągnął tym na siebie uwagę, bo zaraz na ten fragment terenu zaczął padać prowadzony z niej ogień karabinowy. Wszyscy nadal znajdujący się przy wraku przylgnęli do ziemi, a radiooperator doczołgał się do podpułkownika i przekazał mu słuchawkę:
-Jest Bertold.
-Świetnie! Bertold, co się tam dzieje, strzelają do mnie. Od kilku minut na tej wieży powinna wisieć nasza flaga.
-Melduję że nie mam żadnej w zanadrzu. Na razie zatrzymali nas granatami, mam dwóch zabitych i kilku rannych, moje śmigłowce powinny właśnie przyduszać ogniem kaemy na szczycie.
-Nie robią tego! Za to ta cholerna wieża mnie przydusiła do ziemi. Wypłoszyć ich stamtąd, zabij! Jeśli będzie trzeba użyjcie granatników, możecie nawet spalić tę ruderę.
-Tak jest. -Dowódca kompanii machnął ręką w poprzek szyi do swojego radioty, pokazując żeby ten natychmiast się rozłączył i mruknął. -Tak, oczywiście, skoczyć, jednym susem na górę i dać się zabić...
Nad jego głową zaczęły tymczasem krążyć dwa śmigłowce, które ostrzeliwały najwyższe pomieszczenia wieży kontrolnej, gdzie ukryli się dwaj Rwandyjczycy z radzieckimi RPD i co najmniej kilku innych z Kałasznikowami. Dowódca drugiej kompanii, leżący ukryty za jednym z samolotów, stojących na placu przed terminalem połączył się przez radio z porucznikiem dowodzącym plutonem, który próbował zdobyć wieżę:
-Rusz się póki do nich strzelają, bo stracisz połowę ludzi. Rąbnij w nich z panzerfausta, a potem jazda, z granatami w ręku i nożami w zębach. Zajmuj pomieszczenie po pomieszczeniu, piętro po piętrze. Zrozumiałeś? Budynek możesz nawet spalić jak ci się spodoba, byle bez twoich ludzi w środku. -Wychylił się zza kadłuba, spojrzał na wieżę i krzyknął do radia: -Gazu! Ile trzeba na ciebie czekać!
Rozległ się świst odpalanego granatnika, a jedną ze ścian wieży pokrył obłok dymu i pyłu. Korzystając z przerwy w ostrzale i chaosu spowodowanego trafieniem, spod podmurówki schodów wejściowych, gdzie dotychczas chronili się Tanganijczycy, wbiegło do środka kilkunastu żołnierzy. Zaraz po tym z wnętrza budynku dobiegły odgłosy chaotycznej strzelaniny, przerywanej kolejnymi wybuchami granatów. Ku zdziwieniu kapitana, po kilku minutach na najwyższym piętrze wieży dostrzegł pierwsze sylwetki w z hełmami na głowach. Jeszcze tylko kilka serii i cały budynek był w rękach Tanganijczyków. Prawie od razu radiooperator szturchnął dowódcę w ramię i powiedział:
-Pułkownik.
-Już... Melduje się Bertold. -Rzucił kapitan do słuchawki.
-Gratulacje, nie spodziewałem się że tak szybko to pójdzie. Widzisz co się dzieje z Antonem?
-Nie. Z kilku okien terminalu bucha dym.
-Jasne. Melduj kiedy zabezpieczysz teren.
Podpułkownik jeszcze zlustrował teren lotniska przez lornetkę i rozkazał swojemu radiooperatorowi i jeszcze innemu żołnierzowi:
-Idziemy do wieży, biegiem.
Cała ta mała grupka pobiegła zakosami przez otwarta przestrzeń w stronę zabudowań. Prawie co chwila musieli padać na ziemię, bo pojedynczy strzelcy nadal bronili się w różnych budynkach lotniska, ale zorganizowany opór został już przełamany. Gdy w końcu dobiegli do budynku wieży kontrolnej, obok, na pasie lądowały dwa Flettnery i jeden Focke-Anchelis: najwidoczniej piloci zużyli zbyt dużo paliwa. Podpułkownik krzyknął do biegającego to w jedną, to w drugą stronę dowódcę drugiej kompanii:
-Co to ma być!? Czemu już lądują?
-Przepraszam. Melduję że ponieważ wysiadł pan ze śmigłowca nie mogli się z panem połączyć, a musieli już siadać.
-Po jakąś cholerę ciągam za sobą tego dzieciaka! Pan im pozwolił?
-Nie, sami siadali. - Przerwała mu zabłąkana seria z kałasznikowa, gdzieś w jednym z hangarów, na którą odpowiedziała palba Tanganijczyków.
-Widzi pan! Tu nie jest bezpiecznie! Snajperzy w każdej chwili mogą ich powybijać. Pańska kompania ma natychmiast zabezpieczyć teren!
-Już to robią. Pierwsza kompania podobno zabezpieczyła bramę. Razem z ich trzecim plutonem moja przeczesuje jeszcze raz budynki w poszukiwaniu pojedynczych obrońców.
-Podobno!!! Co to ma być?! Czemu wie pan o nich więcej niż ja?
-Panie pułkowniku, Anton. -Radiooperator podsunął dowódcy słuchawkę.
-Anton! czemu się nie odzywasz! Masz meldować o wszystkim!
-Mój radio jest ranny, a pierwszy pluton ma zniszczone walkie-talkie. Zabezpieczyliśmy bramę, ale od strony miasta cały czas nadciągają uzbrojone grupki.
-Obsadź wszystkie przejścia w północnym ogrodzeniu. Jeśli możesz: okop się, umocnij pozycje. Przejmij północno-wschodnią bramę od Cezara, twój trzeci pluton już idzie. -Obrócił się do swojego radiooperatora: -Łącz z Cezar 3.
-Tak jest. Cezar 3, Cezar 3, tu Otto, słyszysz mnie? Cezar 3, tu Otto, zgłoś się.
-Tu Cezar 3, zgłaszam się. -Rozległo się w radiu. Podpułkownik natychmiast zareagował:
-Dawaj. -Złapał słuchawkę i rozkazał: -Gdzie jesteś?
-Czyszczę północno-zachodni hangar.
-Natychmiast, rozumiesz? Natychmiast zabieraj stamtąd swoich ludzi i gnaj do północnego ogrodzenia. Zajmiesz tam pozycje obronne i nie ruszysz się, nawet jak przyjdą termity, albo inne świństwo. Odpowiadaj ogniem na każdą próbę ataku. I natychmiast połącz się z Cezarem Zero, żeby wskazał ci gdzie dokładnie masz iść. Zrozumiałeś?
-Tak jest.
Oloja krzyknął do akurat przebiegającego ponownie obok dowódcy drugiej kompanii:
-Wieża jest bezpieczna?
-Tak. Powinni tam siedzieć dwaj moi żołnierze: kaemista i strzelec wyborowy. Jest bezpiecznie.
Gdy podpułkownik wszedł po schodach na szczyt wieży, depcząc po leżącym wszędzie potłuczonym szkle, spojrzał wokół: pod jedną ze ścian siedzieli, patrząc na pas startowy dwaj Tanganijczycy, a pod drugą nadal leżało ciało jednego z obrońców. Oloja spojrzał na lotnisko: kolejne śmigłowce lądowały na trawie obok pasa. Obrócił się do radiooperatora:
-Nadaj sygnał „Ebenen”. -Oznaczał on zdobycie lotniska i wolną drogę dla kilku większych śmigłowców transportowych wiozących oprócz posiłków jeszcze paliwo dla grupy uderzeniowej, aby jej helikoptery mogły wrócić na pierwotne lądowisko i obsługiwać most powietrzny, którym zamierzano przerzucać z czasem kolejne oddziały do Kigali. Gdy radiooperator przekazał sygnał, w kilku miejscach lotniska rozległy się głuche wybuchy.
-Moździerze! Kryć się! -Radiooperator, który zdążył już znurkować pod stół, dał Oloji słuchawkę ze słowami:
-Bramy meldują że są w kontakcie ogniowym z nieprzyjacielem.
-Świetnie. Wygląda na to że zaczęli kontratak. Cezar, to ty? Utrzymuj pozycję. Śmigłowce? Zobaczę co się da zrobić. Musimy wytrzymać do czasu przybycia posiłków... Łącz z Milanem... Milan? Jesteście w stanie przetoczyć trochę paliwa do dwóch albo trzech śmigłowców? tak, choćby ręcznie. Chłopaki na bramach bronią się przed nadciągającym tłumem i każdy karabin maszynowy nad nimi by się przydał... Rozumiem, melduj za parę minut czy coś znaleźliście... Zapowiada się ciekawie...

-Kryyyć sięęę!!! -Ciszę wczesnego poranka przerwały okrzyki i kilka wybuchów. Przez całą noc Ruandyjczycy nękali swoimi kilkoma moździerzami okopanych wokół lotniska Tanganijczyków. Kolejne dwa ataki: popołudniowy i wieczorny zostały odparte, a na lotnisko docierały drogą lotniczą posiłki, ale batalion podpułkownika Oloji nie miał sił na coś więcej niż obronę. Nawet te posiłki nie były zbyt duże, zwłaszcza po tym, jak pocisk moździerzowy trafił ciężki śmigłowiec, który przywiózł zbiorniki paliwa. Wrak „Starka” wypalał się obok pasa startowego kilka godzin i sterczał teraz z wystającymi ze sterty złomu ogonem i kikutami krótkich skrzydeł. Na kilka godzin moździerze zostały zmuszone do milczenia przez wezwane na pomoc samoloty szturmowe. Jednak nie były one w stanie wytropić wszystkich stanowisk, a śmigłowce, które lepiej sprawiły by się w tej roli musiały zostać odesłane, bo brakowało by dla nich paliwa: właśnie przez zniszczenie helikoptera transportowego.
Na stanowisku przy głównej bramie hałas obudził wszystkich. Dowodzący sierżant wyjrzał zza osłony na zabudowania lotniska i zastanawiał się głośno:
-Chyba w nic nie trafili. Dobra, na stanowiska. Mogą znowu zaatakować. -Gdy ostrzał ucichł, podczołgał się do stanowiska karabinu maszynowego i wskazując na psy, wałęsające się przy ciałach zabitych bojowników nadal leżące na ulicy, zapytał się żołnierzy pełniących akurat wartę przy kaemie:
-Czemu ich nie odgoniliście. Zaraz zaczną rozciągać te trupy na wszystkie strony.
-Po co panie sierżancie. Próbowaliśmy przecież wieczorem. Nawet jak Lani zastrzelił jednego, po paru minutach wróciły. -Odpowiedział jeden z wartowników. Gdy sierżant wracał na swoje stanowisko nad jego głową świsnęły kule. Upadł na ziemię i zaczął pełznąć w stronę zarośli. Prawie natychmiast na strzały odpowiedział karabin maszynowy, dudniąc długimi seriami. Gdy sierżant nareszcie dotarł po kilku chwilach do swojego dołka strzeleckiego, cały pluton, rozlokowany przy dwóch sąsiadujących ze sobą bramach ostrzeliwał nacierających.
-Co się dzieje?!
-Ogień spomiędzy zabudowań na wprost... pierwsze grupy próbują przedostać do tych kęp bliżej!
-Nie dać im pokonać otwartej przestrzeni między budynkami a szosą, zatrzymać ich na tych trawnikach! Łącz z dowódcą kompanii, potrzebuję ognia moździerzy na tamto skrzyżowanie. Widzisz je?
-Tak jest, punkt 4C, już łączę -Odpowiedział ze swojego stanowiska radiooperator.
Określenie „trawniki” było użyte przez sierżanta na wyrost. Odnosiło się do pasa o szerokości ok. 80 metrów, rozciągającego się między szosą, a zabudowaniami. Częściowo był on porośnięty marną, pożółkłą trawą i kępami krzaków, ale był też gęsto poprzecinany wydeptanymi ścieżkami i dróżkami. To na tym pasie, po raz trzeci utknął atak Ruandyjczyków. Gęsto ostrzeliwali bramy z domów po drugiej stronie szosy ale nie byli w stanie, posuwając się skokami od jednej kępy zarośli do drugiej, pokonać szosy, krytej ogniem kilku MG-42. Mimo to, jedna z grup dotarła prawie do samej drogi, kryjąc się teraz wśród krzaków przy jej poboczu. 
Tanganijczycy broniący się w ruinach zabudowań na lotnisku w Kigali. W rzeczywistości: niemieccy spadochroniarze na Monte Cassino.
Obustronny ostrzał zelżał, ale nadal trwał pat: ani bojownicy nie byli w stanie wykonać bezpośredniego szturmu na pozycję obrońców i wykorzystać swojej przewagi liczebnej, ani tanganiccy obrońcy bramy nie mieli zamiaru ruszać się ze swoich stanowisk. Starcie trwało już kilkanaście minut. Krótki, oszczędny ostrzał z moździerzy przyczynił się do zatrzymania Ruandyjczyków ale gdy ustał, ci znowu spróbowali szczęścia: z kilku stron uderzyły małe grupki, próbujące jak najszybciej przebiec pustą przestrzeń, dzielącą ich od ogrodzenia lotniska. Ogień karabinów maszynowych powstrzymał ich jedynie na kilka minut: mimo strat, kolejne grupki bojowników przesuwały się coraz bliżej drogi, prawie na odległość rzutu granatem od stanowisk Tanganijczyków. Na dodatek gdzieś daleko przebijały się przez strzelaninę odgłosy silników.
-Cudownie... Tylko nie mówcie że ściągają posiłki...
-Nie panie sierżancie, to chyba nie samochody, coś większego. Może nasze czołgi? -Odpowiedział mu z sąsiedniego dołka radiooperator.
-Granat!!! -Z kilku stron jednocześnie rozległy się nerwowe krzyki. Ruandyjczycy ruszyli do szturmu przez szosę. Walka szła teraz na granaty: obie strony obrzucały się nimi nawzajem, ranni, poszarpani przez odłamki krzyczeli, padając na asfalt. Mimo że kaemy i granaty zadały im znaczne straty, pierwsi napastnicy, część z karabinami, ale niektórzy jedynie z maczetami wpadli do okopów zajmowanych przez pluton. Zaczęła się walka wręcz. Pierwszego przeciwnika sierżant powalił z bliska serią ze swojego Stg-44. Drugiego zatłukł kolbą jego własnego karabinu. W tym samym czasie radiooperator zginął od ciosu maczety, a amunicyjny karabinu maszynowego bronił się za pomocą saperki i zapasowej lufy do kaemu. Tą kotłowaninę uzupełniały długie serie MG-42, nadal osłaniających pluton zza pleców i blokujących drogę kolejnym nacierającym, Słychać było tylko nerwowe, długie serie karabinów szturmowych obrońców, wybuchy granatów i krzyki rannych z obu stron. Jednocześnie wzmagał się coraz bardziej hałas silników, dobiegających od wschodu. Szturm, za cenę znacznych strat udało się odeprzeć. Ziemia w dołkach strzeleckich była czerwona od krwi, wszędzie leżały ciała poszarpane granatami, lub porąbane maczetami, a za szosą szykowała się już kolejna fala. Na dodatek obrońcom którzy przetrwali zaczynało brakować amunicji. W hałasie dobiegającym od wschodu można było już rozróżnić odgłosy kliku rodzajów silników, spośród których przebijały się naprawdę potężne diesle. Były coraz bliżej. Niespodziewanie, gdy pierwsi bojownicy wybiegli spomiędzy zabudowań, zostali zmieceni przez serię wybuchów, która zgrała się z klekotem szybkostrzelnego działka małego kalibru. Zaraz potem wybuch dosłownie rozniósł jeden wyższych domów po drugiej stronie szosy, w który krył się do tej pory wrogi cekaem. Sierżant patrzył z niedowierzaniem, jak wyjący na wysokich obrotach ośmiokołowy samochód pancerny podjechał do samej bramy, zjechał na przeciwne pobocze i nadal ostrzeliwał przeciwnika ze swojego działka. Tuż za nim toczył się czołg, który zniszczył tamten budynek: kanciasta sylwetka „Pantery” była pokryta fantazyjnym układem zielonych i brązowych cętek na piaskowym tle. 
"Pantera" na przedmieściach Kigali. W rzeczywistości: we Francji w 1944
Za nim jechała kolumna najróżniejszych pojazdów: kolejne czołgi, samochody pancerne i transportery. Dwa czołgi zajęły pozycję obronną przy bramie, a reszta kolumny wjechała na teren lotniska. Z transporterów wysypali się żołnierze w tanganickich mundurach maskujących i obsadzili stanowiska, które zajmowali polegli obrońcy bramy. Kapral z karabinem wyborowym w dłoniach, dowodzący jedną z drużyn pokrzykiwał na swoich ludzi:
-Aki, tamten dołek! Mambwe, ten sąsiedni! -obsługa erkaemu i żołnierz z granatnikiem przeciwpancernym pobiegli we wskazane miejsce. -Kahil, za mną! I tak pewnie ruszymy niedługo do centrum...
Idąc wyprostowany przez przez pobojowisko mruknął do siebie: -Boże, co tu się działo... Mam nadzieję że nie będziemy musieli tego sprzątać...
Sierżant wychylił się ze swojego stanowiska i spytał się kaprala: -Kim w w ogóle jesteście?
-Kapral Ali Galahu, kompania rozpoznawcza 3 Pułku grenadierów pancernych.
-To może trochę szacunku dla poległych? Wie pan co tu się stało?
-To co wszędzie po drodze. Rzeź...

I to tyle. Wiem że zakończenie nie jest dobrą "klamrą", ale opowiadanie było pisane na konkurs internetowy w którym obowiązywał limit znaków. Gdy to pisałem miałem nadzieję że kiedyś uda mi się rozszerzyć to w powieść, ale obecnie... No nie wiem. W ramach bonusu, kilka profili związanych z tym scenariuszem:
http://jeremak-j.deviantart.com/gallery/?offset=216#/d2g628q
 "Junkers Ju-228" opisany w pierwszej części opowiadania. Powyższa grafika to druga w ogóle wykonana przeze mnie sylwetka. "Rasta krzyż" zamieniłem w innym profilu na lepiej wyglądający emblemat wzorowany na oznaczeniach lotnictwa NRD. No i ten żółty... Gdybym dziś go rysował użyłbym piaskowego. Pod podanym linkiem, w opisie znajduje się kilka "ekstra" szczegółów dotyczących scenariusza.
http://jeremak-j.deviantart.com/art/Do-375-quot-Schabe-quot-Tanganyika-161014750
"Dornier Do-375": Przerobiony amerykański Vought A-7, pomyślany jako lekki myśliwiec uderzeniowy, pokładowy i szkolono-bojowy alternatywnego Cesarstwa Niemiec, którego byłą kolonią "była" Tanganika. Lata 70-te/80-te, widoczne wspomniane oznaczenia wzorowane na NRD-owskich.
http://jeremak-j.deviantart.com/gallery/?offset=96#/d306i8m
E-E Lighting F.6: brytyjski przechwytujący myśliwiec naddźwiękowy. Biorąc pod uwagę alternatywną I wojnę światową i rozwijanie przez Niemców ich kolonii Afryce Wschodniej, logiczne jest że Brytyjczycy również staraliby się przez "dopakowywanie" Kenii utrzymać równowagę z Niemcami. Tak więc mamy w tym scenariuszu również bardziej "brytyjską" i lepiej rozwiniętą Kenię. A pojawienie się bombowców w Tanganice na pewno skłoniłoby Kenijczyków do znalezienia jakiegoś antidotum na nie. I co dzieje się pod koniec lat 60-tych, jeśli u granic dwóch sporych, spokojnych i względnie dobrze rozwiniętych krajów zaczyna się ludobójstwo? Na sylwetce widoczna jest część kenijskiego wkładu w opisywaną w opowiadaniu interwencję.

środa, 5 grudnia 2012

Operacja "Jezioro Kiwu" cz.1

Wyciągnięty "z głebi ziemi, z krain mrocznych" tekst mojego starego opowiadania, okraszony kilkoma ilustracjami w celu wypełniacza treści i mobilizacji samego siebie. Na razie nie będę wyjaśniał tła itp. Zobaczymy czy tekst jest na tyle przejrzysty że nie trzeba siedzieć nad czytelnikiem i opowiadać mu całego tła. I uwaga: opowiadanie jest z gatunku "historii alternatywnej", więc niektóre sytuacje mogą być nieco dziwne na pierwszy rzut oka.

Dwa wielkie, długie na ponad 30 metrów odrzutowce podchodziły do lądowania na lotnisku w Dodomie. Mimo swoich rozmiarów miały kształty myśliwców: wrzecionowate kadłuby z zaokrąglonymi wlotami powietrza po bokach, z jednej strony zakończone ostrymi nosami kryjącymi radar, a z drugiej każdy z nich miał po dwie dysze silników. Skośne skrzydła, oraz kadłub pokryte były farbą w kolorze piasku i ciemnozielonymi cętkami. Gdy siadały na pasie z lekko zadartymi nosami, można było zauważyć błękitne powierzchnie dolne. Ju-228 były jednym z głównych nosicieli broni atomowej Cesarstwa Niemiec, ale te maszyny nie miały na skrzydłach czarnych krzyży, a zielono-czarne romby lotnictwa wojskowego Tanganiki, byłej niemieckiej kolonii. Samoloty wyhamowały na pasie za pomocą spadochronów, a następnie podkołowały do obwałowanych stanowisk postojowych. Natychmiast po wyłączeniu silników pojawił się wokół bombowców personel naziemny. Wychodzący ze swojej kabiny na podstawioną drabinkę pilot jednego z nich, europejczyk, krzyknął do czarnoskórej załogi drugiego Junkersa:
-Świetny lot panowie, gratuluję celności.
Gdy zszedł na ziemię, zza jednego z budynków bazy wyłonił się jadący bardzo szybko samochód terenowy. Zahamował przed stojankami z piskiem opon, a sierżant który nim kierował wymachiwał nad głową kartką papieru w kierunku białego pilota:
-Panie pułkowniku, panie pułkowniku! Depesza z Dar-es-Salaam, bardzo pilna!
-Dawaj ją. -Pułkownik rzucił okiem na kartkę, wsadził do kieszeni kombinezonu i siadając do samochodu nakazał sierżantowi:
-Jedziemy do biura, natychmiast. -Sierżant gwałtownie ruszył, pozostawiając za sobą zdezorientowanych pozostałych lotników. Nawigator latający z pułkownikiem, również biały, zapytał się stojących obok niego członków załogi drugiego bombowca:
-To co panowie, do kantyny? Bo może się okazać że w najbliższym czasie nie będzie zbyt dużo czasu na odpoczynek.
-Jeśli pan major proponuje... -Odpowiedział czarnoskóry pilot.
W kantynie z przyciszonego radia sączył się amerykański rock 'and roll, a oficerowie siedzieli przy okrągłych stolikach, albo jedząc spóźnione śniadanie, albo rozmawiali popijając coś ze szklanek i kubków. Ponieważ cały czas znajdowali się na terenie bazy wojskowej, na alkohol nie było co liczyć. Piwo: czasami, wieczorem, po zakończeniu lotów. Pozostawała jedynie zimna herbata i napoje gazowane, nazywane zgodnie przez personel „erzatz-drink”: napój zastępczy.
Nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich Pułkownik Loscher, prosto z biura, nadal w kombinezonie lotniczym i krzyknął:
-Słuchacie radia, wiecie co się dzieje?
-Nie panie pułkowniku, radio gra i tyle... -Odpowiedział mu podoficer obsługujący bar.
-Natychmiast znajdź jakiś serwis informacyjny. Uwaga wszyscy! Mamy sytuację alarmową, w Ruandzie nastąpił wczoraj zamach stanu. Sytuacja jest podobno tragiczna, bardzo możliwe że będziemy musieli interweniować. -Wszyscy podnieśli się na swoich krzesłach, zdziwieni informacją. Zanim zdołali zadać pytania, podoficer pogłośnił radio i wszyscy zaczęli słuchać serwisu informacyjnego Radia Dar-es-Salaam:
...Ruandyjski Komitet Rewolucyjny składa się w większości z przedstawicieli ludu Hutu. Rządowa rozgłośnia radiowa nadaje cały czas audycję nawołujące do rozprawienia się z „ciemiężycielami i wyzyskiwaczami” Tutsi. Nasz korespondent donosi że na ulicach widać jedynie grupki bojowników, uzbrojonych w radzieckie karabiny i maczety. Cały czas nie znamy stanowiska naszego rządu. Na przejściach granicznych pojawiają się grupy uchodźców, donoszących o morderstwach i grabieżach. Będziemy informować państwa o sytuacji na bieżąco...
-Czyli że co? -Zapytał jeden z oficerów kontroli naziemnej.
-To, że wg. tego co powiedzieli mi przez telefon, w Ruandzie władzę przejęli marksiści. A na dodatek prawdopodobnie zaczęli czystki etniczne. jeśli sytuacja się potwierdzi, rozpoczniemy uderzenia na cele strategiczne w Ruandzie. A jeśli walki, lub czystki będą trwał, albo co gorsza się rozszerzą, wkroczą siły lądowe.
-Wojna?
-Interwencja zbrojna.
-Nasi mali sąsiedzi wracają do macierzy? -Odezwał się ktoś z sali.
-Daj spokój. Rwanda i Burundi został przejęte przez Belgię jako reparacje po Pierwszej Wojnie Światowej. To było dawno, wydaje mi się że nikt nie zamierza włączać tych francuskojęzycznych kraików do Tanganiki. I jeszcze jedno. Albert?
-Tak? -Odpowiedział mu czarnoskóry oficer z odznaką pilota i pagonami podpułkownika, siedzący przy stoliku w kącie.
-Nie uwierzysz, ale niestety nie będziesz dowodził. Szef misji wojskowej wydał wyraźny rozkaz, że cały czas pozostaję na pozycji dowódcy, nawet w trakcie walk, mimo że Niemcy nie mają w tym konflikcie nic do rzeczy.
-Oczywiście. Jak sformowali Grupę było powiedziane że to ty ją formujesz, szkolisz i dowodzisz nią przez półtora roku. Zostały ci jeszcze trzy miesiące, prawda? Dzięki Bogu, że osiągnęliśmy jakąkolwiek gotowość bojową. -Odpowiedział podpułkownik Albert Haruda, obecny zastępca, a w przyszłości, po wykonaniu zadania przez niemiecką misję szkoleniową, którą kierował Loscher: dowódca 2 Bomben Gruppe
-No to do roboty. Za pół godziny samoloty mają być gotowe to startu na dowolną misję w ciągu 5 minut. Zrozumiano?
Bombowce Ju-228 lotnictwa wojskowego Tanganiki z rakietami przeciwradarowymi pod skrzydłami. Widoczny charakterystyczny kamuflaż. A w rzeczywistości: radzieckie myśliwce dalekiego zasięgu Tu-128 potraktowane programem graficznym

Samoloty były rozstawione na stanowiskach, wokół nich czekała obsługa, gotowa w każdej chwili je uruchomić i podwiesić uzbrojenie. To było trzymane nadal w bunkrach, ze względów bezpieczeństwa. Ale żeby nie tracić czasu było już poukładane na wózkach, na których miało być przewiezione do samolotów: oddzielnie przyczepki z bombami, oddzielnie rakiety. W innej części lotniska stały podobne przyczepki z dodatkowymi zbiornikami paliwa i cysterny. Zapadał akurat zmrok: zachód słońca, jak to na równiku był szybki i spektakularny. Czerwone słońce potrzebowało jeszcze kilku minut, żeby kompletnie schować się za horyzontem. Właśnie w tym momencie rozległo się z głośników:
-Achtung, Achtung! Załogi mają natychmiast stawić się do sali odpraw. Dowódcy zespołów obsługi: zbiórka przed budynkiem kwatermistrzostwa. -Prawie natychmiast, gdy powtarzano komunikat, z różnych miejsc zaczęli wybiegać wezwani na zbiórkę. Niektórzy gnali na rowerach, a z kilku miejsc wyjechały samochody.
Gdy załogi samolotów zajęły już miejsca, pułkownik Loscher odsłonił tablicę, na której wisiała duża mapa wschodniej Afryki, z zaznaczonymi liniami, biegnącymi z Dodomy nad Ruandę, oraz tabelę z numerami samolotów, nazwiskami załóg i kodami komunikacji radiowej. Wziął do ręki wskaźnik i powiedział:
-Ponieważ nie mamy czasu, będę się streszczał. Widzieliście pewnie ten śmigłowiec, który wylądowała u nas godzinę temu? przywiózł rozkazy i materiały bezpośrednio ze stolicy. To po kolei, będę czytał nazwiska pilotów i kody. „Schwarze jeden” i „ Schwarze dwa”: Ja i Haube. mamy najgorsze zadanie: zbombardujemy główną stację radiową, w samym środku Kigali. Łap -Rzucił do swojego skrzydłowego kopertę z szarego papieru. -Są tam dodatkowe mapy i zdjęcia lotnicze. Czarni trzy i cztery: Rottenhoff i Kalagho, oraz Piątka i Szóstka: Kimei i Mrema. Odpowiednio: maszt radiowy na północy kraju i Pałac prezydencki. Nasz wywiad podejrzewa że tam znajduje się siedziba puczystów. -Rzucał kolejne koperty w stronę wyznaczonych lotników. Czarni siedem i osiem: startujecie jako pierwsi. Masz Asani. Ty załatwiasz rakietami radar na lotnisku w Kigali, a Binadamu radar wojskowy na południe od miasta. Dziewiątka i Dziesiątka: będzie pełnić rolę tankowców: bierzecie pod skrzydła dodatkowe zbiorniki, a pod kadłub zasobnik z wężem. Przy okazji będziecie pilnować swoimi radarami przestrzeni powietrznej nad Ruandą. Towarzyszyć wam będą dwa klucze Heinkli z Mwanza. Więc jak by ktoś potrzebował wsparcia myśliwców: krzyczeć do dziewiątki.
-Coś jeszcze? -Odezwał się ktoś z sali.
-Tak. Haruda, razem z Rosenem poprowadzą eskadrę czerwoną. Przed świtem zaatakujecie ruandyjskie składy wojskowe i kilka budynków rządowych. Jasne Albert?
-Oczywiście. Zapowiada się ciekawy chrzest bojowy. -Odpowiedział podpułkownik siedzący na krześle pod ścianą.
-W rzeczy samej. Proszę was, nie spieprzcie tego. Atakujemy w nocy, stacje V-Gerät będą was naprowadzać na cel, ale nie kierujcie się tylko wg. radionawigacji, pilnujcie też innych rzeczy. Dobrze?
-Tak jest! -Odpowiedziały chórem załogi.
-To macie dziesięć minut na zapoznanie się z materiałami. Potem następne pięć na przygotowanie maszyn do startu. Do roboty.
Gdy załogi wyszły na płytę lotniska, już jakiegoś czasu przy samolotach uwijała się obsługa naziemna. Uzbrojenie było podwieszone, kończono napełnianie zbiorników paliwa. Stanowiska postojowe były rozświetlone, na dodatek właśnie zapalane były światła pasa startowego. Piloci najpierw dokonywali obchodu swoich maszyn, sprawdzając czy nie ma widocznych usterek, a potem zajmowali miejsca przed nawigatorami i uruchamiali kolejne systemy. Obsada wieży kontrolnej obserwowała wszytko przez lornetki. Na lotnisku zaczęły się rozlegać najpierw przeciągłe gwizdy, zaraz potem przechodzące w huk: uruchamiano silniki. Pierwsza para połączyła się z wieżą:
-Czarna siódemka gotowa do kołowania na pas.
-Czarna ósemka gotowa do kołowania na pas.
-Czarna siódemka zezwalam. Ósemka: czekaj. -Kontrola ruchu starała się pilnować regulaminowych odstępów, jednocześnie próbując jak najszybciej wysłać w powietrze wszystkie samoloty. -Ósemka, możesz kołować za siódemką, meldujcie po dojechaniu do pasa.
Pierwsze dwa bombowce wykołowały ze swoich stanowisk i potoczyły się na pas, na którym ustawiły się obok siebie.
-Czarna siódemka masz zgodę na start. -W dyszach samolotu pojawiły się najpierw żółtawe, krótkie płomienie, które mimo to były doskonale widoczne z powodu ciemności, a potem wydłużyły się i zmieniły barwę na niebieską. Junkers ruszył po pasie, ale oprócz płomieni wylotowych włączonego dopalacza widać było jedynie jego światła pozycyjne i snop z reflektora na goleniu podwozia.
-Czarna ósemka: ruszaj. -drugi wystartował tak samo. Wkrótce potem w powietrzu było widać jedynie podwójne ogniki dysz silnika obu samolotów. Ale na pasie już czekały kolejne. Para za parą samoloty startowały i znikały w ciemnościach, w których zmierzały po zaplanowanych trasach w stronę Ruandy. W locie, od razu można było rozpoznać granicę: Tanganikę pokrywały świetliste punkciki wsi i miasteczek, można było też zauważyć światła długich kolumn wojskowych na drogach biegnących ku granicy. Zaś Ruanda była całkowicie czarna: wydawało się że nie ma tam żadnego źródła światła.
-Minęliśmy punkt 5, zaczynamy? -Odezwał się z tylnego siedzenia nawigator Loschera, major Benitz
-Ok. Najwyższa pora. Uwaga, Tu czarna jedynka, para pierwsza, zwrot bojowy, zrzucasz bomby na mój sygnał.
-Witamine, zaczynam zejście nad cel. -Odpowiedział przez radio skrzydłowy.
Samoloty skręciły, i pochylając się weszły w płytkie nurkowanie. W radio słychać było komunikację innych załóg:
-Tu Czarna siódemka, zaczynam atak! -Zaraz potem w dole, przed pierwszą parą, lecącą daleko z przodu można było zauważyć najpierw jakby płomyk przebiegający po krzywej, a potem dwie eksplozje i płomienie dopalaczy samolotu odchodzącego znad celu: radar na lotnisku w Kigali został zniszczony. Ziemia się obudziła: z kilku miejsc w rejonie lotniska i w mieście zaczęła strzelać artyleria przeciwlotnicza. Jednak szybkostrzelne działka małego kalibru, na dodatek strzelające praktycznie na ślepo nie były w stanie skrzywdzić lecących wysoko bombowców. Para Loschera nurkowała w kierunku swojego celu, przez radio kolejni piloci meldowali o wykonanych atakach, a siedzący za pułkownikiem nawigator starał naprowadzić go dokładnie na ukrytą w ciemnościach stację radiową:
-5 stopni w lewo, trzymaj ten kąt schodzenia... 3 tysiące metrów do ziemi... dobrze, trzymaj ten kurs... 7 sekund do zrzutu, 5, 3...Teraz!
W słuchawkach rozległ się brzęczek systemu naprowadzania i kilkanaście bomb swobodnie odpadło spod skrzydeł dwóch samolotów. Gdy te wyrywały się ku górze na dopalaczach, Benitz jeszcze meldował, spoglądając na kontrolki w swoim kokpicie:
-Wszystkie bomby poszły. Nie widzę dokładnie celu, ale jestem w stanie zauważyć w dole jakiś pożar -Próbował ocenić skuteczność ataku patrząc w mrok przez podręczną lornetkę. -Nie, jednak nic nie widzę... Będziemy musieli poczekać na wyniki od wywiadu.
Gdy Junkersy wznosiły się i zawracały po wykonaniu zadania, w dole szalało kilka pożarów, a artyleria nadal strzelała na oślep, tworząc jedynie kosztowne fajerwerki.

Mimo że rolety w oknach były zasunięte, przez najróżniejsze dziurki i szpary przebijały się promienie popołudniowego słońca. Trwała właśnie odprawa, na której w oparciu o dostarczone godzinę wcześniej zdjęcia omawiano skuteczność nocnych uderzeń:
-Powiem prosto: spieprzyliście robotę! Jedyny w pełni wyeliminowany cel to radar w Kigali. -Denerwował się oficer wywiadowczy. -To lecimy po kolei, slajdy proszę.
Wyświetliło się pierwsze zdjęcie, przedstawiające stację radiową, atakowaną przez Loschera:
-Uszkodzona. Mimo że trafiliście jakimś cudem w maszt, a przy okazji w kilka okolicznych domów, to po dziesiątej rano wznowiła nadawanie audycji propagandowych. Drugi maszt radiowy. -Na ekranie ukazał się kolejny slajd: -Soczyste nic: cały czas są w stanie nadawać. I robią to. Składy amunicji: kilka budynków trafionych, widać nawet ślady sporych eksplozji w dwóch przypadkach, ale i tak wokół jest masa niepotrzebnych kraterów. Pałac Prezydencki: jedno skrzydło zdemolowane, dodatkowo kilka kraterów w ogrodach. Radar wojskowy na południe od miasta...
-Nie pracował, zrzuciliśmy po dwie bomby. -Odezwał się kapitan Binadamu, który prowadził atak na ten cel.
-I kompletnie nie trafiliście. Z resztą macie szczęście, bo rano wykryto tam stanowisko rakiet przeciwlotniczych. Myśliwce okładały je bombami, jedyną reakcją był podobno ogień karabinowy. Większość ruandyjskiej armii przed puczem stanowili Tutsi. Po zamachu stanu wręcz rozpłynęli się po lasach i sawannie. Równie prawdopodobne że obsługa została zamordowana i nikt nie wiedział jak obsługiwać ten sprzęt.
-To był nasz chrzest bojowy. 20 marca 1968. Trzeba zapamiętać tą datę. Na razie mamy większą skuteczność niż amerykańskie Thunderchiefy podczas nalotów na Kubę. -odpowiedział Haruda, po raz kolejny siedzący gdzieś w kącie.
-Świetny chwyt propagandowy panie pułkowniku. Nie ma porównywać jednego nalotu z dwumiesięczną kampanią intensywnych bombardowań. Przy o wiele większym oporze z ziemi. -Ripostował oficer wywiadowczy
-A co do planów -Loscher wstał ze swojego krzesła. -Będziemy kontynuować naloty. Systematycznie, codziennie, przed zmierzchem, lub o świcie będziemy prowadzić formacje myśliwców z „żelazem” pod skrzydłami. Zrzut będzie następował z dużej wysokości, na nasz sygnał. Cele te same co do tej pory: radiostacje, koszary, składy, stanowiska flaku, rozpoznane miejsca koncentracji i obozy bojówkarzy. Mamy demonstrować naszą siłę.
-No dobrze, a można wiedzieć, jak oprócz nalotów na te rakiety, wygląda ogólna sytuacja? -Zapytał się jeden z lotników. „Wywiadowczy” wrócił do swojego wykładu:
-Z tego co mi wiadomo, Grenzschutz przekroczył granicę już dzisiaj, zajął kilka miejscowości i skrzyżowań dróg w pobliżu granicy. Pierwsze kolumny rozpoznawcze najprawdopodobniej już ruszyły znad granicy w kierunku Kigali. Trwa mobilizacja i przerzut jednostek pierwszoliniowych. I jeszcze jedno: wasz atak na tyle przestraszył Ruandyjczyków, że jeśli mogą, stawiają zaporę ogniową przed wszystkim co lata.
-To kiedy kolejny nalot?
-Jutro rano. Szczegóły później. -Odpowiedział pułkownik. Przez cały ten czas, oprócz innych celów, mamy kłaść szczególny nacisk na lotnisko w Kigali. Trzeba będzie obezwładnić tamtejszy opl, nie niszcząc pasów startowych: wojsko chce wysadzić tam desant śmigłowcowy.

Kapral, oparty o ścianę transportera opancerzonego, z lewą ręką na swoim Gewehr 43 z lunetą, oglądał przez lornetkę drobne punkciki na niebie.
-Co to? -Spytał się go siedzący obok szeregowiec.
-Nic takiego Kafil. Nasze bombowce chyba okładają Ruandyjczyków.
Kolumna transporterów opancerzonych i samochodów pancernych jechała przez typowy, rwandyjski krajobraz. Droga była pokryta rdzawym pyłem, wzdłuż niej rozciągała się sawanna, upstrzona kępami zarośli, małymi poletka i rozproszonymi zagrodami. Kafil zadzierał głowę i próbował zobaczyć coś na niebie, ale kapral klepnął go po ramieniu i nakazał:
-Lepiej rozglądaj się dookoła. W każdej z tych kęp albo chat mogą czaić się ci bojówkarze.

-Znowu smród... Pamiętacie te trupy w tej wiosce, w której dzisiaj nocowaliśmy? Śmierdziało tak samo. -Odezwał się siedzący na ławce Mwamba, opierający swojego Panzershrecka o ramię.
-Ten cały cholerny kraj tak śmierdzi. Przez całą drogę jeden, dwa trupy, cała rodzina... Chyba jakaś wioska przed nami.
-To patrz, a nie gadaj. -Uciął rozmowę kapral Galahu. Kolumna właśnie wyjechała z kolejnej kępy zarośli na skrzyżowanie z inną, mniejszą drogą. Gdy jadący na czele ośmiokołowy SdKfz 234/1 wjechał na to skrzyżowanie, rozległ się najpierw głuchy dźwięk wystrzału z działa bezodrzutowego, a zaraz potem samochód pancerny otoczyła chmura kurzu i dymu. W odpowiedzi na trafienie, rozległa się kanonada karabinów maszynowych zamontowanych na transporterach. Pośród jazgotu MG-42 można było rozróżnić klekotanie lekkiego działka, takiego jakie było zamontowane na trafionym samochodzie, który wkrótce wytoczył się zakosami cały czas strzelając i ciągnąć za sobą to co zostało z przedniego koła: strzęp gumy, wiszący na pokrzywionej osi. nie zdążył jednak całkowicie wyjechać z chmury, a zaraz przed oczami całej kolumny mignął pocisk wystrzelony z bazooki i trafił go w silnik który natychmiast zaczął płonąć.
-Wysiadać! Wskakujemy! -Dowódca drużyny najpierw krzyknął do swoich żołnierzy, a potem klepnął kierowcę po ramieniu. Transporter którym jechali wykręcił ustawiając się na ukos do drogi. Wszystkie trzy transportery należące do plutonu piechoty wchodzącego w skład kompanii takimi samymi, krótkimi zrywami kręciły się, żeby zapewnić osłonę wyskakującym żołnierzom, a jedna z „Pum”, innej odmiany trafionego samochodu gnała po nierównym poboczu, starając się zająć osłonięte stanowisko, z którego mogłaby wspierać natarcie swoją armatą 50 mm. Druga, która jechała z przodu kolumny już próbowała przycisnąć obrońców do ziemi strzelając w kierunku zabudowań, razem z innym SdKfz 234/1, który toczył się powoli w stronę zniszczonego samochodu, nieustannie prowadząc ogień ze swojego szybkostrzelnego działka.
SdKfz 234/2 "Puma"
Piechota musiała nacierać pod górę cały czas pod ogniem przeciwnika, od zarośli do zarośli. Podczas gdy jedna z drużyn utknęła pod ogniem w kępie drzew na prawo od drogi, pozostałe dwie siedziały razem z dowódcą plutonu w rowie na skraju jednego z poletek, ostrzeliwane przez znajdujący się zaledwie kilka metrów dalej karabin maszynowy, ulokowany w jakiejś chacie. Na dodatek nad ich głowami śmigały po liściach drzew pociski kaemów z kolumny, próbującej uciszyć wrogi karabin. Sierżant dowodzący drużyną Kafila jedynie lekko podniósł głowę ponad krawędź rowu i od razu został trafiony w głowę. Gdy upadł na ziemię, w jego czole ziały dwie krwawe dziury, a hełm leżał metr dalej, pomiędzy grządkami. Dowódca plutonu, wciśnięty w dno rowu, gdy skończył kląć na pancerniaków przez radio żeby karabiny maszynowe przestały strzelać tuż ponad rowem i w końcu odezwał się moździerz, krzyknął na kaprala Galahu, który w tym czasie przyczołgał się do martwego sierżanta:
-My obłożymy tę świnię granatami, a wy spróbujcie skoczyć do tych dołów przed nami i stamtąd spróbujcie go zdjąć.
Galahu obrócił się, cały czas leżąc, w stronę swojej drużyny i wyciągając zza pasa granat, przekrzykiwał hałas starcia:
-Mwamba i Ahad: zostajecie, rozwalicie tą budę z granatnika. Reszta za mną! - Podniósł się na ręce, rzucił granat i wyskoczył z rowu. Kilka rzuconych przez drugą drużynę granatów najwyraźniej zmusiły wrogiego strzelca do ukrycia się, zaczął strzelać dopiero gdy większość drużyny wskoczyła już do dołu za zaroślami. Jednak nie wszyscy zdążyli to zrobić: ostatni biegnący żołnierz krzyknął , ścięty z nóg przez serię i wpadł do dołka: dostał w nogi. Łydka była poszarpana przez pocisk, a przez dziurę w podeszwie buta na drugiej wylewała się krew z ranionej stopy. Jego wrzasku nie był w stanie zagłuszyć nawet wybuch pocisku z Panzershercka, druzgocący chatę w której znajdował się wrogi karabin.
-Zajmijcie się nim do cholery! -Krzyczał kapral, strzelając ze swojego karabinu w stronę szczytu wzgórza, na którym znajdowała się większość zabudowań miejscowości. Sanitariusz drżącymi rękami rozciął but rannego i krzyczał jeszcze głośniej od niego na Kafila:
-Zaciśnij mocniej tą pierdoloną opaskę bo się wykrwawi! -Akurat w tym momencie wpadł do doła Mwamba ze swoim granatnikiem i nieomal wylądował na Kafilu. Ten odruchowo poluźnił opaskę uciskową, przez co krew strzyknęła spod niezałożonego jeszcze opatrunku wprost na sanitariusza. Wywiązała się nerwowa pyskówka, którą przerwał kolejny wrzask rannego. Sanitariusz zakładał opatrunki pokrzykując to Kafila, to na Mwambego, żeby bardziej uważał co robi.
-Zamknijcie się wreszcie! -Przerwał im zdenerwowany kapral. -Opatrzyłeś go już?
Sanitariusz akurat podawał rannemu morfinę i odpowiedział, nadal trzymając w zębach kawałek papierowego opakowania ampułki: -Na tyle ile mogłem.
-To świetnie. Wy zanieście go do kolumny -Wskazał na dwóch żołnierzy dotychczas siedzących w drugim rogu. -A reszta za mną. Stary już przez moment macha żebyśmy się stąd ruszyli.
Drużyna wybiegła przed siebie, pokonując pod ogniem z jednej i drugiej strony małe pole, gdy tuż przed kolejnym płytkim rowem kapral obejrzał się za siebie i przeraźliwie krzyknął:
-Kryć się! Na ziemię, natychmiast! -I wręcz zanurkował w kierunku rowu, a za nim, wiele nie myśląc reszta żołnierzy. Kafil, po wylądowaniu na zaschniętym błocie podniósł głowę i zobaczył jedynie spód strzelającego ze wszystkich luf myśliwca. Spod jego skrzydeł wystrzeliły dwie rakiety które trafiły w barykadę blokującą dostępu do wsi, a samolot poderwał się w górę ostrym zwrotem, uchodząc spod niecelnego ognia z broni ręcznej. Myśliwiec był napędzany silnikiem tłokowym w długim, charakterystycznym nosie i miał długie, proste skrzydła. Ta-152, konstrukcja pamiętająca jeszcze Wojnę Światową, którego chwała jako rasowy myśliwiec ostatni raz błyszczała podczas Chińskiej Wojny Domowej, a teraz, dozbrojony i opancerzony pełnił w Siłach Powietrznych Tanganiki rolę samolotu bliskiego wsparcia i kierowania ogniem artylerii, nadal świetnie się spisując.
-Jakiś pancerniak musiał wezwać wsparcie z powietrza. Naprzód, póki tym świniom dzwoni w uszach!
Sąsiednia drużyna już wykurzała wroga granatami z pierwszych zabudowań, gdy Kafil i kapral Galahu biegnący na przedzie dopadli do rogu chaty przy drodze. Pierwszego Rwandyjczyka, ze starym, powtarzalnym belgijskim karabinem, Kafil powalił natychmiast serią ze swojego Stg-44. Pod dosłownie sekundzie, nadal stojąc wyprostowany, bez żadnej osłony zauważył kolejnych, przebiegających, przez drogę, ale karabin maszynowy z chaty przy przeciwległej drodze, puszczając niecelną serię zmusił go do ukrycia się za rogiem. Przywarł do ściany i wskazując kciukiem powiedział kapralowi:
-Granatnik przeciwpancerny, w budynku po drugiej stronie drogi. Kapral rozejrzał się i zobaczył Pumę jadącą pod górę, zbliżającą się do wsi. W tym samym momencie do zbudowań dopadli Mwambe i żołnierz z erkaemem, targający go przed sobą, przewieszonego w poprzek na pasie nośnym, dodatkowo obwieszony, taśmami z amunicją przerzuconymi przez kark.
-To na szybko chłopaki. Mwambe, załaduj pocisk. We wsi ta droga dochodzi do poprzecznej. Przy skrzyżowaniu jest chata z dachem z nowej blachy falistej. Siedzi tam jakiś kaem, więc rąbniesz w niego, a potem Aki ładuje ile się da. Przyciśnijcie każdego kto wybiegnie na tamto skrzyżowanie. Już?
-Już.
-To rąb. Kafil, przygotuj granat.
Mwambe wychylił się i strzelił: zarówno cel, jak i chata za którą się ukrywali pokryły kłęby dymu, a Kafil i Galahu skoczyli przed siebie. Kafil kątem oka dostrzegł błysk i z krzykiem pociągnął kaprala na ziemię, na środku drogi. Pocisk z bazooki wycelowany w samochód pancerny przeleciał metr, lub dwa przed nimi, ale na szczęście był niecelny. Kapral wyciągnął zawleczkę z trzymanego w dłoni granatu i rzucił do w okno z którego padł strzał. Za nimi rozległ się przeciągły, zlewający się w jeden odgłos, klekot MG-42 siejącego ogniem po chatach. Po wybuchu granatu Kafil doskoczył do otwartego wejścia do chaty i nawet nie zaglądając, przeciągnął serią po pomieszczeniu. Gdy wpadł do środka, leżały tam dwa trupy.
Przebicie się piechoty do głównych zabudowań miejscowości przeważyło szalę. Już nawet nie drużyny, ale poszczególne sekcje, po trzech, czerech, pięciu ludzi oczyszczało kolejne domostwa i zmuszało obrońców do ucieczki. Pierwsze samochody pancerne i transportery wjechały pomiędzy domy, wspierając natarcie z bliska swoimi karabinami maszynowymi. Po wyeliminowaniu obsługi bazooki kapral Galahu i jego ludzie posuwali się wzdłuż zabudowań. Osłaniała ich „251-ka”, strzelająca jak szalona do kilku sylwetek uciekających w stronę lasu. Kapral przyklęknął, złożył się do strzału, i zastrzelił najpierw jednego, a potem ranił drugiego partyzanta, na których krewki strzelec kaemu zmarnował tyle amunicji. nie zdążył jednak wstać, gdy z którejś ze stron padła seria, łupiąca dziury w desce tuż obok głowy Mwambego. Wszyscy padli na ziemię, nie wiedząc co się dzieje. Spojrzał za siebie:
-Mwambe, nic ci nie jest?
-Nic... Dzięki Bogu. Kto to, skąd to strzela?
Strzelec karabinu maszynowego puścił krótką serię w miejsce skąd mogły paść strzały. Zaraz potem, zza kawałka blachy falistej służącego chyba jako ogrodzenie, a którego bok postrzępił ten strzelec rozległ się zdenerwowany krzyk... W suahili!
-Nie strzelaj do jasnej cholery, swoi! Swoi k**wa, trzecia drużyna!
-To ty lepiej uważaj na swoją cholerną przyszłość, bo omal nie zabiłeś mojego żołnierza z granatnikiem. Wyłaź! A ty cholerny cynglu lepiej się uspokój. Jasne? -Klął najpierw na ukrytych za blachą, a potem na strzelca kaemu kapral. Zza blachy zaraz pokazało się kilku przestraszonych żołnierzy w charakterystycznych hełmach i mundurach pokrytych kamuflażem.
-Zostawiam wam sprawdzenie tych bud. Kafil, Aki, za mną, na skraj wsi. Mwambe, zostajesz tutaj. A wy przesuńcie się trochę do tamtej przerwy żeby nas osłaniać. -Krzyknął do załogi transportera.
Poletka i ogródki na tyłach zabudowań były już puste, wszyscy partyzanci, którzy mogli, uciekli do lasu, którego skraj rozpościerał się za tymi uprawami. Najwidoczniej uciekali tak daleko jak się dało, bo z lasu już nie strzelano w stronę wsi. Za jednym z płotków, wzdłuż którego rósł szpaler młodych bananowców i sorgo, Kafil zobaczył niewyobrażalny widok: na tym małym, osłoniętym ze wszystkich stron poletku, leżał stos co najmniej kilkudziesięciu ciał: wiele z nich miało urąbane kończyny, a nawet głowy, które leżały na tym samym stosie.
-Pa... Panie kapralu!... -Krzyknął i ukląkł na jedno kolano
-Co jest? -Kapral z impetem wybiegł z pomiędzy bananowców i też zaniemówił dopiero po chwili powiedział cicho:
-To dla tego nigdzie nie było cywili. Tamci... Tamci zrobili tu sobie z nich śmietnisko. Biegnij do dowódcy, natychmiast.
Kafil zerwał się i pobiegł przez wieś ile miał sił w nogach. Pojazdy właśnie ustawiały się z powrotem w kolumnie na drodze, a część żołnierzy już kręciła się po domach w poszukiwaniu jakiegoś dodatkowego jedzenia, czy innych „pamiątek”. Kapitan dowodzący kompanią rozpoznawczą stał akurat przy jednym transporterze i rozmawiał z dwoma porucznikami o stratach:
-No trudno... Odezwało się dowództwo pułku. Możliwe że dadzą nam czołgi, jakiś piechurów i pojedziemy bezpośrednio na stolicę... -Kafil przerwał mu w tym momencie, meldując:
-Panie kapitanie, szeregowy Kade melduje że z kapralem Galahu znaleźliśmy ciała... Dużo ciał, cywile... Musi pan to zobaczyć...
-Ciała, jakie ciała? Prowadź do cholery.
Szeregowiec, prowadzący biegiem dwóch oficerów, w tym dowódcę całego oddziału musiał wzbudzić ciekawość, więc zaraz za nimi na poletku pojawiła się grupka żołnierzy z różnych drużyn.
kapitan gdy zobaczył ciała zamknął oczy, zasłonił nos i machnął ręką, żeby wszyscy poszli za nim. Przy najbliższej chacie, gdzie trupi smród był już słabszy, kapitan powiedział do zgromadzonych wokół niego żołnierzy, z martwym, pozbawionym emocji wyrazem twarzy:
-Wygląda na to, że ta wioska była zamieszkana w sporej części przez Tutsi. Do dowództwa docierały informacje że puczyści, marksiści z plemienia Hutu mogą mordować swoich przeciwników politycznych i jednocześnie całe ich plemię: Tutsi. To jeden z powodów, czemu wkroczyliśmy w ogóle do Rwandy. Do tej pory po drodze widzieliśmy jedynie pojedyncze trupy, czasem kilka... Ale nie całą wioskę... Trzeba będzie spalić te ciała. Ale najpierw trzeba dokładnie sprawdzić wieś i okolicę, czy nie ma ich więcej. Mamy na to czas do przybycia posiłków. Poruczniku, proszę założyć nowy film w swoim aparacie i wszystko sfotografować. Musimy mieć dowody na to ludobójstwo. Zarządzam zbiórkę kompanii na skrzyżowaniu. To do roboty, jazda, to rozkaz!

Część druga... Kiedyś, za jakiś czas.