Dwa wielkie, długie na
ponad 30 metrów odrzutowce podchodziły do lądowania na lotnisku w
Dodomie. Mimo swoich rozmiarów miały kształty myśliwców:
wrzecionowate kadłuby z zaokrąglonymi wlotami powietrza po
bokach, z jednej strony zakończone ostrymi nosami kryjącymi radar,
a z drugiej każdy z nich miał po dwie dysze silników. Skośne
skrzydła, oraz kadłub pokryte były farbą w kolorze piasku i
ciemnozielonymi cętkami. Gdy siadały na pasie z lekko zadartymi
nosami, można było zauważyć błękitne powierzchnie dolne. Ju-228
były jednym z głównych nosicieli broni atomowej Cesarstwa
Niemiec, ale te maszyny nie miały na skrzydłach czarnych krzyży, a
zielono-czarne romby lotnictwa wojskowego Tanganiki, byłej
niemieckiej kolonii. Samoloty wyhamowały na pasie za pomocą
spadochronów, a następnie podkołowały do obwałowanych stanowisk
postojowych. Natychmiast po wyłączeniu silników pojawił się
wokół bombowców personel naziemny. Wychodzący ze swojej kabiny na
podstawioną drabinkę pilot jednego z nich, europejczyk, krzyknął
do czarnoskórej załogi drugiego Junkersa:
-Świetny lot panowie,
gratuluję celności.
Gdy zszedł na ziemię,
zza jednego z budynków bazy wyłonił się jadący bardzo szybko
samochód terenowy. Zahamował przed stojankami z piskiem opon, a
sierżant który nim kierował wymachiwał nad głową kartką
papieru w kierunku białego pilota:
-Panie pułkowniku,
panie pułkowniku! Depesza z Dar-es-Salaam, bardzo pilna!
-Dawaj ją. -Pułkownik
rzucił okiem na kartkę, wsadził do kieszeni kombinezonu i siadając
do samochodu nakazał sierżantowi:
-Jedziemy do biura,
natychmiast. -Sierżant gwałtownie ruszył, pozostawiając za sobą
zdezorientowanych pozostałych lotników. Nawigator latający z
pułkownikiem, również biały, zapytał się stojących obok niego
członków załogi drugiego bombowca:
-To co panowie, do
kantyny? Bo może się okazać że w najbliższym czasie nie będzie
zbyt dużo czasu na odpoczynek.
-Jeśli pan major
proponuje... -Odpowiedział czarnoskóry pilot.
W kantynie z
przyciszonego radia sączył się amerykański rock 'and roll, a
oficerowie siedzieli przy okrągłych stolikach, albo jedząc
spóźnione śniadanie, albo rozmawiali popijając coś ze szklanek
i kubków. Ponieważ cały czas znajdowali się na terenie bazy
wojskowej, na alkohol nie było co liczyć. Piwo: czasami,
wieczorem, po zakończeniu lotów. Pozostawała jedynie zimna herbata
i napoje gazowane, nazywane zgodnie przez personel
„erzatz-drink”: napój zastępczy.
Nagle otworzyły się
drzwi i stanął w nich Pułkownik Loscher, prosto z biura, nadal
w kombinezonie lotniczym i krzyknął:
-Słuchacie radia,
wiecie co się dzieje?
-Nie panie pułkowniku,
radio gra i tyle... -Odpowiedział mu podoficer obsługujący bar.
-Natychmiast znajdź
jakiś serwis informacyjny. Uwaga wszyscy! Mamy sytuację alarmową,
w Ruandzie nastąpił wczoraj zamach stanu. Sytuacja jest podobno
tragiczna, bardzo możliwe że będziemy musieli interweniować.
-Wszyscy podnieśli się na swoich krzesłach, zdziwieni informacją.
Zanim zdołali zadać pytania, podoficer pogłośnił radio i wszyscy
zaczęli słuchać serwisu informacyjnego Radia Dar-es-Salaam:
...Ruandyjski Komitet
Rewolucyjny składa się w większości z przedstawicieli ludu Hutu.
Rządowa rozgłośnia radiowa nadaje cały czas audycję nawołujące
do rozprawienia się z „ciemiężycielami i
wyzyskiwaczami” Tutsi. Nasz korespondent donosi że na ulicach
widać jedynie grupki bojowników, uzbrojonych w radzieckie karabiny
i maczety. Cały czas nie znamy stanowiska naszego rządu. Na
przejściach granicznych pojawiają się grupy uchodźców,
donoszących o morderstwach i grabieżach. Będziemy informować
państwa o sytuacji na bieżąco...
-Czyli że co? -Zapytał
jeden z oficerów kontroli naziemnej.
-To, że wg. tego co
powiedzieli mi przez telefon, w Ruandzie władzę przejęli
marksiści. A na dodatek prawdopodobnie zaczęli czystki
etniczne. jeśli sytuacja się potwierdzi, rozpoczniemy uderzenia na
cele strategiczne w Ruandzie. A jeśli walki, lub czystki będą
trwał, albo co gorsza się rozszerzą, wkroczą siły lądowe.
-Wojna?
-Interwencja zbrojna.
-Nasi mali sąsiedzi
wracają do macierzy? -Odezwał się ktoś z sali.
-Daj spokój. Rwanda i
Burundi został przejęte przez Belgię jako reparacje po Pierwszej
Wojnie Światowej. To było dawno, wydaje mi się że nikt nie
zamierza włączać tych francuskojęzycznych kraików do Tanganiki.
I jeszcze jedno. Albert?
-Tak? -Odpowiedział mu
czarnoskóry oficer z odznaką pilota i pagonami podpułkownika,
siedzący przy stoliku w kącie.
-Nie uwierzysz, ale
niestety nie będziesz dowodził. Szef misji wojskowej wydał wyraźny
rozkaz, że cały czas pozostaję na pozycji dowódcy, nawet w
trakcie walk, mimo że Niemcy nie mają w tym konflikcie nic do
rzeczy.
-Oczywiście. Jak
sformowali Grupę było powiedziane że to ty ją formujesz, szkolisz
i dowodzisz nią przez półtora roku. Zostały ci jeszcze trzy
miesiące, prawda? Dzięki Bogu, że osiągnęliśmy jakąkolwiek
gotowość bojową. -Odpowiedział podpułkownik Albert Haruda,
obecny zastępca, a w przyszłości, po wykonaniu zadania przez
niemiecką misję szkoleniową, którą kierował Loscher: dowódca 2
Bomben Gruppe
-No to do roboty. Za pół
godziny samoloty mają być gotowe to startu na dowolną misję
w ciągu 5 minut. Zrozumiano?
Samoloty były
rozstawione na stanowiskach, wokół nich czekała obsługa, gotowa w
każdej chwili je uruchomić i podwiesić uzbrojenie. To było
trzymane nadal w bunkrach, ze względów bezpieczeństwa. Ale żeby
nie tracić czasu było już poukładane na wózkach, na których
miało być przewiezione do samolotów: oddzielnie przyczepki z
bombami, oddzielnie rakiety. W innej części lotniska stały podobne
przyczepki z dodatkowymi zbiornikami paliwa i cysterny. Zapadał
akurat zmrok: zachód słońca, jak to na równiku był szybki i
spektakularny. Czerwone słońce potrzebowało jeszcze kilku minut,
żeby kompletnie schować się za horyzontem. Właśnie w tym
momencie rozległo się z głośników:
-Achtung, Achtung!
Załogi mają natychmiast stawić się do sali odpraw. Dowódcy
zespołów obsługi: zbiórka przed budynkiem kwatermistrzostwa.
-Prawie natychmiast, gdy powtarzano komunikat, z różnych miejsc
zaczęli wybiegać wezwani na zbiórkę. Niektórzy gnali na
rowerach, a z kilku miejsc wyjechały samochody.
Gdy
załogi samolotów zajęły już miejsca, pułkownik Loscher odsłonił
tablicę, na której wisiała duża mapa wschodniej Afryki, z
zaznaczonymi liniami, biegnącymi z Dodomy nad Ruandę, oraz tabelę
z numerami samolotów, nazwiskami załóg i kodami komunikacji
radiowej. Wziął do ręki wskaźnik i powiedział:
-Ponieważ
nie mamy czasu, będę się streszczał. Widzieliście pewnie ten
śmigłowiec, który wylądowała u nas godzinę temu? przywiózł
rozkazy i materiały bezpośrednio ze stolicy. To po kolei, będę
czytał nazwiska pilotów i kody. „Schwarze jeden” i „ Schwarze
dwa”: Ja i Haube. mamy najgorsze zadanie: zbombardujemy główną
stację radiową, w samym środku Kigali. Łap -Rzucił do swojego
skrzydłowego kopertę z szarego papieru. -Są tam dodatkowe mapy i
zdjęcia lotnicze. Czarni trzy i cztery: Rottenhoff i Kalagho, oraz
Piątka i Szóstka: Kimei i Mrema. Odpowiednio: maszt radiowy na
północy kraju i Pałac prezydencki. Nasz wywiad podejrzewa że
tam znajduje się siedziba puczystów. -Rzucał kolejne koperty w
stronę wyznaczonych lotników. Czarni siedem i osiem: startujecie
jako pierwsi. Masz Asani. Ty załatwiasz rakietami radar na lotnisku
w Kigali, a Binadamu radar wojskowy na południe od miasta.
Dziewiątka i Dziesiątka: będzie pełnić rolę tankowców:
bierzecie pod skrzydła dodatkowe zbiorniki, a pod kadłub
zasobnik z wężem. Przy okazji będziecie pilnować swoimi radarami
przestrzeni powietrznej nad Ruandą. Towarzyszyć wam będą dwa
klucze Heinkli z Mwanza. Więc jak by ktoś potrzebował wsparcia
myśliwców: krzyczeć do dziewiątki.
-Coś
jeszcze? -Odezwał się ktoś z sali.
-Tak.
Haruda, razem z Rosenem poprowadzą eskadrę czerwoną. Przed świtem
zaatakujecie ruandyjskie składy wojskowe i kilka budynków
rządowych. Jasne Albert?
-Oczywiście.
Zapowiada się ciekawy chrzest bojowy. -Odpowiedział podpułkownik
siedzący na krześle pod ścianą.
-W
rzeczy samej. Proszę was, nie spieprzcie tego. Atakujemy w nocy,
stacje V-Gerät będą was naprowadzać
na cel, ale nie kierujcie się tylko wg. radionawigacji, pilnujcie
też innych rzeczy. Dobrze?
-Tak
jest! -Odpowiedziały chórem załogi.
-To
macie dziesięć minut na zapoznanie się z materiałami. Potem
następne pięć na przygotowanie maszyn do startu. Do roboty.
Gdy
załogi wyszły na płytę lotniska, już jakiegoś czasu przy
samolotach uwijała się obsługa naziemna. Uzbrojenie było
podwieszone, kończono napełnianie zbiorników paliwa. Stanowiska
postojowe były rozświetlone, na dodatek właśnie zapalane były
światła pasa startowego. Piloci najpierw dokonywali obchodu swoich
maszyn, sprawdzając czy nie ma widocznych usterek, a potem
zajmowali miejsca przed nawigatorami i uruchamiali kolejne systemy.
Obsada wieży kontrolnej obserwowała wszytko przez lornetki. Na
lotnisku zaczęły się rozlegać najpierw przeciągłe gwizdy, zaraz
potem przechodzące w huk: uruchamiano silniki. Pierwsza para
połączyła się z wieżą:
-Czarna
siódemka gotowa do kołowania na pas.
-Czarna
ósemka gotowa do kołowania na pas.
-Czarna
siódemka zezwalam. Ósemka: czekaj. -Kontrola ruchu starała się
pilnować regulaminowych odstępów, jednocześnie próbując jak
najszybciej wysłać w powietrze wszystkie samoloty. -Ósemka, możesz
kołować za siódemką, meldujcie po dojechaniu do pasa.
Pierwsze
dwa bombowce wykołowały ze swoich stanowisk i potoczyły się na
pas, na którym ustawiły się obok siebie.
-Czarna
siódemka masz zgodę na start. -W dyszach samolotu pojawiły się
najpierw żółtawe, krótkie płomienie, które mimo to były
doskonale widoczne z powodu ciemności, a potem wydłużyły się i
zmieniły barwę na niebieską. Junkers ruszył po pasie, ale oprócz
płomieni wylotowych włączonego dopalacza widać było jedynie jego
światła pozycyjne i snop z reflektora na goleniu podwozia.
-Czarna
ósemka: ruszaj. -drugi wystartował tak samo. Wkrótce potem w
powietrzu było widać jedynie podwójne ogniki dysz silnika obu
samolotów. Ale na pasie już czekały kolejne. Para za parą
samoloty startowały i znikały w ciemnościach, w których zmierzały
po zaplanowanych trasach w stronę Ruandy. W locie, od razu można
było rozpoznać granicę: Tanganikę pokrywały świetliste punkciki
wsi i miasteczek, można było też zauważyć światła długich
kolumn wojskowych na drogach biegnących ku granicy. Zaś Ruanda
była całkowicie czarna: wydawało się że nie ma tam żadnego
źródła światła.
-Minęliśmy
punkt 5, zaczynamy? -Odezwał się z tylnego siedzenia nawigator
Loschera, major Benitz
-Ok.
Najwyższa pora. Uwaga, Tu czarna jedynka, para pierwsza, zwrot
bojowy, zrzucasz bomby na mój sygnał.
-Witamine,
zaczynam zejście nad cel. -Odpowiedział przez radio skrzydłowy.
Samoloty
skręciły, i pochylając się weszły w płytkie nurkowanie. W radio
słychać było komunikację innych załóg:
-Tu
Czarna siódemka, zaczynam atak! -Zaraz potem w dole, przed pierwszą
parą, lecącą daleko z przodu można było zauważyć najpierw
jakby płomyk przebiegający po krzywej, a potem dwie eksplozje i
płomienie dopalaczy samolotu odchodzącego znad celu: radar na
lotnisku w Kigali został zniszczony. Ziemia się obudziła: z kilku
miejsc w rejonie lotniska i w mieście zaczęła strzelać artyleria
przeciwlotnicza. Jednak szybkostrzelne działka małego kalibru, na
dodatek strzelające praktycznie na ślepo nie były w stanie
skrzywdzić lecących wysoko bombowców. Para Loschera nurkowała w
kierunku swojego celu, przez radio kolejni piloci meldowali o
wykonanych atakach, a siedzący za pułkownikiem nawigator starał
naprowadzić go dokładnie na ukrytą w ciemnościach stację
radiową:
-5
stopni w lewo, trzymaj ten kąt schodzenia... 3 tysiące metrów do
ziemi... dobrze, trzymaj ten kurs... 7 sekund do zrzutu, 5,
3...Teraz!
W
słuchawkach rozległ się brzęczek systemu naprowadzania i
kilkanaście bomb swobodnie odpadło spod skrzydeł dwóch samolotów.
Gdy te wyrywały się ku górze na dopalaczach, Benitz jeszcze
meldował, spoglądając na kontrolki w swoim kokpicie:
-Wszystkie
bomby poszły. Nie widzę dokładnie celu, ale jestem w stanie
zauważyć w dole jakiś pożar -Próbował ocenić skuteczność
ataku patrząc w mrok przez podręczną lornetkę. -Nie, jednak nic
nie widzę... Będziemy musieli poczekać na wyniki od wywiadu.
Gdy
Junkersy wznosiły się i zawracały po wykonaniu zadania, w dole
szalało kilka pożarów, a artyleria nadal strzelała na oślep,
tworząc jedynie kosztowne fajerwerki.
Mimo
że rolety w oknach były zasunięte, przez najróżniejsze dziurki i
szpary przebijały się promienie popołudniowego słońca. Trwała
właśnie odprawa, na której w oparciu o dostarczone godzinę
wcześniej zdjęcia omawiano skuteczność nocnych uderzeń:
-Powiem
prosto: spieprzyliście robotę! Jedyny w pełni wyeliminowany cel to
radar w Kigali. -Denerwował się oficer wywiadowczy. -To lecimy
po kolei, slajdy proszę.
Wyświetliło
się pierwsze zdjęcie, przedstawiające stację radiową, atakowaną
przez Loschera:
-Uszkodzona.
Mimo że trafiliście jakimś cudem w maszt, a przy okazji w kilka
okolicznych domów, to po dziesiątej rano wznowiła nadawanie
audycji propagandowych. Drugi maszt radiowy. -Na ekranie ukazał się
kolejny slajd: -Soczyste nic: cały czas są w stanie nadawać. I
robią to. Składy amunicji: kilka budynków trafionych, widać nawet
ślady sporych eksplozji w dwóch przypadkach, ale i tak wokół jest
masa niepotrzebnych kraterów. Pałac Prezydencki: jedno skrzydło
zdemolowane, dodatkowo kilka kraterów w ogrodach. Radar wojskowy na
południe od miasta...
-Nie
pracował, zrzuciliśmy po dwie bomby. -Odezwał się kapitan
Binadamu, który prowadził atak na ten cel.
-I
kompletnie nie trafiliście. Z resztą macie szczęście, bo rano
wykryto tam stanowisko rakiet przeciwlotniczych. Myśliwce okładały
je bombami, jedyną reakcją był podobno ogień karabinowy.
Większość ruandyjskiej armii przed puczem stanowili Tutsi. Po
zamachu stanu wręcz rozpłynęli się po lasach i sawannie. Równie
prawdopodobne że obsługa została zamordowana i nikt nie
wiedział jak obsługiwać ten sprzęt.
-To
był nasz chrzest bojowy. 20 marca 1968. Trzeba zapamiętać tą
datę. Na razie mamy większą skuteczność niż amerykańskie
Thunderchiefy podczas nalotów na Kubę. -odpowiedział Haruda, po
raz kolejny siedzący gdzieś w kącie.
-Świetny
chwyt propagandowy panie pułkowniku. Nie ma porównywać jednego
nalotu z dwumiesięczną kampanią intensywnych bombardowań.
Przy o wiele większym oporze z ziemi. -Ripostował oficer
wywiadowczy
-A
co do planów -Loscher wstał ze swojego krzesła. -Będziemy
kontynuować naloty. Systematycznie, codziennie, przed zmierzchem,
lub o świcie będziemy prowadzić formacje myśliwców z „żelazem”
pod skrzydłami. Zrzut będzie następował z dużej wysokości, na
nasz sygnał. Cele te same co do tej pory: radiostacje, koszary,
składy, stanowiska flaku, rozpoznane miejsca koncentracji i obozy
bojówkarzy. Mamy demonstrować naszą siłę.
-No
dobrze, a można wiedzieć, jak oprócz nalotów na te rakiety,
wygląda ogólna sytuacja? -Zapytał się jeden z lotników.
„Wywiadowczy” wrócił do swojego wykładu:
-Z
tego co mi wiadomo, Grenzschutz
przekroczył granicę już dzisiaj, zajął kilka miejscowości i
skrzyżowań dróg w pobliżu granicy. Pierwsze kolumny rozpoznawcze
najprawdopodobniej już ruszyły znad granicy w kierunku Kigali. Trwa
mobilizacja i przerzut jednostek pierwszoliniowych. I jeszcze jedno:
wasz atak na tyle przestraszył Ruandyjczyków, że jeśli mogą,
stawiają zaporę ogniową przed wszystkim co lata.
-To kiedy kolejny nalot?
-Jutro
rano. Szczegóły później. -Odpowiedział pułkownik.
Przez cały ten czas, oprócz innych celów, mamy kłaść szczególny
nacisk na lotnisko w Kigali. Trzeba będzie obezwładnić tamtejszy
opl, nie niszcząc pasów startowych: wojsko chce wysadzić tam
desant śmigłowcowy.
Kapral, oparty o ścianę
transportera opancerzonego, z lewą ręką na swoim Gewehr 43
z lunetą, oglądał przez lornetkę drobne punkciki na niebie.
-Co to? -Spytał się go
siedzący obok szeregowiec.
-Nic takiego Kafil.
Nasze bombowce chyba okładają Ruandyjczyków.
Kolumna transporterów
opancerzonych i samochodów pancernych jechała przez typowy,
rwandyjski krajobraz. Droga była pokryta rdzawym pyłem, wzdłuż
niej rozciągała się sawanna, upstrzona kępami zarośli, małymi
poletka i rozproszonymi zagrodami. Kafil zadzierał głowę
i próbował zobaczyć coś na niebie, ale kapral klepnął go
po ramieniu i nakazał:
-Lepiej rozglądaj się
dookoła. W każdej z tych kęp albo chat mogą czaić się ci
bojówkarze.
![]() |
-Znowu smród...
Pamiętacie te trupy w tej wiosce, w której dzisiaj nocowaliśmy?
Śmierdziało tak samo. -Odezwał się siedzący na ławce Mwamba,
opierający swojego Panzershrecka o ramię.
-Ten cały cholerny kraj
tak śmierdzi. Przez całą drogę jeden, dwa trupy, cała rodzina...
Chyba jakaś wioska przed nami.
-To patrz, a nie gadaj.
-Uciął rozmowę kapral Galahu. Kolumna właśnie wyjechała
z kolejnej kępy zarośli na skrzyżowanie z inną, mniejszą
drogą. Gdy jadący na czele ośmiokołowy SdKfz 234/1 wjechał na to
skrzyżowanie, rozległ się najpierw głuchy dźwięk wystrzału z
działa bezodrzutowego, a zaraz potem samochód pancerny otoczyła
chmura kurzu i dymu. W odpowiedzi na trafienie, rozległa się
kanonada karabinów maszynowych zamontowanych na transporterach.
Pośród jazgotu MG-42 można było rozróżnić klekotanie lekkiego
działka, takiego jakie było zamontowane na trafionym samochodzie,
który wkrótce wytoczył się zakosami cały czas strzelając i
ciągnąć za sobą to co zostało z przedniego koła: strzęp
gumy, wiszący na pokrzywionej osi. nie zdążył jednak
całkowicie wyjechać z chmury, a zaraz przed oczami całej kolumny
mignął pocisk wystrzelony z bazooki i trafił go w silnik który
natychmiast zaczął płonąć.
-Wysiadać! Wskakujemy!
-Dowódca drużyny najpierw krzyknął do swoich żołnierzy, a potem
klepnął kierowcę po ramieniu. Transporter którym jechali wykręcił
ustawiając się na ukos do drogi. Wszystkie trzy transportery
należące do plutonu piechoty wchodzącego w skład kompanii takimi
samymi, krótkimi zrywami kręciły się, żeby zapewnić osłonę
wyskakującym żołnierzom, a jedna z „Pum”, innej odmiany
trafionego samochodu gnała po nierównym poboczu, starając się
zająć osłonięte stanowisko, z którego mogłaby wspierać
natarcie swoją armatą 50 mm. Druga, która jechała z przodu
kolumny już próbowała przycisnąć obrońców do ziemi strzelając
w kierunku zabudowań, razem z innym SdKfz 234/1, który toczył się
powoli w stronę zniszczonego samochodu, nieustannie prowadząc ogień
ze swojego szybkostrzelnego działka.
![]() |
| SdKfz 234/2 "Puma" |
Piechota musiała
nacierać pod górę cały czas pod ogniem przeciwnika, od zarośli
do zarośli. Podczas gdy jedna z drużyn utknęła pod ogniem w kępie
drzew na prawo od drogi, pozostałe dwie siedziały razem z dowódcą
plutonu w rowie na skraju jednego z poletek, ostrzeliwane przez
znajdujący się zaledwie kilka metrów dalej karabin maszynowy,
ulokowany w jakiejś chacie. Na dodatek nad ich głowami śmigały
po liściach drzew pociski kaemów z kolumny, próbującej uciszyć
wrogi karabin. Sierżant dowodzący drużyną Kafila jedynie lekko
podniósł głowę ponad krawędź rowu i od razu został trafiony w
głowę. Gdy upadł na ziemię, w jego czole ziały dwie krwawe
dziury, a hełm leżał metr dalej, pomiędzy grządkami. Dowódca
plutonu, wciśnięty w dno rowu, gdy skończył kląć na
pancerniaków przez radio żeby karabiny maszynowe przestały
strzelać tuż ponad rowem i w końcu odezwał się moździerz,
krzyknął na kaprala Galahu, który w tym czasie przyczołgał się
do martwego sierżanta:
-My obłożymy tę
świnię granatami, a wy spróbujcie skoczyć do tych dołów przed
nami i stamtąd spróbujcie go zdjąć.
Galahu obrócił się,
cały czas leżąc, w stronę swojej drużyny i wyciągając zza pasa
granat, przekrzykiwał hałas starcia:
-Mwamba i Ahad:
zostajecie, rozwalicie tą budę z granatnika. Reszta za mną! -
Podniósł się na ręce, rzucił granat i wyskoczył z rowu. Kilka
rzuconych przez drugą drużynę granatów najwyraźniej zmusiły
wrogiego strzelca do ukrycia się, zaczął strzelać dopiero gdy
większość drużyny wskoczyła już do dołu za zaroślami. Jednak
nie wszyscy zdążyli to zrobić: ostatni biegnący żołnierz
krzyknął , ścięty z nóg przez serię i wpadł do dołka: dostał
w nogi. Łydka była poszarpana przez pocisk, a przez dziurę w
podeszwie buta na drugiej wylewała się krew z ranionej stopy. Jego
wrzasku nie był w stanie zagłuszyć nawet wybuch pocisku z
Panzershercka, druzgocący chatę w której znajdował się
wrogi karabin.
-Zajmijcie się nim do
cholery! -Krzyczał kapral, strzelając ze swojego karabinu w stronę
szczytu wzgórza, na którym znajdowała się większość zabudowań
miejscowości. Sanitariusz drżącymi rękami rozciął but rannego i
krzyczał jeszcze głośniej od niego na Kafila:
-Zaciśnij mocniej tą
pierdoloną opaskę bo się wykrwawi! -Akurat w tym momencie wpadł
do doła Mwamba ze swoim granatnikiem i nieomal wylądował na
Kafilu. Ten odruchowo poluźnił opaskę uciskową, przez co krew
strzyknęła spod niezałożonego jeszcze opatrunku wprost
na sanitariusza. Wywiązała się nerwowa pyskówka, którą
przerwał kolejny wrzask rannego. Sanitariusz zakładał opatrunki
pokrzykując to Kafila, to na Mwambego, żeby bardziej uważał
co robi.
-Zamknijcie się
wreszcie! -Przerwał im zdenerwowany kapral. -Opatrzyłeś go już?
Sanitariusz akurat
podawał rannemu morfinę i odpowiedział, nadal trzymając w zębach
kawałek papierowego opakowania ampułki: -Na tyle ile mogłem.
-To świetnie. Wy
zanieście go do kolumny -Wskazał na dwóch żołnierzy dotychczas
siedzących w drugim rogu. -A reszta za mną. Stary już przez moment
macha żebyśmy się stąd ruszyli.
Drużyna wybiegła przed
siebie, pokonując pod ogniem z jednej i drugiej strony małe pole,
gdy tuż przed kolejnym płytkim rowem kapral obejrzał się za
siebie i przeraźliwie krzyknął:
-Kryć się! Na ziemię,
natychmiast! -I wręcz zanurkował w kierunku rowu, a za nim, wiele
nie myśląc reszta żołnierzy. Kafil, po wylądowaniu na
zaschniętym błocie podniósł głowę i zobaczył jedynie spód
strzelającego ze wszystkich luf myśliwca. Spod jego skrzydeł
wystrzeliły dwie rakiety które trafiły w barykadę blokującą
dostępu do wsi, a samolot poderwał się w górę ostrym zwrotem,
uchodząc spod niecelnego ognia z broni ręcznej. Myśliwiec był
napędzany silnikiem tłokowym w długim, charakterystycznym nosie i
miał długie, proste skrzydła. Ta-152, konstrukcja pamiętająca
jeszcze Wojnę Światową, którego chwała jako rasowy myśliwiec
ostatni raz błyszczała podczas Chińskiej Wojny Domowej, a teraz,
dozbrojony i opancerzony pełnił w Siłach Powietrznych
Tanganiki rolę samolotu bliskiego wsparcia i kierowania ogniem
artylerii, nadal świetnie się spisując.
-Jakiś pancerniak
musiał wezwać wsparcie z powietrza. Naprzód, póki tym świniom
dzwoni w uszach!
Sąsiednia drużyna już
wykurzała wroga granatami z pierwszych zabudowań, gdy Kafil i
kapral Galahu biegnący na przedzie dopadli do rogu chaty przy
drodze. Pierwszego Rwandyjczyka, ze starym, powtarzalnym
belgijskim karabinem, Kafil powalił natychmiast serią ze swojego
Stg-44. Pod dosłownie sekundzie, nadal stojąc wyprostowany, bez
żadnej osłony zauważył kolejnych, przebiegających, przez drogę,
ale karabin maszynowy z chaty przy przeciwległej drodze, puszczając
niecelną serię zmusił go do ukrycia się za rogiem. Przywarł do
ściany i wskazując kciukiem powiedział kapralowi:
-Granatnik
przeciwpancerny, w budynku po drugiej stronie drogi. Kapral rozejrzał
się i zobaczył Pumę jadącą pod górę, zbliżającą się
do wsi. W tym samym momencie do zbudowań dopadli Mwambe i żołnierz
z erkaemem, targający go przed sobą, przewieszonego w poprzek
na pasie nośnym, dodatkowo obwieszony, taśmami z amunicją
przerzuconymi przez kark.
-To na szybko chłopaki.
Mwambe, załaduj pocisk. We wsi ta droga dochodzi do poprzecznej.
Przy skrzyżowaniu jest chata z dachem z nowej blachy falistej.
Siedzi tam jakiś kaem, więc rąbniesz w niego, a potem Aki ładuje
ile się da. Przyciśnijcie każdego kto wybiegnie na tamto
skrzyżowanie. Już?
-Już.
-To rąb. Kafil,
przygotuj granat.
Mwambe wychylił się i
strzelił: zarówno cel, jak i chata za którą się ukrywali pokryły
kłęby dymu, a Kafil i Galahu skoczyli przed siebie. Kafil kątem
oka dostrzegł błysk i z krzykiem pociągnął kaprala na ziemię,
na środku drogi. Pocisk z bazooki wycelowany w samochód pancerny
przeleciał metr, lub dwa przed nimi, ale na szczęście był
niecelny. Kapral wyciągnął zawleczkę z trzymanego w dłoni
granatu i rzucił do w okno z którego padł strzał. Za nimi rozległ
się przeciągły, zlewający się w jeden odgłos, klekot MG-42
siejącego ogniem po chatach. Po wybuchu granatu Kafil doskoczył do
otwartego wejścia do chaty i nawet nie zaglądając, przeciągnął
serią po pomieszczeniu. Gdy wpadł do środka, leżały tam dwa
trupy.
Przebicie się piechoty
do głównych zabudowań miejscowości przeważyło szalę. Już
nawet nie drużyny, ale poszczególne sekcje, po trzech,
czerech, pięciu ludzi oczyszczało kolejne domostwa i zmuszało
obrońców do ucieczki. Pierwsze samochody pancerne i transportery
wjechały pomiędzy domy, wspierając natarcie z bliska swoimi
karabinami maszynowymi. Po wyeliminowaniu obsługi bazooki
kapral Galahu i jego ludzie posuwali się wzdłuż zabudowań.
Osłaniała ich „251-ka”, strzelająca jak szalona do kilku
sylwetek uciekających w stronę lasu. Kapral przyklęknął, złożył
się do strzału, i zastrzelił najpierw jednego, a potem ranił
drugiego partyzanta, na których krewki strzelec kaemu zmarnował
tyle amunicji. nie zdążył jednak wstać, gdy z którejś ze stron
padła seria, łupiąca dziury w desce tuż obok głowy Mwambego.
Wszyscy padli na ziemię, nie wiedząc co się dzieje. Spojrzał za
siebie:
-Mwambe, nic ci nie
jest?
-Nic... Dzięki Bogu.
Kto to, skąd to strzela?
Strzelec karabinu
maszynowego puścił krótką serię w miejsce skąd mogły paść
strzały. Zaraz potem, zza kawałka blachy falistej służącego
chyba jako ogrodzenie, a którego bok postrzępił ten strzelec
rozległ się zdenerwowany krzyk... W suahili!
-Nie strzelaj do jasnej
cholery, swoi! Swoi k**wa, trzecia drużyna!
-To ty lepiej uważaj na
swoją cholerną przyszłość, bo omal nie zabiłeś mojego
żołnierza z granatnikiem. Wyłaź! A ty cholerny cynglu lepiej
się uspokój. Jasne? -Klął najpierw na ukrytych za blachą, a
potem na strzelca kaemu kapral. Zza blachy zaraz pokazało się kilku
przestraszonych żołnierzy w charakterystycznych hełmach i
mundurach pokrytych kamuflażem.
-Zostawiam wam
sprawdzenie tych bud. Kafil, Aki, za mną, na skraj wsi. Mwambe,
zostajesz tutaj. A wy przesuńcie się trochę do tamtej przerwy żeby
nas osłaniać. -Krzyknął do załogi transportera.
Poletka i ogródki na
tyłach zabudowań były już puste, wszyscy partyzanci, którzy
mogli, uciekli do lasu, którego skraj rozpościerał się za
tymi uprawami. Najwidoczniej uciekali tak daleko jak się dało, bo z
lasu już nie strzelano w stronę wsi. Za jednym z płotków, wzdłuż
którego rósł szpaler młodych bananowców i sorgo, Kafil zobaczył
niewyobrażalny widok: na tym małym, osłoniętym ze wszystkich
stron poletku, leżał stos co najmniej kilkudziesięciu ciał: wiele
z nich miało urąbane kończyny, a nawet głowy, które leżały na
tym samym stosie.
-Pa... Panie kapralu!...
-Krzyknął i ukląkł na jedno kolano
-Co jest? -Kapral z
impetem wybiegł z pomiędzy bananowców i też zaniemówił dopiero
po chwili powiedział cicho:
-To dla tego nigdzie nie
było cywili. Tamci... Tamci zrobili tu sobie z nich śmietnisko.
Biegnij do dowódcy, natychmiast.
Kafil zerwał się i
pobiegł przez wieś ile miał sił w nogach. Pojazdy właśnie
ustawiały się z powrotem w kolumnie na drodze, a część
żołnierzy już kręciła się po domach w poszukiwaniu jakiegoś
dodatkowego jedzenia, czy innych „pamiątek”. Kapitan dowodzący
kompanią rozpoznawczą stał akurat przy jednym transporterze i
rozmawiał z dwoma porucznikami o stratach:
-No trudno... Odezwało
się dowództwo pułku. Możliwe że dadzą nam czołgi, jakiś
piechurów i pojedziemy bezpośrednio na stolicę... -Kafil przerwał
mu w tym momencie, meldując:
-Panie kapitanie,
szeregowy Kade melduje że z kapralem Galahu znaleźliśmy ciała...
Dużo ciał, cywile... Musi pan to zobaczyć...
-Ciała, jakie ciała?
Prowadź do cholery.
Szeregowiec, prowadzący
biegiem dwóch oficerów, w tym dowódcę całego oddziału musiał
wzbudzić ciekawość, więc zaraz za nimi na poletku pojawiła się
grupka żołnierzy z różnych drużyn.
kapitan gdy zobaczył
ciała zamknął oczy, zasłonił nos i machnął ręką, żeby
wszyscy poszli za nim. Przy najbliższej chacie, gdzie trupi smród
był już słabszy, kapitan powiedział do zgromadzonych wokół
niego żołnierzy, z martwym, pozbawionym emocji wyrazem twarzy:
-Wygląda na to, że ta
wioska była zamieszkana w sporej części przez Tutsi. Do dowództwa
docierały informacje że puczyści, marksiści z plemienia Hutu mogą
mordować swoich przeciwników politycznych i jednocześnie całe ich
plemię: Tutsi. To jeden z powodów, czemu wkroczyliśmy w ogóle do
Rwandy. Do tej pory po drodze widzieliśmy jedynie pojedyncze trupy,
czasem kilka... Ale nie całą wioskę... Trzeba będzie spalić te
ciała. Ale najpierw trzeba dokładnie sprawdzić wieś i okolicę,
czy nie ma ich więcej. Mamy na to czas do przybycia posiłków.
Poruczniku, proszę założyć nowy film w swoim aparacie i wszystko
sfotografować. Musimy mieć dowody na to ludobójstwo. Zarządzam
zbiórkę kompanii na skrzyżowaniu. To do roboty, jazda, to rozkaz!
Część druga... Kiedyś, za jakiś czas.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz