Więcej o moich kamuflażach / More about my camo patterns:
http://jeremak.blogspot.com/2014/10/more-camo.html

środa, 5 grudnia 2012

Operacja "Jezioro Kiwu" cz.1

Wyciągnięty "z głebi ziemi, z krain mrocznych" tekst mojego starego opowiadania, okraszony kilkoma ilustracjami w celu wypełniacza treści i mobilizacji samego siebie. Na razie nie będę wyjaśniał tła itp. Zobaczymy czy tekst jest na tyle przejrzysty że nie trzeba siedzieć nad czytelnikiem i opowiadać mu całego tła. I uwaga: opowiadanie jest z gatunku "historii alternatywnej", więc niektóre sytuacje mogą być nieco dziwne na pierwszy rzut oka.

Dwa wielkie, długie na ponad 30 metrów odrzutowce podchodziły do lądowania na lotnisku w Dodomie. Mimo swoich rozmiarów miały kształty myśliwców: wrzecionowate kadłuby z zaokrąglonymi wlotami powietrza po bokach, z jednej strony zakończone ostrymi nosami kryjącymi radar, a z drugiej każdy z nich miał po dwie dysze silników. Skośne skrzydła, oraz kadłub pokryte były farbą w kolorze piasku i ciemnozielonymi cętkami. Gdy siadały na pasie z lekko zadartymi nosami, można było zauważyć błękitne powierzchnie dolne. Ju-228 były jednym z głównych nosicieli broni atomowej Cesarstwa Niemiec, ale te maszyny nie miały na skrzydłach czarnych krzyży, a zielono-czarne romby lotnictwa wojskowego Tanganiki, byłej niemieckiej kolonii. Samoloty wyhamowały na pasie za pomocą spadochronów, a następnie podkołowały do obwałowanych stanowisk postojowych. Natychmiast po wyłączeniu silników pojawił się wokół bombowców personel naziemny. Wychodzący ze swojej kabiny na podstawioną drabinkę pilot jednego z nich, europejczyk, krzyknął do czarnoskórej załogi drugiego Junkersa:
-Świetny lot panowie, gratuluję celności.
Gdy zszedł na ziemię, zza jednego z budynków bazy wyłonił się jadący bardzo szybko samochód terenowy. Zahamował przed stojankami z piskiem opon, a sierżant który nim kierował wymachiwał nad głową kartką papieru w kierunku białego pilota:
-Panie pułkowniku, panie pułkowniku! Depesza z Dar-es-Salaam, bardzo pilna!
-Dawaj ją. -Pułkownik rzucił okiem na kartkę, wsadził do kieszeni kombinezonu i siadając do samochodu nakazał sierżantowi:
-Jedziemy do biura, natychmiast. -Sierżant gwałtownie ruszył, pozostawiając za sobą zdezorientowanych pozostałych lotników. Nawigator latający z pułkownikiem, również biały, zapytał się stojących obok niego członków załogi drugiego bombowca:
-To co panowie, do kantyny? Bo może się okazać że w najbliższym czasie nie będzie zbyt dużo czasu na odpoczynek.
-Jeśli pan major proponuje... -Odpowiedział czarnoskóry pilot.
W kantynie z przyciszonego radia sączył się amerykański rock 'and roll, a oficerowie siedzieli przy okrągłych stolikach, albo jedząc spóźnione śniadanie, albo rozmawiali popijając coś ze szklanek i kubków. Ponieważ cały czas znajdowali się na terenie bazy wojskowej, na alkohol nie było co liczyć. Piwo: czasami, wieczorem, po zakończeniu lotów. Pozostawała jedynie zimna herbata i napoje gazowane, nazywane zgodnie przez personel „erzatz-drink”: napój zastępczy.
Nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich Pułkownik Loscher, prosto z biura, nadal w kombinezonie lotniczym i krzyknął:
-Słuchacie radia, wiecie co się dzieje?
-Nie panie pułkowniku, radio gra i tyle... -Odpowiedział mu podoficer obsługujący bar.
-Natychmiast znajdź jakiś serwis informacyjny. Uwaga wszyscy! Mamy sytuację alarmową, w Ruandzie nastąpił wczoraj zamach stanu. Sytuacja jest podobno tragiczna, bardzo możliwe że będziemy musieli interweniować. -Wszyscy podnieśli się na swoich krzesłach, zdziwieni informacją. Zanim zdołali zadać pytania, podoficer pogłośnił radio i wszyscy zaczęli słuchać serwisu informacyjnego Radia Dar-es-Salaam:
...Ruandyjski Komitet Rewolucyjny składa się w większości z przedstawicieli ludu Hutu. Rządowa rozgłośnia radiowa nadaje cały czas audycję nawołujące do rozprawienia się z „ciemiężycielami i wyzyskiwaczami” Tutsi. Nasz korespondent donosi że na ulicach widać jedynie grupki bojowników, uzbrojonych w radzieckie karabiny i maczety. Cały czas nie znamy stanowiska naszego rządu. Na przejściach granicznych pojawiają się grupy uchodźców, donoszących o morderstwach i grabieżach. Będziemy informować państwa o sytuacji na bieżąco...
-Czyli że co? -Zapytał jeden z oficerów kontroli naziemnej.
-To, że wg. tego co powiedzieli mi przez telefon, w Ruandzie władzę przejęli marksiści. A na dodatek prawdopodobnie zaczęli czystki etniczne. jeśli sytuacja się potwierdzi, rozpoczniemy uderzenia na cele strategiczne w Ruandzie. A jeśli walki, lub czystki będą trwał, albo co gorsza się rozszerzą, wkroczą siły lądowe.
-Wojna?
-Interwencja zbrojna.
-Nasi mali sąsiedzi wracają do macierzy? -Odezwał się ktoś z sali.
-Daj spokój. Rwanda i Burundi został przejęte przez Belgię jako reparacje po Pierwszej Wojnie Światowej. To było dawno, wydaje mi się że nikt nie zamierza włączać tych francuskojęzycznych kraików do Tanganiki. I jeszcze jedno. Albert?
-Tak? -Odpowiedział mu czarnoskóry oficer z odznaką pilota i pagonami podpułkownika, siedzący przy stoliku w kącie.
-Nie uwierzysz, ale niestety nie będziesz dowodził. Szef misji wojskowej wydał wyraźny rozkaz, że cały czas pozostaję na pozycji dowódcy, nawet w trakcie walk, mimo że Niemcy nie mają w tym konflikcie nic do rzeczy.
-Oczywiście. Jak sformowali Grupę było powiedziane że to ty ją formujesz, szkolisz i dowodzisz nią przez półtora roku. Zostały ci jeszcze trzy miesiące, prawda? Dzięki Bogu, że osiągnęliśmy jakąkolwiek gotowość bojową. -Odpowiedział podpułkownik Albert Haruda, obecny zastępca, a w przyszłości, po wykonaniu zadania przez niemiecką misję szkoleniową, którą kierował Loscher: dowódca 2 Bomben Gruppe
-No to do roboty. Za pół godziny samoloty mają być gotowe to startu na dowolną misję w ciągu 5 minut. Zrozumiano?
Bombowce Ju-228 lotnictwa wojskowego Tanganiki z rakietami przeciwradarowymi pod skrzydłami. Widoczny charakterystyczny kamuflaż. A w rzeczywistości: radzieckie myśliwce dalekiego zasięgu Tu-128 potraktowane programem graficznym

Samoloty były rozstawione na stanowiskach, wokół nich czekała obsługa, gotowa w każdej chwili je uruchomić i podwiesić uzbrojenie. To było trzymane nadal w bunkrach, ze względów bezpieczeństwa. Ale żeby nie tracić czasu było już poukładane na wózkach, na których miało być przewiezione do samolotów: oddzielnie przyczepki z bombami, oddzielnie rakiety. W innej części lotniska stały podobne przyczepki z dodatkowymi zbiornikami paliwa i cysterny. Zapadał akurat zmrok: zachód słońca, jak to na równiku był szybki i spektakularny. Czerwone słońce potrzebowało jeszcze kilku minut, żeby kompletnie schować się za horyzontem. Właśnie w tym momencie rozległo się z głośników:
-Achtung, Achtung! Załogi mają natychmiast stawić się do sali odpraw. Dowódcy zespołów obsługi: zbiórka przed budynkiem kwatermistrzostwa. -Prawie natychmiast, gdy powtarzano komunikat, z różnych miejsc zaczęli wybiegać wezwani na zbiórkę. Niektórzy gnali na rowerach, a z kilku miejsc wyjechały samochody.
Gdy załogi samolotów zajęły już miejsca, pułkownik Loscher odsłonił tablicę, na której wisiała duża mapa wschodniej Afryki, z zaznaczonymi liniami, biegnącymi z Dodomy nad Ruandę, oraz tabelę z numerami samolotów, nazwiskami załóg i kodami komunikacji radiowej. Wziął do ręki wskaźnik i powiedział:
-Ponieważ nie mamy czasu, będę się streszczał. Widzieliście pewnie ten śmigłowiec, który wylądowała u nas godzinę temu? przywiózł rozkazy i materiały bezpośrednio ze stolicy. To po kolei, będę czytał nazwiska pilotów i kody. „Schwarze jeden” i „ Schwarze dwa”: Ja i Haube. mamy najgorsze zadanie: zbombardujemy główną stację radiową, w samym środku Kigali. Łap -Rzucił do swojego skrzydłowego kopertę z szarego papieru. -Są tam dodatkowe mapy i zdjęcia lotnicze. Czarni trzy i cztery: Rottenhoff i Kalagho, oraz Piątka i Szóstka: Kimei i Mrema. Odpowiednio: maszt radiowy na północy kraju i Pałac prezydencki. Nasz wywiad podejrzewa że tam znajduje się siedziba puczystów. -Rzucał kolejne koperty w stronę wyznaczonych lotników. Czarni siedem i osiem: startujecie jako pierwsi. Masz Asani. Ty załatwiasz rakietami radar na lotnisku w Kigali, a Binadamu radar wojskowy na południe od miasta. Dziewiątka i Dziesiątka: będzie pełnić rolę tankowców: bierzecie pod skrzydła dodatkowe zbiorniki, a pod kadłub zasobnik z wężem. Przy okazji będziecie pilnować swoimi radarami przestrzeni powietrznej nad Ruandą. Towarzyszyć wam będą dwa klucze Heinkli z Mwanza. Więc jak by ktoś potrzebował wsparcia myśliwców: krzyczeć do dziewiątki.
-Coś jeszcze? -Odezwał się ktoś z sali.
-Tak. Haruda, razem z Rosenem poprowadzą eskadrę czerwoną. Przed świtem zaatakujecie ruandyjskie składy wojskowe i kilka budynków rządowych. Jasne Albert?
-Oczywiście. Zapowiada się ciekawy chrzest bojowy. -Odpowiedział podpułkownik siedzący na krześle pod ścianą.
-W rzeczy samej. Proszę was, nie spieprzcie tego. Atakujemy w nocy, stacje V-Gerät będą was naprowadzać na cel, ale nie kierujcie się tylko wg. radionawigacji, pilnujcie też innych rzeczy. Dobrze?
-Tak jest! -Odpowiedziały chórem załogi.
-To macie dziesięć minut na zapoznanie się z materiałami. Potem następne pięć na przygotowanie maszyn do startu. Do roboty.
Gdy załogi wyszły na płytę lotniska, już jakiegoś czasu przy samolotach uwijała się obsługa naziemna. Uzbrojenie było podwieszone, kończono napełnianie zbiorników paliwa. Stanowiska postojowe były rozświetlone, na dodatek właśnie zapalane były światła pasa startowego. Piloci najpierw dokonywali obchodu swoich maszyn, sprawdzając czy nie ma widocznych usterek, a potem zajmowali miejsca przed nawigatorami i uruchamiali kolejne systemy. Obsada wieży kontrolnej obserwowała wszytko przez lornetki. Na lotnisku zaczęły się rozlegać najpierw przeciągłe gwizdy, zaraz potem przechodzące w huk: uruchamiano silniki. Pierwsza para połączyła się z wieżą:
-Czarna siódemka gotowa do kołowania na pas.
-Czarna ósemka gotowa do kołowania na pas.
-Czarna siódemka zezwalam. Ósemka: czekaj. -Kontrola ruchu starała się pilnować regulaminowych odstępów, jednocześnie próbując jak najszybciej wysłać w powietrze wszystkie samoloty. -Ósemka, możesz kołować za siódemką, meldujcie po dojechaniu do pasa.
Pierwsze dwa bombowce wykołowały ze swoich stanowisk i potoczyły się na pas, na którym ustawiły się obok siebie.
-Czarna siódemka masz zgodę na start. -W dyszach samolotu pojawiły się najpierw żółtawe, krótkie płomienie, które mimo to były doskonale widoczne z powodu ciemności, a potem wydłużyły się i zmieniły barwę na niebieską. Junkers ruszył po pasie, ale oprócz płomieni wylotowych włączonego dopalacza widać było jedynie jego światła pozycyjne i snop z reflektora na goleniu podwozia.
-Czarna ósemka: ruszaj. -drugi wystartował tak samo. Wkrótce potem w powietrzu było widać jedynie podwójne ogniki dysz silnika obu samolotów. Ale na pasie już czekały kolejne. Para za parą samoloty startowały i znikały w ciemnościach, w których zmierzały po zaplanowanych trasach w stronę Ruandy. W locie, od razu można było rozpoznać granicę: Tanganikę pokrywały świetliste punkciki wsi i miasteczek, można było też zauważyć światła długich kolumn wojskowych na drogach biegnących ku granicy. Zaś Ruanda była całkowicie czarna: wydawało się że nie ma tam żadnego źródła światła.
-Minęliśmy punkt 5, zaczynamy? -Odezwał się z tylnego siedzenia nawigator Loschera, major Benitz
-Ok. Najwyższa pora. Uwaga, Tu czarna jedynka, para pierwsza, zwrot bojowy, zrzucasz bomby na mój sygnał.
-Witamine, zaczynam zejście nad cel. -Odpowiedział przez radio skrzydłowy.
Samoloty skręciły, i pochylając się weszły w płytkie nurkowanie. W radio słychać było komunikację innych załóg:
-Tu Czarna siódemka, zaczynam atak! -Zaraz potem w dole, przed pierwszą parą, lecącą daleko z przodu można było zauważyć najpierw jakby płomyk przebiegający po krzywej, a potem dwie eksplozje i płomienie dopalaczy samolotu odchodzącego znad celu: radar na lotnisku w Kigali został zniszczony. Ziemia się obudziła: z kilku miejsc w rejonie lotniska i w mieście zaczęła strzelać artyleria przeciwlotnicza. Jednak szybkostrzelne działka małego kalibru, na dodatek strzelające praktycznie na ślepo nie były w stanie skrzywdzić lecących wysoko bombowców. Para Loschera nurkowała w kierunku swojego celu, przez radio kolejni piloci meldowali o wykonanych atakach, a siedzący za pułkownikiem nawigator starał naprowadzić go dokładnie na ukrytą w ciemnościach stację radiową:
-5 stopni w lewo, trzymaj ten kąt schodzenia... 3 tysiące metrów do ziemi... dobrze, trzymaj ten kurs... 7 sekund do zrzutu, 5, 3...Teraz!
W słuchawkach rozległ się brzęczek systemu naprowadzania i kilkanaście bomb swobodnie odpadło spod skrzydeł dwóch samolotów. Gdy te wyrywały się ku górze na dopalaczach, Benitz jeszcze meldował, spoglądając na kontrolki w swoim kokpicie:
-Wszystkie bomby poszły. Nie widzę dokładnie celu, ale jestem w stanie zauważyć w dole jakiś pożar -Próbował ocenić skuteczność ataku patrząc w mrok przez podręczną lornetkę. -Nie, jednak nic nie widzę... Będziemy musieli poczekać na wyniki od wywiadu.
Gdy Junkersy wznosiły się i zawracały po wykonaniu zadania, w dole szalało kilka pożarów, a artyleria nadal strzelała na oślep, tworząc jedynie kosztowne fajerwerki.

Mimo że rolety w oknach były zasunięte, przez najróżniejsze dziurki i szpary przebijały się promienie popołudniowego słońca. Trwała właśnie odprawa, na której w oparciu o dostarczone godzinę wcześniej zdjęcia omawiano skuteczność nocnych uderzeń:
-Powiem prosto: spieprzyliście robotę! Jedyny w pełni wyeliminowany cel to radar w Kigali. -Denerwował się oficer wywiadowczy. -To lecimy po kolei, slajdy proszę.
Wyświetliło się pierwsze zdjęcie, przedstawiające stację radiową, atakowaną przez Loschera:
-Uszkodzona. Mimo że trafiliście jakimś cudem w maszt, a przy okazji w kilka okolicznych domów, to po dziesiątej rano wznowiła nadawanie audycji propagandowych. Drugi maszt radiowy. -Na ekranie ukazał się kolejny slajd: -Soczyste nic: cały czas są w stanie nadawać. I robią to. Składy amunicji: kilka budynków trafionych, widać nawet ślady sporych eksplozji w dwóch przypadkach, ale i tak wokół jest masa niepotrzebnych kraterów. Pałac Prezydencki: jedno skrzydło zdemolowane, dodatkowo kilka kraterów w ogrodach. Radar wojskowy na południe od miasta...
-Nie pracował, zrzuciliśmy po dwie bomby. -Odezwał się kapitan Binadamu, który prowadził atak na ten cel.
-I kompletnie nie trafiliście. Z resztą macie szczęście, bo rano wykryto tam stanowisko rakiet przeciwlotniczych. Myśliwce okładały je bombami, jedyną reakcją był podobno ogień karabinowy. Większość ruandyjskiej armii przed puczem stanowili Tutsi. Po zamachu stanu wręcz rozpłynęli się po lasach i sawannie. Równie prawdopodobne że obsługa została zamordowana i nikt nie wiedział jak obsługiwać ten sprzęt.
-To był nasz chrzest bojowy. 20 marca 1968. Trzeba zapamiętać tą datę. Na razie mamy większą skuteczność niż amerykańskie Thunderchiefy podczas nalotów na Kubę. -odpowiedział Haruda, po raz kolejny siedzący gdzieś w kącie.
-Świetny chwyt propagandowy panie pułkowniku. Nie ma porównywać jednego nalotu z dwumiesięczną kampanią intensywnych bombardowań. Przy o wiele większym oporze z ziemi. -Ripostował oficer wywiadowczy
-A co do planów -Loscher wstał ze swojego krzesła. -Będziemy kontynuować naloty. Systematycznie, codziennie, przed zmierzchem, lub o świcie będziemy prowadzić formacje myśliwców z „żelazem” pod skrzydłami. Zrzut będzie następował z dużej wysokości, na nasz sygnał. Cele te same co do tej pory: radiostacje, koszary, składy, stanowiska flaku, rozpoznane miejsca koncentracji i obozy bojówkarzy. Mamy demonstrować naszą siłę.
-No dobrze, a można wiedzieć, jak oprócz nalotów na te rakiety, wygląda ogólna sytuacja? -Zapytał się jeden z lotników. „Wywiadowczy” wrócił do swojego wykładu:
-Z tego co mi wiadomo, Grenzschutz przekroczył granicę już dzisiaj, zajął kilka miejscowości i skrzyżowań dróg w pobliżu granicy. Pierwsze kolumny rozpoznawcze najprawdopodobniej już ruszyły znad granicy w kierunku Kigali. Trwa mobilizacja i przerzut jednostek pierwszoliniowych. I jeszcze jedno: wasz atak na tyle przestraszył Ruandyjczyków, że jeśli mogą, stawiają zaporę ogniową przed wszystkim co lata.
-To kiedy kolejny nalot?
-Jutro rano. Szczegóły później. -Odpowiedział pułkownik. Przez cały ten czas, oprócz innych celów, mamy kłaść szczególny nacisk na lotnisko w Kigali. Trzeba będzie obezwładnić tamtejszy opl, nie niszcząc pasów startowych: wojsko chce wysadzić tam desant śmigłowcowy.

Kapral, oparty o ścianę transportera opancerzonego, z lewą ręką na swoim Gewehr 43 z lunetą, oglądał przez lornetkę drobne punkciki na niebie.
-Co to? -Spytał się go siedzący obok szeregowiec.
-Nic takiego Kafil. Nasze bombowce chyba okładają Ruandyjczyków.
Kolumna transporterów opancerzonych i samochodów pancernych jechała przez typowy, rwandyjski krajobraz. Droga była pokryta rdzawym pyłem, wzdłuż niej rozciągała się sawanna, upstrzona kępami zarośli, małymi poletka i rozproszonymi zagrodami. Kafil zadzierał głowę i próbował zobaczyć coś na niebie, ale kapral klepnął go po ramieniu i nakazał:
-Lepiej rozglądaj się dookoła. W każdej z tych kęp albo chat mogą czaić się ci bojówkarze.

-Znowu smród... Pamiętacie te trupy w tej wiosce, w której dzisiaj nocowaliśmy? Śmierdziało tak samo. -Odezwał się siedzący na ławce Mwamba, opierający swojego Panzershrecka o ramię.
-Ten cały cholerny kraj tak śmierdzi. Przez całą drogę jeden, dwa trupy, cała rodzina... Chyba jakaś wioska przed nami.
-To patrz, a nie gadaj. -Uciął rozmowę kapral Galahu. Kolumna właśnie wyjechała z kolejnej kępy zarośli na skrzyżowanie z inną, mniejszą drogą. Gdy jadący na czele ośmiokołowy SdKfz 234/1 wjechał na to skrzyżowanie, rozległ się najpierw głuchy dźwięk wystrzału z działa bezodrzutowego, a zaraz potem samochód pancerny otoczyła chmura kurzu i dymu. W odpowiedzi na trafienie, rozległa się kanonada karabinów maszynowych zamontowanych na transporterach. Pośród jazgotu MG-42 można było rozróżnić klekotanie lekkiego działka, takiego jakie było zamontowane na trafionym samochodzie, który wkrótce wytoczył się zakosami cały czas strzelając i ciągnąć za sobą to co zostało z przedniego koła: strzęp gumy, wiszący na pokrzywionej osi. nie zdążył jednak całkowicie wyjechać z chmury, a zaraz przed oczami całej kolumny mignął pocisk wystrzelony z bazooki i trafił go w silnik który natychmiast zaczął płonąć.
-Wysiadać! Wskakujemy! -Dowódca drużyny najpierw krzyknął do swoich żołnierzy, a potem klepnął kierowcę po ramieniu. Transporter którym jechali wykręcił ustawiając się na ukos do drogi. Wszystkie trzy transportery należące do plutonu piechoty wchodzącego w skład kompanii takimi samymi, krótkimi zrywami kręciły się, żeby zapewnić osłonę wyskakującym żołnierzom, a jedna z „Pum”, innej odmiany trafionego samochodu gnała po nierównym poboczu, starając się zająć osłonięte stanowisko, z którego mogłaby wspierać natarcie swoją armatą 50 mm. Druga, która jechała z przodu kolumny już próbowała przycisnąć obrońców do ziemi strzelając w kierunku zabudowań, razem z innym SdKfz 234/1, który toczył się powoli w stronę zniszczonego samochodu, nieustannie prowadząc ogień ze swojego szybkostrzelnego działka.
SdKfz 234/2 "Puma"
Piechota musiała nacierać pod górę cały czas pod ogniem przeciwnika, od zarośli do zarośli. Podczas gdy jedna z drużyn utknęła pod ogniem w kępie drzew na prawo od drogi, pozostałe dwie siedziały razem z dowódcą plutonu w rowie na skraju jednego z poletek, ostrzeliwane przez znajdujący się zaledwie kilka metrów dalej karabin maszynowy, ulokowany w jakiejś chacie. Na dodatek nad ich głowami śmigały po liściach drzew pociski kaemów z kolumny, próbującej uciszyć wrogi karabin. Sierżant dowodzący drużyną Kafila jedynie lekko podniósł głowę ponad krawędź rowu i od razu został trafiony w głowę. Gdy upadł na ziemię, w jego czole ziały dwie krwawe dziury, a hełm leżał metr dalej, pomiędzy grządkami. Dowódca plutonu, wciśnięty w dno rowu, gdy skończył kląć na pancerniaków przez radio żeby karabiny maszynowe przestały strzelać tuż ponad rowem i w końcu odezwał się moździerz, krzyknął na kaprala Galahu, który w tym czasie przyczołgał się do martwego sierżanta:
-My obłożymy tę świnię granatami, a wy spróbujcie skoczyć do tych dołów przed nami i stamtąd spróbujcie go zdjąć.
Galahu obrócił się, cały czas leżąc, w stronę swojej drużyny i wyciągając zza pasa granat, przekrzykiwał hałas starcia:
-Mwamba i Ahad: zostajecie, rozwalicie tą budę z granatnika. Reszta za mną! - Podniósł się na ręce, rzucił granat i wyskoczył z rowu. Kilka rzuconych przez drugą drużynę granatów najwyraźniej zmusiły wrogiego strzelca do ukrycia się, zaczął strzelać dopiero gdy większość drużyny wskoczyła już do dołu za zaroślami. Jednak nie wszyscy zdążyli to zrobić: ostatni biegnący żołnierz krzyknął , ścięty z nóg przez serię i wpadł do dołka: dostał w nogi. Łydka była poszarpana przez pocisk, a przez dziurę w podeszwie buta na drugiej wylewała się krew z ranionej stopy. Jego wrzasku nie był w stanie zagłuszyć nawet wybuch pocisku z Panzershercka, druzgocący chatę w której znajdował się wrogi karabin.
-Zajmijcie się nim do cholery! -Krzyczał kapral, strzelając ze swojego karabinu w stronę szczytu wzgórza, na którym znajdowała się większość zabudowań miejscowości. Sanitariusz drżącymi rękami rozciął but rannego i krzyczał jeszcze głośniej od niego na Kafila:
-Zaciśnij mocniej tą pierdoloną opaskę bo się wykrwawi! -Akurat w tym momencie wpadł do doła Mwamba ze swoim granatnikiem i nieomal wylądował na Kafilu. Ten odruchowo poluźnił opaskę uciskową, przez co krew strzyknęła spod niezałożonego jeszcze opatrunku wprost na sanitariusza. Wywiązała się nerwowa pyskówka, którą przerwał kolejny wrzask rannego. Sanitariusz zakładał opatrunki pokrzykując to Kafila, to na Mwambego, żeby bardziej uważał co robi.
-Zamknijcie się wreszcie! -Przerwał im zdenerwowany kapral. -Opatrzyłeś go już?
Sanitariusz akurat podawał rannemu morfinę i odpowiedział, nadal trzymając w zębach kawałek papierowego opakowania ampułki: -Na tyle ile mogłem.
-To świetnie. Wy zanieście go do kolumny -Wskazał na dwóch żołnierzy dotychczas siedzących w drugim rogu. -A reszta za mną. Stary już przez moment macha żebyśmy się stąd ruszyli.
Drużyna wybiegła przed siebie, pokonując pod ogniem z jednej i drugiej strony małe pole, gdy tuż przed kolejnym płytkim rowem kapral obejrzał się za siebie i przeraźliwie krzyknął:
-Kryć się! Na ziemię, natychmiast! -I wręcz zanurkował w kierunku rowu, a za nim, wiele nie myśląc reszta żołnierzy. Kafil, po wylądowaniu na zaschniętym błocie podniósł głowę i zobaczył jedynie spód strzelającego ze wszystkich luf myśliwca. Spod jego skrzydeł wystrzeliły dwie rakiety które trafiły w barykadę blokującą dostępu do wsi, a samolot poderwał się w górę ostrym zwrotem, uchodząc spod niecelnego ognia z broni ręcznej. Myśliwiec był napędzany silnikiem tłokowym w długim, charakterystycznym nosie i miał długie, proste skrzydła. Ta-152, konstrukcja pamiętająca jeszcze Wojnę Światową, którego chwała jako rasowy myśliwiec ostatni raz błyszczała podczas Chińskiej Wojny Domowej, a teraz, dozbrojony i opancerzony pełnił w Siłach Powietrznych Tanganiki rolę samolotu bliskiego wsparcia i kierowania ogniem artylerii, nadal świetnie się spisując.
-Jakiś pancerniak musiał wezwać wsparcie z powietrza. Naprzód, póki tym świniom dzwoni w uszach!
Sąsiednia drużyna już wykurzała wroga granatami z pierwszych zabudowań, gdy Kafil i kapral Galahu biegnący na przedzie dopadli do rogu chaty przy drodze. Pierwszego Rwandyjczyka, ze starym, powtarzalnym belgijskim karabinem, Kafil powalił natychmiast serią ze swojego Stg-44. Pod dosłownie sekundzie, nadal stojąc wyprostowany, bez żadnej osłony zauważył kolejnych, przebiegających, przez drogę, ale karabin maszynowy z chaty przy przeciwległej drodze, puszczając niecelną serię zmusił go do ukrycia się za rogiem. Przywarł do ściany i wskazując kciukiem powiedział kapralowi:
-Granatnik przeciwpancerny, w budynku po drugiej stronie drogi. Kapral rozejrzał się i zobaczył Pumę jadącą pod górę, zbliżającą się do wsi. W tym samym momencie do zbudowań dopadli Mwambe i żołnierz z erkaemem, targający go przed sobą, przewieszonego w poprzek na pasie nośnym, dodatkowo obwieszony, taśmami z amunicją przerzuconymi przez kark.
-To na szybko chłopaki. Mwambe, załaduj pocisk. We wsi ta droga dochodzi do poprzecznej. Przy skrzyżowaniu jest chata z dachem z nowej blachy falistej. Siedzi tam jakiś kaem, więc rąbniesz w niego, a potem Aki ładuje ile się da. Przyciśnijcie każdego kto wybiegnie na tamto skrzyżowanie. Już?
-Już.
-To rąb. Kafil, przygotuj granat.
Mwambe wychylił się i strzelił: zarówno cel, jak i chata za którą się ukrywali pokryły kłęby dymu, a Kafil i Galahu skoczyli przed siebie. Kafil kątem oka dostrzegł błysk i z krzykiem pociągnął kaprala na ziemię, na środku drogi. Pocisk z bazooki wycelowany w samochód pancerny przeleciał metr, lub dwa przed nimi, ale na szczęście był niecelny. Kapral wyciągnął zawleczkę z trzymanego w dłoni granatu i rzucił do w okno z którego padł strzał. Za nimi rozległ się przeciągły, zlewający się w jeden odgłos, klekot MG-42 siejącego ogniem po chatach. Po wybuchu granatu Kafil doskoczył do otwartego wejścia do chaty i nawet nie zaglądając, przeciągnął serią po pomieszczeniu. Gdy wpadł do środka, leżały tam dwa trupy.
Przebicie się piechoty do głównych zabudowań miejscowości przeważyło szalę. Już nawet nie drużyny, ale poszczególne sekcje, po trzech, czerech, pięciu ludzi oczyszczało kolejne domostwa i zmuszało obrońców do ucieczki. Pierwsze samochody pancerne i transportery wjechały pomiędzy domy, wspierając natarcie z bliska swoimi karabinami maszynowymi. Po wyeliminowaniu obsługi bazooki kapral Galahu i jego ludzie posuwali się wzdłuż zabudowań. Osłaniała ich „251-ka”, strzelająca jak szalona do kilku sylwetek uciekających w stronę lasu. Kapral przyklęknął, złożył się do strzału, i zastrzelił najpierw jednego, a potem ranił drugiego partyzanta, na których krewki strzelec kaemu zmarnował tyle amunicji. nie zdążył jednak wstać, gdy z którejś ze stron padła seria, łupiąca dziury w desce tuż obok głowy Mwambego. Wszyscy padli na ziemię, nie wiedząc co się dzieje. Spojrzał za siebie:
-Mwambe, nic ci nie jest?
-Nic... Dzięki Bogu. Kto to, skąd to strzela?
Strzelec karabinu maszynowego puścił krótką serię w miejsce skąd mogły paść strzały. Zaraz potem, zza kawałka blachy falistej służącego chyba jako ogrodzenie, a którego bok postrzępił ten strzelec rozległ się zdenerwowany krzyk... W suahili!
-Nie strzelaj do jasnej cholery, swoi! Swoi k**wa, trzecia drużyna!
-To ty lepiej uważaj na swoją cholerną przyszłość, bo omal nie zabiłeś mojego żołnierza z granatnikiem. Wyłaź! A ty cholerny cynglu lepiej się uspokój. Jasne? -Klął najpierw na ukrytych za blachą, a potem na strzelca kaemu kapral. Zza blachy zaraz pokazało się kilku przestraszonych żołnierzy w charakterystycznych hełmach i mundurach pokrytych kamuflażem.
-Zostawiam wam sprawdzenie tych bud. Kafil, Aki, za mną, na skraj wsi. Mwambe, zostajesz tutaj. A wy przesuńcie się trochę do tamtej przerwy żeby nas osłaniać. -Krzyknął do załogi transportera.
Poletka i ogródki na tyłach zabudowań były już puste, wszyscy partyzanci, którzy mogli, uciekli do lasu, którego skraj rozpościerał się za tymi uprawami. Najwidoczniej uciekali tak daleko jak się dało, bo z lasu już nie strzelano w stronę wsi. Za jednym z płotków, wzdłuż którego rósł szpaler młodych bananowców i sorgo, Kafil zobaczył niewyobrażalny widok: na tym małym, osłoniętym ze wszystkich stron poletku, leżał stos co najmniej kilkudziesięciu ciał: wiele z nich miało urąbane kończyny, a nawet głowy, które leżały na tym samym stosie.
-Pa... Panie kapralu!... -Krzyknął i ukląkł na jedno kolano
-Co jest? -Kapral z impetem wybiegł z pomiędzy bananowców i też zaniemówił dopiero po chwili powiedział cicho:
-To dla tego nigdzie nie było cywili. Tamci... Tamci zrobili tu sobie z nich śmietnisko. Biegnij do dowódcy, natychmiast.
Kafil zerwał się i pobiegł przez wieś ile miał sił w nogach. Pojazdy właśnie ustawiały się z powrotem w kolumnie na drodze, a część żołnierzy już kręciła się po domach w poszukiwaniu jakiegoś dodatkowego jedzenia, czy innych „pamiątek”. Kapitan dowodzący kompanią rozpoznawczą stał akurat przy jednym transporterze i rozmawiał z dwoma porucznikami o stratach:
-No trudno... Odezwało się dowództwo pułku. Możliwe że dadzą nam czołgi, jakiś piechurów i pojedziemy bezpośrednio na stolicę... -Kafil przerwał mu w tym momencie, meldując:
-Panie kapitanie, szeregowy Kade melduje że z kapralem Galahu znaleźliśmy ciała... Dużo ciał, cywile... Musi pan to zobaczyć...
-Ciała, jakie ciała? Prowadź do cholery.
Szeregowiec, prowadzący biegiem dwóch oficerów, w tym dowódcę całego oddziału musiał wzbudzić ciekawość, więc zaraz za nimi na poletku pojawiła się grupka żołnierzy z różnych drużyn.
kapitan gdy zobaczył ciała zamknął oczy, zasłonił nos i machnął ręką, żeby wszyscy poszli za nim. Przy najbliższej chacie, gdzie trupi smród był już słabszy, kapitan powiedział do zgromadzonych wokół niego żołnierzy, z martwym, pozbawionym emocji wyrazem twarzy:
-Wygląda na to, że ta wioska była zamieszkana w sporej części przez Tutsi. Do dowództwa docierały informacje że puczyści, marksiści z plemienia Hutu mogą mordować swoich przeciwników politycznych i jednocześnie całe ich plemię: Tutsi. To jeden z powodów, czemu wkroczyliśmy w ogóle do Rwandy. Do tej pory po drodze widzieliśmy jedynie pojedyncze trupy, czasem kilka... Ale nie całą wioskę... Trzeba będzie spalić te ciała. Ale najpierw trzeba dokładnie sprawdzić wieś i okolicę, czy nie ma ich więcej. Mamy na to czas do przybycia posiłków. Poruczniku, proszę założyć nowy film w swoim aparacie i wszystko sfotografować. Musimy mieć dowody na to ludobójstwo. Zarządzam zbiórkę kompanii na skrzyżowaniu. To do roboty, jazda, to rozkaz!

Część druga... Kiedyś, za jakiś czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz