Batalion aeromobilny
przygotowywał się do wylotu na polowym lądowisku, tuż obok drogi
biegnącej w kierunku granicy, po której co chwila przejeżdżały
kolejne ciężarówki z zaopatrzeniem dla oddziałów już walczących
w Ruandzie. Obsługa naziemna kończyła kończyła uzbrajać
i tankować śmigłowce, piechota sprawdzała swoją broń i
ekwipunek pod siatkami rozciągniętymi między nielicznymi drzewami.
Pod jedną z takich siatek maskujących, wokół dowódcy oddziału
zgromadzili się oficerowie i piloci, żeby zapoznać się z planem
misji. Podpułkownik Mathias Oloja, dowódca batalionu stał
pochylony nad stołem i wskazywał palcem na narysowane na mapie
linie, objaśniając po kolei ich znaczenie:
-Pamiętajcie że
będziemy lecieć nisko, 200 metrów nad ziemią, więc przez cały
czas musicie się spodziewać ostrzału z ziemi. Także za naszymi
liniami, kolumny rozpoznawcze gnają tak szybko w głąb kraju, że
pewnie zostawiają za sobą masy partyzantów nawet ich nie widząc.
Dolatujemy do Jeziora Mugusera, potem wzdłuż jego brzegów, nad
rzeką Nyabarongo, odbijamy na północ nad tym kompleksem
bagien, widzicie? -Stuknął kilka razy palcem w barwną plamę,
a piloci, notujący na swoich mapach, jedynie pokiwali głowami.
-Pluton śmigłowców
wsparcia wyskakuje wtedy przed główna formację i wznosi się na
300 metrów. Niestety panowie, ale będziecie musieli rozpoznać i
uciszyć obronę przeciwlotniczą. najpewniej ckm- i rkm-y na
budynkach. -Rozejrzał się wokół po pilotach, zatrzymał wzrok
na grupce która miała wykonać to zadanie, ale po sekundzie
znowu zajął się mapą:
-I nie zapomnijcie, że
całe Kigali położone jest na wzgórzach. Po zwrocie nad bagnami
schodzimy na 150 metrów i utrzymujemy tą wysokość. Jeśli nic
nie pochrzanicie, wyjdziemy nisko ponad wschodnim krańcem pasa
startowego. Teraz uwaga, żeby mi niczego nie pomylić: kompanie A i
B lądują przy terminalu, po północnej stronie pasa. tu są
zdjęcia z rozpoznania. -Wskazał ręką na kilka leżących w rogu
stołu zdjęć. -Pierwsza na zachód, a druga na wschód od budynków.
Trzeba je zająć i utrzymać w razie kontrataków z miasta. A, i
wszystkie bramy wjazdowe ma teren lotniska mają być obsadzone.
Kompania C zajmie resztę budynków. Mogę zdjęcie? -Pomachał ręką
nad swoją głową, nadal pochylony nad mapą. Gdy dostał fotografie
lotniska do ręki, wskazał na nim dwie grupy budynków położonych
po południowej stronie pasa: pierwszy pluton zajmie te, a drugi
te budy. Trzeci pluton wyląduje na wschodnim krańcu pasa i
zabezpieczy tą bramę, oraz będzie stanowił obwód. I uwaga
wszyscy. Po wysadzeniu piechurów, helikoptery startują i wspierają
nas ogniem kaemów z powietrza. Jeśli chodzi o paliwo, to na nasz
sygnał o zabezpieczeniu lotniska będzie czekać grupa Starków z
paliwem, amunicją i co ważniejsze: posiłkami. Tak więc liczę
na was.
-Jaaasne... -Odpowiedź
pilotów miała ton jakby pośrednim między pobłażliwym
potwierdzeniem, a typowym „Tak jest!”
-No to do maszyn.
Zbierać ludzi, lecimy.
Pułkownik spojrzał
jeszcze raz na rozchodzący się ku swoim maszynom pilotom. Było
wśród nich kilku białych. Synowie Niemców, którzy przyjechali do
Tanganiki przed, lub tuż po wielkiej wojnie: handlowców, rolników,
urzędników, wojskowych, osiadłych na stałe w Afryce.
Co ważniejsze, wśród piechurów, w tym podoficerów i
oficerów byli sami czarni. Pułkownik Oloja, podczas ostatniej wojny
walczył jako szeregowiec na Palau, a potem na wyspach Sakishima, na
wschód od Tajwanu. W jego pułku Askari czarni byli co najwyżej
sierżantami. Pierwszy czarny porucznik został awansowany dopiero na
Sakishimie, bo japońscy snajperzy zabili wtedy ostatniego białego
oficera w kompanii. Od samego początku armia Tanganiki borykała się
z problemem białych poborowych. Zamiast do piechoty, trafiali zwykle
do bardziej technicznych rodzajów wojsk, gdzie łatwiej było ich
zmieszać z czarnymi: do lotnictwa, służb radiotechnicznych. Biali
oficerowie zdominowali marynarkę wojenną, podczas gdy siły lądowe
i powietrzne znajdowały się pod rządami czarnych weteranów
Drugiej wojny światowej. I właśnie taki sam obraz przedstawiał
batalion aeromobilny dowodzony przez Oloję: czarny dowódca-weteran,
czarni oficerowie i żołnierze, i jednie kilku białych pilotów
śmigłowców. Z chwilowego zamyślenia rozbudził go coraz większy
harmider na lądowisku. Poszczególne drużyny zaczęły wsiadać do
odpowiednich śmigłowców, a te jeden po drugim
uruchamiały silniki, powodując coraz większy hałas. Jako pierwsze
wystartowały lekkie, dwuosobowe Flettnery, przeznaczone do celów
obserwacyjnych, ale wyposażone też karabiny maszynowe i
wyrzutnie rakiet. Te dwuwirnikowe maszyny były krępe i miały
nieproporcjonalnie duże stery kierunku. Przy starcie najpierw
podnosiły się na kilka metrów ponad lądowisko, a następnie,
zwracając się w zaplanowanym kierunku, formowały w grupę ponad
wirnikami „fajek”, jak nazywali żołnierze transportowe
Focke-Anchelisy, z racji pękatych kadłubów i wyglądających
jak cybuch prostych belek ogonowych. „Pelikany”, bo taką nosiły
nazwę fabryczną, również zaczęły startować. Z hukiem wznosiły
się w równych szeregach, tak jak stały i ruszały za
znajdującymi się w przodzie Flettnerami.
Formacja przemykała
ponad wzgórzami pokrytymi na przemian malutkimi polami, i większymi
płatami lasów oraz sawanny. W otwartych bocznych drzwiach
śmigłowców siedzieli strzelcy karabinów maszynowych. Lotnisko w
Kigali znajdowało się na płaskim wzniesieniu, więc helikoptery
leciały niewiele powyżej poziomu pasa startowego. Jako pierwsze z
doliny biegnącej ku bagnom „wyskoczyły” Flettnery mające
rozpoznać i zmiękczyć stanowiska obrońców. Od razu po tym
manewrze śmigłowce znalazły się pod ostrzałem: rozszczekały się
karabiny maszynowe, ulokowane w kilku miejscach lotniska.
Tanganijczycy część ostrzelali w pierwszym podejściu, ale ogień
był niezbyt skuteczny. Za to ten z ziemi: bardziej. Jeden z
helikopterów został trafiony przez ukryte do dej pory stanowisko
poczwórnych cekaemów, które otworzyło ogień gdy przelatywał
bezpośrednio nad nim. Nieopancerzony Flettner praktycznie rozpadł
się w powietrzu. W radiu rozpętała się istna burza:
-Milan cztery dostał!
Flak, średni kaliber!
-Gdzie?! Podaj gdzie
stoi! -Śmigłowce uwijały się pod ogniem, nawracały, aby ponownie
ostrzelać kolejne cele.
-Widzę go, widzę go!
Na prawo od wieży. Milan dwa, atakuję. -Flettner zawrócił prawie
w miejscu, tuż ponad ogrodzeniem lotniska w stronę stanowisk
cekaemów, którego operator nieskutecznie ostrzeliwał inny
śmigłowiec szukający schronienia tuż nad dachami okolicznych
domów. Gdy zauważył szarżującą na niego maszynę, strzelec
starał się obrócić karabiny w jej kierunku, ale zanim
zdążył: Łącznie cztery rakiety trafiły w jego obłożone
workami z piaskiem stanowisko, kompletnie je niszcząc. Inny
śmigłowiec zawisł ponad pasem startowym, i nie zważając na
ogień niszczył za pomocą podwieszonego zasobnika z karabinami
maszynowymi kolejne punkty oporu
![]() |
| ZPU-4 |
![]() |
| Focke-Anchelis Pelican. W rzeczywistości: Mil Mi-4 |
Trzeci pluton miał mniej szczęścia:
jeden z jego helikopterów został trafiony przez ukryty do tej pory
karabin maszynowy. Z silnika buchnął dym, a pilot zameldował:
-Dora sześć, dostałem,
silnik się pali, ląduje na autorotacji! -W tle słychać było
jakiś krzyk, pilot, trzęsącym się głosem dodał -Mam rannych!
Śmigłowiec
podpułkownika Oloji leciał za trafionym. Odskoczył w
bok, a podpułkownik, przyklejony do szyby, ze słuchawkami na
uszach krzyczał do radia:
-Natychmiast zapewnić
mu osłonę, znaleźć tego skurwysyna który go trafił i zniszczyć!
Pilot, czekaj w powietrzu, siądziemy przy nim gdy wyląduje!
„Dora 6” awaryjnie
wylądowała na łące obok pasa startowego. Pilotowi udało się go
sprowadzić pod kątem, więc nie uderzył prosto o ziemię, a raczej
łamiąc podwozie zarył nosem o nią i siłą rozpędu przejechał
jeszcze kilka metrów, po czym zatrzymał się, pochylony na bok.
Prawie natychmiast skoncentrował się na nim ogień Ruandyjczyków.
Pułkownik zerwał się ze swojego miejsca i klepnął pilota po
ramieniu:
-Lądujemy przy nim!
Brama musi zaczekać.
W zestrzelonym śmigłowcu
leciała połowa trzeciego plutonu kompanii C. Druga połowa leciała
razem z Oloją, więc stali teraz przy oknach, a strzelec
erkaemu w rozkroku w otwartych tylnych wrotach, trzymany za szelki przez
swojego amunicyjnego siał ogniem po budach stojących przy bramie
wjazdowej na lotnisko, gdzie znajdował się jeden z punktów oporu.
Śmigłowiec zawisł pół metra nad ziemią, kilkanaście
metrów od zestrzelonego. Żołnierze desantu wyskakiwali jeden po
drugim przez tylne wrota. Jako pierwszy wyskoczył strzelec z MG-42,
który odbiegł kilka kroków w bok i rzucił się na ziemię, żeby
zaraz po tym wznowić ostrzał. Reszta drużyny rozbiegła się w
luźną tyralierę, osłaniając trzech żołnierzy, którzy pobiegli
do wraku. Podpułkownik Oloja wyskoczył ze śmigłowca jako
przedostatni. Już na ziemi założył hełm obciągnięty maskującym
pokrowcem i z karabinem pod pachą pociągnął za sobą swojego
radiooperatora w stronę zestrzelonego helikoptera. Po chwili
pobiegła za nimi reszta drużyny. Na szczęście okazało się
że w trafionej maszynie co prawda było dziesięciu rannych, łącznie
ze złamaniami, ale kilku żołnierzy wszyło z tego bez szwanku
i było w stanie walczyć. Pułkownik próbował zorientować się w
sytuacji. Z lornetką w jednej ręce i słuchawką w drugiej
pokrzykiwał przez radio na dowódców poszczególnych kompanii:
-Anton, Anton, słyszysz
mnie?
-Zgłasza się Anton.
-Co się tam u was
dzieje, czemu nadal słyszę strzelaninę w twoim sektorze? Gdzie
jesteś?
-Dwa hangary zajęte,
biję się o terminal, mają tam karabin maszynowy i całe skrzynki
granatów, drugi pluton musi go obejść, mam rannych.
-Atakuj! Obchodzić, ale
nie tracić czasu, musimy zdobyć lotnisko, zanim śmigłowcom
skończy się paliwo. Zrozumiałeś? A druga kompania?
-Weszli do terminalu od
innej strony, cały czas walczą o wieżę.
-Łącz z drugą
kompanią. Natychmiast. -Pułkownik oddał słuchawkę
radiooperatorowi i zaczął przyglądać się przez lornetkę
wieży kontroli lotów. Najwidoczniej ściągnął tym na siebie
uwagę, bo zaraz na ten fragment terenu zaczął padać prowadzony z
niej ogień karabinowy. Wszyscy nadal znajdujący się przy wraku
przylgnęli do ziemi, a radiooperator doczołgał się
do podpułkownika i przekazał mu słuchawkę:
-Jest Bertold.
-Świetnie! Bertold, co
się tam dzieje, strzelają do mnie. Od kilku minut na tej wieży
powinna wisieć nasza flaga.
-Melduję że nie mam
żadnej w zanadrzu. Na razie zatrzymali nas granatami, mam dwóch
zabitych i kilku rannych, moje śmigłowce powinny właśnie
przyduszać ogniem kaemy na szczycie.
-Nie robią tego! Za to
ta cholerna wieża mnie przydusiła do ziemi. Wypłoszyć ich
stamtąd, zabij! Jeśli będzie trzeba użyjcie granatników, możecie
nawet spalić tę ruderę.
-Tak jest. -Dowódca
kompanii machnął ręką w poprzek szyi do swojego radioty,
pokazując żeby ten natychmiast się rozłączył i mruknął. -Tak,
oczywiście, skoczyć, jednym susem na górę i dać się
zabić...
Nad jego głową zaczęły
tymczasem krążyć dwa śmigłowce, które ostrzeliwały najwyższe
pomieszczenia wieży kontrolnej, gdzie ukryli się dwaj Rwandyjczycy
z radzieckimi RPD i co najmniej kilku innych z
Kałasznikowami. Dowódca drugiej kompanii, leżący ukryty za jednym
z samolotów, stojących na placu przed terminalem połączył się
przez radio z porucznikiem dowodzącym plutonem, który próbował
zdobyć wieżę:
-Rusz się póki do nich
strzelają, bo stracisz połowę ludzi. Rąbnij w nich z
panzerfausta, a potem jazda, z granatami w ręku i nożami w
zębach. Zajmuj pomieszczenie po pomieszczeniu, piętro po piętrze.
Zrozumiałeś? Budynek możesz nawet spalić jak ci się spodoba,
byle bez twoich ludzi w środku. -Wychylił się zza kadłuba,
spojrzał na wieżę i krzyknął do radia: -Gazu! Ile trzeba na
ciebie czekać!
Rozległ się świst
odpalanego granatnika, a jedną ze ścian wieży pokrył obłok dymu
i pyłu. Korzystając z przerwy w ostrzale i chaosu spowodowanego
trafieniem, spod podmurówki schodów wejściowych, gdzie dotychczas
chronili się Tanganijczycy, wbiegło do środka kilkunastu
żołnierzy. Zaraz po tym z wnętrza budynku dobiegły odgłosy
chaotycznej strzelaniny, przerywanej kolejnymi wybuchami granatów.
Ku zdziwieniu kapitana, po kilku minutach na najwyższym piętrze
wieży dostrzegł pierwsze sylwetki w z hełmami na głowach. Jeszcze
tylko kilka serii i cały budynek był w rękach Tanganijczyków.
Prawie od razu radiooperator szturchnął dowódcę w ramię i
powiedział:
-Pułkownik.
-Już... Melduje się
Bertold. -Rzucił kapitan do słuchawki.
-Gratulacje, nie
spodziewałem się że tak szybko to pójdzie. Widzisz co się dzieje
z Antonem?
-Nie. Z kilku okien
terminalu bucha dym.
-Jasne. Melduj kiedy
zabezpieczysz teren.
Podpułkownik jeszcze
zlustrował teren lotniska przez lornetkę i rozkazał swojemu
radiooperatorowi i jeszcze innemu żołnierzowi:
-Idziemy do wieży,
biegiem.
Cała ta mała grupka
pobiegła zakosami przez otwarta przestrzeń w stronę zabudowań.
Prawie co chwila musieli padać na ziemię, bo pojedynczy
strzelcy nadal bronili się w różnych budynkach lotniska, ale
zorganizowany opór został już przełamany. Gdy w końcu dobiegli
do budynku wieży kontrolnej, obok, na pasie lądowały dwa Flettnery
i jeden Focke-Anchelis: najwidoczniej piloci zużyli zbyt dużo
paliwa. Podpułkownik krzyknął do biegającego to w jedną, to w
drugą stronę dowódcę drugiej kompanii:
-Co to ma być!? Czemu
już lądują?
-Przepraszam. Melduję
że ponieważ wysiadł pan ze śmigłowca nie mogli się z panem
połączyć, a musieli już siadać.
-Po jakąś cholerę
ciągam za sobą tego dzieciaka! Pan im pozwolił?
-Nie, sami siadali. -
Przerwała mu zabłąkana seria z kałasznikowa, gdzieś w jednym
z hangarów, na którą odpowiedziała palba Tanganijczyków.
-Widzi pan! Tu nie jest
bezpiecznie! Snajperzy w każdej chwili mogą ich powybijać. Pańska
kompania ma natychmiast zabezpieczyć teren!
-Już to robią.
Pierwsza kompania podobno zabezpieczyła bramę. Razem z ich trzecim
plutonem moja przeczesuje jeszcze raz budynki w poszukiwaniu
pojedynczych obrońców.
-Podobno!!! Co to ma
być?! Czemu wie pan o nich więcej niż ja?
-Panie pułkowniku,
Anton. -Radiooperator podsunął dowódcy słuchawkę.
-Anton! czemu się nie
odzywasz! Masz meldować o wszystkim!
-Mój radio jest ranny,
a pierwszy pluton ma zniszczone walkie-talkie. Zabezpieczyliśmy
bramę, ale od strony miasta cały czas nadciągają uzbrojone
grupki.
-Obsadź wszystkie
przejścia w północnym ogrodzeniu. Jeśli możesz: okop się,
umocnij pozycje. Przejmij północno-wschodnią bramę od Cezara,
twój trzeci pluton już idzie. -Obrócił się do swojego
radiooperatora: -Łącz z Cezar 3.
-Tak jest. Cezar 3,
Cezar 3, tu Otto, słyszysz mnie? Cezar 3, tu Otto, zgłoś się.
-Tu Cezar 3, zgłaszam
się. -Rozległo się w radiu. Podpułkownik natychmiast zareagował:
-Dawaj. -Złapał
słuchawkę i rozkazał: -Gdzie jesteś?
-Czyszczę
północno-zachodni hangar.
-Natychmiast, rozumiesz?
Natychmiast zabieraj stamtąd swoich ludzi i gnaj do północnego
ogrodzenia. Zajmiesz tam pozycje obronne i nie ruszysz się, nawet
jak przyjdą termity, albo inne świństwo. Odpowiadaj ogniem na
każdą próbę ataku. I natychmiast połącz się z Cezarem Zero,
żeby wskazał ci gdzie dokładnie masz iść. Zrozumiałeś?
-Tak jest.
Oloja krzyknął do
akurat przebiegającego ponownie obok dowódcy drugiej kompanii:
-Wieża jest bezpieczna?
-Tak. Powinni tam
siedzieć dwaj moi żołnierze: kaemista i strzelec wyborowy.
Jest bezpiecznie.
Gdy podpułkownik wszedł
po schodach na szczyt wieży, depcząc po leżącym wszędzie
potłuczonym szkle, spojrzał wokół: pod jedną ze ścian
siedzieli, patrząc na pas startowy dwaj Tanganijczycy, a pod drugą
nadal leżało ciało jednego z obrońców. Oloja spojrzał na
lotnisko: kolejne śmigłowce lądowały na trawie obok pasa. Obrócił
się do radiooperatora:
-Nadaj sygnał „Ebenen”.
-Oznaczał on zdobycie lotniska i wolną drogę dla kilku większych
śmigłowców transportowych wiozących oprócz posiłków jeszcze
paliwo dla grupy uderzeniowej, aby jej helikoptery mogły wrócić na
pierwotne lądowisko i obsługiwać most powietrzny, którym
zamierzano przerzucać z czasem kolejne oddziały do Kigali. Gdy
radiooperator przekazał sygnał, w kilku miejscach lotniska
rozległy się głuche wybuchy.
-Moździerze! Kryć się!
-Radiooperator, który zdążył już znurkować pod stół, dał
Oloji słuchawkę ze słowami:
-Bramy meldują że są
w kontakcie ogniowym z nieprzyjacielem.
-Świetnie. Wygląda na
to że zaczęli kontratak. Cezar, to ty? Utrzymuj pozycję.
Śmigłowce? Zobaczę co się da zrobić. Musimy wytrzymać do czasu
przybycia posiłków... Łącz z Milanem... Milan? Jesteście w
stanie przetoczyć trochę paliwa do dwóch albo trzech śmigłowców?
tak, choćby ręcznie. Chłopaki na bramach bronią się przed
nadciągającym tłumem i każdy karabin maszynowy nad nimi by się
przydał... Rozumiem, melduj za parę minut czy coś znaleźliście...
Zapowiada się ciekawie...
-Kryyyć sięęę!!!
-Ciszę wczesnego poranka przerwały okrzyki i kilka wybuchów. Przez
całą noc Ruandyjczycy nękali swoimi kilkoma moździerzami
okopanych wokół lotniska Tanganijczyków. Kolejne dwa ataki:
popołudniowy i wieczorny zostały odparte, a na lotnisko docierały
drogą lotniczą posiłki, ale batalion podpułkownika Oloji nie miał
sił na coś więcej niż obronę. Nawet te posiłki nie były zbyt
duże, zwłaszcza po tym, jak pocisk moździerzowy trafił ciężki
śmigłowiec, który przywiózł zbiorniki paliwa. Wrak „Starka”
wypalał się obok pasa startowego kilka godzin i sterczał teraz z
wystającymi ze sterty złomu ogonem i kikutami krótkich skrzydeł.
Na kilka godzin moździerze zostały zmuszone do milczenia przez
wezwane na pomoc samoloty szturmowe. Jednak nie były one w stanie
wytropić wszystkich stanowisk, a śmigłowce, które lepiej sprawiły
by się w tej roli musiały zostać odesłane, bo brakowało by dla
nich paliwa: właśnie przez zniszczenie helikoptera transportowego.
Na stanowisku przy głównej bramie hałas obudził wszystkich.
Dowodzący sierżant wyjrzał zza osłony na zabudowania lotniska i
zastanawiał się głośno:
-Chyba w nic nie
trafili. Dobra, na stanowiska. Mogą znowu zaatakować. -Gdy ostrzał
ucichł, podczołgał się do stanowiska karabinu maszynowego i
wskazując na psy, wałęsające się przy ciałach zabitych
bojowników nadal leżące na ulicy, zapytał się żołnierzy
pełniących akurat wartę przy kaemie:
-Czemu ich nie
odgoniliście. Zaraz zaczną rozciągać te trupy na wszystkie
strony.
-Po co panie sierżancie.
Próbowaliśmy przecież wieczorem. Nawet jak Lani zastrzelił
jednego, po paru minutach wróciły. -Odpowiedział jeden z
wartowników. Gdy sierżant wracał na swoje stanowisko nad jego
głową świsnęły kule. Upadł na ziemię i zaczął pełznąć w
stronę zarośli. Prawie natychmiast na strzały odpowiedział
karabin maszynowy, dudniąc długimi seriami. Gdy sierżant nareszcie
dotarł po kilku chwilach do swojego dołka strzeleckiego, cały
pluton, rozlokowany przy dwóch sąsiadujących ze sobą bramach
ostrzeliwał nacierających.
-Co się dzieje?!
-Ogień spomiędzy
zabudowań na wprost... pierwsze grupy próbują przedostać do tych
kęp bliżej!
-Nie dać im pokonać
otwartej przestrzeni między budynkami a szosą, zatrzymać ich na
tych trawnikach! Łącz z dowódcą kompanii, potrzebuję ognia
moździerzy na tamto skrzyżowanie. Widzisz je?
-Tak jest, punkt 4C, już
łączę -Odpowiedział ze swojego stanowiska radiooperator.
Określenie „trawniki”
było użyte przez sierżanta na wyrost. Odnosiło się do pasa o
szerokości ok. 80 metrów, rozciągającego się między szosą, a
zabudowaniami. Częściowo był on porośnięty marną, pożółkłą
trawą i kępami krzaków, ale był też gęsto poprzecinany
wydeptanymi ścieżkami i dróżkami. To na tym pasie, po raz
trzeci utknął atak Ruandyjczyków. Gęsto ostrzeliwali bramy
z domów po drugiej stronie szosy ale nie byli w stanie,
posuwając się skokami od jednej kępy zarośli do drugiej, pokonać
szosy, krytej ogniem kilku MG-42. Mimo to, jedna z grup dotarła
prawie do samej drogi, kryjąc się teraz wśród krzaków przy jej
poboczu.
![]() |
| Tanganijczycy broniący się w ruinach zabudowań na lotnisku w Kigali. W rzeczywistości: niemieccy spadochroniarze na Monte Cassino. |
Obustronny ostrzał zelżał, ale nadal trwał pat: ani
bojownicy nie byli w stanie wykonać bezpośredniego szturmu
na pozycję obrońców i wykorzystać swojej przewagi liczebnej,
ani tanganiccy obrońcy bramy nie mieli zamiaru ruszać się ze
swoich stanowisk. Starcie trwało już kilkanaście minut. Krótki,
oszczędny ostrzał z moździerzy przyczynił się do zatrzymania
Ruandyjczyków ale gdy ustał, ci znowu spróbowali szczęścia:
z kilku stron uderzyły małe grupki, próbujące jak najszybciej
przebiec pustą przestrzeń, dzielącą ich od ogrodzenia lotniska.
Ogień karabinów maszynowych powstrzymał ich jedynie na kilka
minut: mimo strat, kolejne grupki bojowników przesuwały się coraz
bliżej drogi, prawie na odległość rzutu granatem od stanowisk
Tanganijczyków. Na dodatek gdzieś daleko przebijały się
przez strzelaninę odgłosy silników.
-Cudownie... Tylko nie
mówcie że ściągają posiłki...
-Nie panie sierżancie,
to chyba nie samochody, coś większego. Może nasze czołgi?
-Odpowiedział mu z sąsiedniego dołka radiooperator.
-Granat!!! -Z kilku
stron jednocześnie rozległy się nerwowe krzyki. Ruandyjczycy
ruszyli do szturmu przez szosę. Walka szła teraz na granaty: obie
strony obrzucały się nimi nawzajem, ranni, poszarpani przez odłamki
krzyczeli, padając na asfalt. Mimo że kaemy i granaty zadały
im znaczne straty, pierwsi napastnicy, część z karabinami,
ale niektórzy jedynie z maczetami wpadli do okopów zajmowanych
przez pluton. Zaczęła się walka wręcz. Pierwszego przeciwnika
sierżant powalił z bliska serią ze swojego Stg-44. Drugiego
zatłukł kolbą jego własnego karabinu. W tym samym
czasie radiooperator zginął od ciosu maczety, a amunicyjny karabinu
maszynowego bronił się za pomocą saperki i zapasowej lufy do
kaemu. Tą kotłowaninę uzupełniały długie serie MG-42, nadal
osłaniających pluton zza pleców i blokujących drogę kolejnym
nacierającym, Słychać było tylko nerwowe, długie serie karabinów
szturmowych obrońców, wybuchy granatów i krzyki rannych z obu
stron. Jednocześnie wzmagał się coraz bardziej hałas silników,
dobiegających od wschodu. Szturm, za cenę znacznych strat udało
się odeprzeć. Ziemia w dołkach strzeleckich była czerwona od
krwi, wszędzie leżały ciała poszarpane granatami, lub porąbane
maczetami, a za szosą szykowała się już kolejna fala. Na dodatek
obrońcom którzy przetrwali zaczynało brakować amunicji. W hałasie
dobiegającym od wschodu można było już rozróżnić odgłosy
kliku rodzajów silników, spośród których przebijały się
naprawdę potężne diesle. Były coraz bliżej. Niespodziewanie, gdy
pierwsi bojownicy wybiegli spomiędzy zabudowań, zostali zmieceni
przez serię wybuchów, która zgrała się z klekotem
szybkostrzelnego działka małego kalibru. Zaraz potem wybuch
dosłownie rozniósł jeden wyższych domów po drugiej stronie
szosy, w który krył się do tej pory wrogi cekaem. Sierżant
patrzył z niedowierzaniem, jak wyjący na wysokich obrotach
ośmiokołowy samochód pancerny podjechał do samej bramy, zjechał
na przeciwne pobocze i nadal ostrzeliwał przeciwnika ze swojego
działka. Tuż za nim toczył się czołg, który zniszczył tamten
budynek: kanciasta sylwetka „Pantery” była pokryta fantazyjnym
układem zielonych i brązowych cętek na piaskowym tle.
| "Pantera" na przedmieściach Kigali. W rzeczywistości: we Francji w 1944 |
Za nim
jechała kolumna najróżniejszych pojazdów: kolejne czołgi,
samochody pancerne i transportery. Dwa czołgi zajęły pozycję
obronną przy bramie, a reszta kolumny wjechała na teren lotniska. Z
transporterów wysypali się żołnierze w tanganickich mundurach
maskujących i obsadzili stanowiska, które zajmowali polegli obrońcy
bramy. Kapral z karabinem wyborowym w dłoniach, dowodzący
jedną z drużyn pokrzykiwał na swoich ludzi:
-Aki, tamten dołek!
Mambwe, ten sąsiedni! -obsługa erkaemu i żołnierz z granatnikiem
przeciwpancernym pobiegli we wskazane miejsce. -Kahil, za mną! I tak
pewnie ruszymy niedługo do centrum...
Idąc wyprostowany przez
przez pobojowisko mruknął do siebie: -Boże, co tu się działo...
Mam nadzieję że nie będziemy musieli tego sprzątać...
Sierżant wychylił się
ze swojego stanowiska i spytał się kaprala: -Kim w w ogóle
jesteście?
-Kapral Ali Galahu,
kompania rozpoznawcza 3 Pułku grenadierów pancernych.
-To może trochę
szacunku dla poległych? Wie pan co tu się stało?
-To co wszędzie po
drodze. Rzeź...
I to tyle. Wiem że zakończenie nie jest dobrą "klamrą", ale opowiadanie było pisane na konkurs internetowy w którym obowiązywał limit znaków. Gdy to pisałem miałem nadzieję że kiedyś uda mi się rozszerzyć to w powieść, ale obecnie... No nie wiem. W ramach bonusu, kilka profili związanych z tym scenariuszem:
![]() |
| http://jeremak-j.deviantart.com/gallery/?offset=216#/d2g628q |
"Junkers Ju-228" opisany w pierwszej części opowiadania. Powyższa grafika to druga w ogóle wykonana przeze mnie sylwetka. "Rasta krzyż" zamieniłem w innym profilu na lepiej wyglądający emblemat wzorowany na oznaczeniach lotnictwa NRD. No i ten żółty... Gdybym dziś go rysował użyłbym piaskowego. Pod podanym linkiem, w opisie znajduje się kilka "ekstra" szczegółów dotyczących scenariusza.
![]() |
| http://jeremak-j.deviantart.com/art/Do-375-quot-Schabe-quot-Tanganyika-161014750 |
"Dornier Do-375": Przerobiony amerykański Vought A-7, pomyślany jako lekki myśliwiec uderzeniowy, pokładowy i szkolono-bojowy alternatywnego Cesarstwa Niemiec, którego byłą kolonią "była" Tanganika. Lata 70-te/80-te, widoczne wspomniane oznaczenia wzorowane na NRD-owskich.
![]() |
| http://jeremak-j.deviantart.com/gallery/?offset=96#/d306i8m |
E-E Lighting F.6: brytyjski przechwytujący myśliwiec naddźwiękowy. Biorąc pod uwagę alternatywną I wojnę światową i rozwijanie przez Niemców ich kolonii Afryce Wschodniej, logiczne jest że Brytyjczycy również staraliby się przez "dopakowywanie" Kenii utrzymać równowagę z Niemcami. Tak więc mamy w tym scenariuszu również bardziej "brytyjską" i lepiej rozwiniętą Kenię. A pojawienie się bombowców w Tanganice na pewno skłoniłoby Kenijczyków do znalezienia jakiegoś antidotum na nie. I co dzieje się pod koniec lat 60-tych, jeśli u granic dwóch sporych, spokojnych i względnie dobrze rozwiniętych krajów zaczyna się ludobójstwo? Na sylwetce widoczna jest część kenijskiego wkładu w opisywaną w opowiadaniu interwencję.






Nie mów, że średnio udane, każdy ma swoje początki. :) Najważniejsze, że coś robisz w tym kierunku, a na dodatek łączysz pasję do lotnictwa z pisaniem, które zapewne też lubisz. Wbrew pozorom niewielu osobom chce się robić coś w kierunki samorozwoju.
OdpowiedzUsuń